Bursztynowa Luneta
- Автор: Пулман Филип
- Серия: Mroczne Materie #3
- Язык: польский
- Переводчик: Danuta Gorska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:
Аннотация
Bursztynowa LunetaPo wyschnięciu ostatniej warstwy przyszedł czas na polerowanie: cały dzień delikatnego pocierania powierzchni płynnymi kolistymi ruchami, aż ramiona ją rozbolały, w głowie łupało i nie mogła już dłużej pracować.
Potem poszła spać.
Następnego ranka grupa poszła do pracy w zagajniku tak zwanych węzłodrzew, żeby sprawdzić, czy sadzonki rosną prawidłowo, i zacieśnić wewnętrzne sploty, żeby dorosłe pędy uzyskały odpowiedni kształt. Przy tym zadaniu cenili sobie pomoc Mary, ponieważ mogła wcisnąć się w węższe szczeliny niż mulefa i dzięki dwóm rękom lepiej sobie radziła w ciasnych miejscach.
Dopiero po zakończeniu pracy, kiedy wrócili do wioski, Mary mogła zacząć eksperymenty – czy raczej zabawę, skoro sama dobrze nie wiedziała, co ma robić.
Najpierw próbowała wykorzystać powłokę lakieru jako zwykłe lustro, lecz z braku srebrnego podkładu widziała tylko niewyraźnie podwójne odbicie w drewnie.
Potem pomyślała, że tak naprawdę potrzebuje lakieru bez drewna, ale nie miała już siły na kolejne lakierowanie; zresztą jak mogła uzyskać płaską powierzchnię bez podkładu?
Wpadła na pomysł, żeby po prostu odciąć drewno od lakieru. To również wymagało czasu, ale przynajmniej miała swój szwajcarski scyzoryk. Więc zaczęła bardzo delikatnie oddzielać drewno na krawędzi, uważając, żeby nie zadrapać powłoki od tyłu. W końcu usunęła większość drewna, ale pozostało mnóstwo połamanych, poszarpanych drzazg, które nie dały się oddzielić od tafli czystego twardego lakieru.
Zastanawiała się, czy nie namoczyć ich w wodzie. Czy lakier rozmięknie od wilgoci?
– Nie – odpowiedział jej mistrz rzemieślnik. – Pozostanie twardy już na zawsze; ale dlaczego nie spróbujesz w ten sposób? – I pokazał jej płyn przechowywany w kamiennym naczyniu, który strawi każde drewno w ciągu zaledwie kilku godzin. Wyglądał i pachniał jak kwas.
– To nie powinno zniszczyć lakieru – zapewnił rzemieślnik – a drobne uszkodzenia łatwo można naprawić.
Zaintrygowany projektem Mary, pomógł jej delikatnie rozprowadzić kwas na drewnie i opowiedział, w jaki sposób go wyrabiają: rozdrabniają, rozpuszczają i destylują pewien minerał znajdowany na brzegach płytkiego jeziora, którego jeszcze nie odwiedziła. Stopniowo drewno zmiękło i odkleiło się i pozostała czysta tafla żółto-brązowego lakieru o rozmiarach przeciętnej książki.
Mary wypolerowała tył równie starannie jak przód, żeby płytka po obu stronach była równa i gładka jak najlepsze lustro.
A kiedy w nie spojrzała...
Nic szczególnego. Było całkiem przezroczyste, ale pokazywało podwójny obraz, prawy całkiem blisko lewego i podniesiony o jakieś piętnaście stopni.
Mary zastanawiała się, co zobaczy, jeśli spojrzy przez dwa kawałki, umieszczone jeden na drugim.
Więc znowu wzięła szwajcarski scyzoryk i próbowała wyżłobić linię w poprzek płytki, żeby przeciąć ją na pół. Piłując wytrwale i ostrząc co chwila nóż na gładkim kamieniu, zdołała wyżłobić linię na tyle głęboką, żeby zaryzykować przełamanie płytki. Podłożyła cienki patyk pod linię wyżłobienia i mocno nacisnęła taflę, tak jak to widziała u szklarza. Udało się: teraz miała dwie płytki.
Złożyła je razem i spojrzała. Bursztynowy kolor pogłębił się i niczym filtr fotograficzny podkreślił niektóre kolory, inne zaś przytłumił, nadając krajobrazowi nieco odmienny odcień. Co dziwne, podwójność znikła i Mary znowu widziała wszystko pojedynczo, ale nie dostrzegła ani śladu Cieni.
Rozsunęła dwa kawałki, obserwując, jak zmienia się wygląd krajobrazu. Kiedy dzieliła je mniej więcej szerokość dłoni, zdarzyło się coś dziwnego: bursztynowy kolor znikł i wszystko wydawało się niby normalne, ale jaśniejsze i wyraźniejsze.
Wtedy zjawiła się Atal, żeby zobaczyć, co robi Mary.
– Teraz widzisz sarf? – zapytała.
– Nie, ale widzę inne rzeczy – odparła Mary i próbowała pokazać przyjaciółce.
Atal okazywała zainteresowanie, ale uprzejme, bez tego entuzjazmu odkrywcy ożywiającego Mary. Wkrótce zalif zmęczyła się spoglądaniem przez kawałki lakieru i usiadła na trawie, żeby doprowadzić do porządku swoje koła. Czasami mulefa czyścili sobie nawzajem pazury, wyłącznie ze względów towarzyskich, i raz czy dwa Atal zachęciła Mary do tego zajęcia. W zamian Mary pozwoliła jej się uczesać, rozkoszując się dotknięciem miękkiej trąby, która unosiła jej włosy, głaskała i masowała skórę głowy.
Wyczuła, że Atal chce tego teraz, więc odłożyła dwa kawałki lakieru i przesunęła dłońmi po zadziwiająco gładkich pazurach przyjaciółki, gładszych od teflonu, które spoczywały na dolnej krawędzi środkowego otworu i stanowiły punkt podparcia, kiedy koło się obracało. Oczywiście kontury pasowały idealnie i kiedy Mary wsunęła palce w otwór, nie wyczuła żadnej różnicy w fakturze: zupełnie jakby mulefa i strąk nasienny stanowiły w rzeczywistości jedną istotę, która cudownym sposobem potrafi się rozdzielić i znowu połączyć w całość.
Atal odprężyła się dzięki tej bliskości, podobnie jak Mary. Przyjaciółka była młoda i niezamężna, a w tej grupie nie było żadnych młodych samców, więc będzie musiała poślubić zalifa z innej wioski; lecz niełatwo było nawiązać kontakt i czasami Mary podejrzewała, że Atal martwi się o swoją przyszłość. Więc nie żałowała spędzanego z nią czasu. Chętnie wyczyściła otwory w kołach z nagromadzonego tam kurzu i brudu i delikatnie rozprowadziła pachnący olejek po pazurach Atal, podczas gdy przyjaciółka trąbą unosiła i rozczesywała jej włosy.
Kiedy Atal miała dosyć, znowu stanęła na kołach i pojechała pomóc przy wieczornym posiłku. Mary wróciła do swojego lakieru i niemal natychmiast dokonała odkrycia.
Trzymała dwie płytki rozsunięte na szerokość dłoni, żeby znowu pokazały ten czysty, wyraźny widok, kiedy coś się stało.
Patrząc przez płytki, zobaczyła rój złotych iskierek otaczających postać Atal. Widziała je tylko przez jeden mały fragment płytki i po chwili zrozumiała dlaczego: w tym miejscu dotknęła powierzchni tłustymi od olejku palcami.
– Atal! – zawołała. – Szybko! Wracaj!
Atal zawróciła i podjechała do niej.
– Pozwól mi wziąć trochę olejku – poprosiła Mary. – Tylko tyle, żeby posmarować lakier.
Atal chętnie pozwoliła jej ponownie wsunąć palce w otwory kół i patrzyła z zaciekawieniem, jak Mary pokrywa jedną płytkę cienką warstewką przejrzystej, słodkiej substancji.
Potem ścisnęła razem płytki, pokręciła nimi, żeby równo rozprowadzić olejek, i znowu rozsunęła na szerokość dłoni. A kiedy przez nie spojrzała, wszystko się zmieniło. Widziała Cienie. Gdyby znalazła się w Sali Seniorów Kolegium Jordana, kiedy Lord Asriel pokazywał slajdy wykonane przy użyciu specjalnej emulsji, rozpoznałaby ten efekt. Wszędzie, gdzie spojrzała, widziała złoto, zupełnie jak w opisie Ataclass="underline" iskierki światła, wirujące, dryfujące, czasami tworzące wyraźny prąd. Pośród nich istniał świat, który widziała gołym okiem: trawa, drzewa, rzeka; lecz gdziekolwiek dostrzegała świadomą istotę, jedną z mulefa, światło było gęstsze i bardziej ruchliwe. Niczego nie przesłaniało, najwyżej podkreślało ich sylwetki.