Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Rozstaje zmierzchu
Rozstaje zmierzchu - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Rozstaje zmierzchu

Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:

Rozstaje zmierzchu
1 ... 49 50 51 52 53 54 55 56 57 ... 236
Перейти на страницу:

Praca nad żelazem nauczyła go, że pośpiech rujnuje metal, a przecież na początku bywał zbyt szybki, Podróżując na południe przez bramy utworzone przez Grady’ego i Nealda, dwóch Asha’manów, do miejsca, gdzie znaleziono najdalsze ślady Shaido. Potem skakał jeszcze dalej na południe, tak jak wiodły ich ślady, natychmiast gdy Asha’mani zdołali wykonać kolejne bramy. Umysł Perrina trawił niepokój, że każda godzina przeznaczona na odpoczynek i utrzymywanie utkanych bram otwartych wystarczająco długo, aby zdążyli przejść wszyscy, oddala go od znalezienia Faile, którą pragnął za wszelką cenę uwolnić z niewoli. Z każdym dniem jego ból rósł, szczególnie kiedy zwiadowcy zapuszczali się coraz dalej na niezamieszkane pustkowie i wracali bez pozytywnych nowin, jako że nie spotkali po drodze nikogo i nie dostrzegli najmniejszych nawet znaków czyjejś bytności. Później Perrin odkrył, że musi odtworzyć swoją przeszłą drogę i strwonił mnóstwo dni na przejście terenu, który wcześniej dzięki Asha’manom i utworzonym przez nich bramom przeskoczył. Szukał choćby najdrobniejszego znaku, w którym punkcie zboczyli z trasy członkowie klanu Shaido Aiel.

Powinien od razu pomyśleć, że skręcą. Południe zawiodło ich wszak na cieplejsze ziemie pozbawione śniegu, który tak bardzo Aielów dziwił. Tym samym jednak zbliżyli się także do przebywających w Ebou Dar Seanchan. Perrin wiedział o Seanchanach i powinien się domyślić, że i Shaido Aiel o nich usłyszą! Shaido jednakże przybyli tu grabić, a nie walczyć z Seanchanami i ich damane. Dni powolnego marszu ze zwiadowcami rozbiegającymi się przed nimi na boki, dni, kiedy padający śnieg oślepiał nawet Aielów i zmuszał wszystkich do irytujących postojów... Aż w końcu Jondyn Barran znalazł na pniu drzewa ślad otarcia przez budę jakiegoś wozu, a Elyas przypadkiem kopnął wystający spod śniegu, pęknięty trzonek włóczni Aielów. Perrin skręcił w końcu na wschód, najwyżej dwa dni od miejsca, skąd za pierwszym razem Podróżował. Gdy sobie tę zbieżność uświadomił, miał ochotę zawyć, na szczęście się powstrzymał. Nie mógł się przecież załamać, ani trochę nie mógł, od niego bowiem zależał los Faile. Właśnie tamtego dnia zaczął oszczędnie gospodarować swoim gniewem, powoli zaczął nad nim panować.

Jej porywacze mieli nad nim wielką przewagę, ponieważ na początku się pospieszył, jednak od tamtej pory zachowywał identyczną ostrożność, jak wcześniej w kuźni. Umiał już panować nad gniewem i potrafił go skierować w odpowiednią stronę. Odkąd ponownie znalazł ślady Shaido, Podróżował nie dalej niż po jednym skoku, zwiadowcy zaś wyruszali i wracali między świtem i zmierzchem. Jego ostrożność się opłaciła, gdyż Shaido kilkakrotnie nagle zmieniali kierunek i szli niemal zygzakiem, jakby nie mogli się zdecydować, dokąd właściwie pójść. A może zbaczali z drogi, żeby dołączyć do swoich ziomków? Perrin kierował się jedynie pozostawionymi śladami — na przykład opuszczonymi przez nich, częściowo zasypanymi przez śnieg, obozowiskami — a wszyscy zwiadowcy zgodnie stwierdzili, że liczba idących się ostatnio zwiększyła. Teraz mieli przed sobą prawdopodobnie co najmniej dwa, trzy szczepy przemieszczające się wspólnie, może nawet więcej. Straszliwy był to przeciwnik! Powoli, lecz pewnie jednak ich doganiali i to się wydawało najważniejsze.

Shaido przeszli większe połacie ziemi, niż Perrin uważał za możliwe, biorąc pod uwagę ich liczbę i padający śnieg, w dodatku najwyraźniej zupełnie nie dbali o to, czy ktoś ich śledzi. Może sądzili, że nikt się nie ośmieli. Czasami obozowali kilka dni w jednym miejscu. Perrin skupiał swój gniew na celu. Shaido — niczym ludzka szarańcza — pozostawiali za sobą zrujnowane wsie, małe miasta i posiadłości, ograbione magazyny i sklepy. Zabierali mężczyzn i kobiety wraz z żywym inwentarzem. Perrin stale zastawał jedynie puste domy, gdyż ocalali ludzie szukali w okolicy jedzenia, które pozwoliłoby im przeżyć do wiosny. Kiedy przekroczył rzekę Eldar i znalazł się w Altarze, wsiadł na mały prom używany nie przez kupców, lecz przez domokrążców i miejscowych farmerów, i pokonał na nim odległość dzielącą dwie wioski położone na przeciwległych zalesionych brzegach rzeki. Nie miał pojęcia, w jaki sposób Shaido Aiel przedostali się na drugą stronę, kazał jednak Asha’manom utworzyć bramy. Na obu brzegach z przystani dla promów pozostały jedynie nierówne kamienne lądowiska i nieliczne niespalone budowle, całkowicie opuszczone przez ludzi. Na drugim brzegu Perrin dostrzegł tylko trzy wychudłe, zdziczałe psy, które umykały na widok ludzi. Jego gniew stwardniał i przybrał kształt młota.

Wczoraj rano Perrin dotarł do małej wioski, gdzie dwie grupki ogłuszonych mężczyzn o brudnych twarzach gapiły się na setki lansjerów i łuczników wyjeżdżających z lasu przy pierwszym świetle za sztandarami — Czerwonym Orłem Manetheren, szkarłatnym Wilczym Łbem, Srebrnymi Gwiazdami Ghealdan oraz Złotym Jastrzębiem Mayene. Za jeźdźcami ciągnęły się długie szeregi wozów na wysokich kołach i sznury zapasowych luzaków. Na widok Gaula i drugiego Aiela ludzie ci przezwyciężyli ogarniający ich swego rodzaju paraliż i zaczęli uciekać w panice między drzewa. Złapali kilka osób, ale nie uzyskali od nich odpowiedzi na swoje pytania. Ludzie woleli umrzeć, niż pozwolić się do siebie zbliżyć Aielom. Brytan zamieszkiwało tylko około tuzina rodzin, a jednak Shaido zabrali stamtąd dziewięciu młodych mężczyzn i kobiet wraz ze wszystkimi ich domowymi zwierzętami. Było to zaledwie dwa dni temu. Dwa dni! Perrin coraz wyraźniej widział przed sobą konkretny cel.

Wiedział, że musi być ostrożny, w przeciwnym razie na zawsze utraci Faile, ale przesadna ostrożność z jego strony również mogłaby ją zgubić. Wczoraj rozesłał zwiadowców o wyjątkowo wczesnej porze, każąc im przejść dłuższą niż zwykle drogę i wrócić jak najpóźniej, no chyba że znajdą wcześniej Shaido. Tuż po wschodzie słońca i kilka godzin później wrócą Elyas, Gaul i inni, a także Panny Włóczni i ludzie z Dwu Rzek, o których wiedział, że umieją przez wodę wyśledzić cień. Gdy tylko Shaido się ruszą, zwiadowcy będą mogli przyspieszyć. Nie byli obarczeni rodzinami, wozami i jeńcami. Tym razem będą mogli powiedzieć mu dokładnie, gdzie się znajdują Shaido Aiel. I powiedzą mu. Czuł to w kościach. Pewność wręcz płynęła w jego żyłach. Znajdzie Faile i uwolni ją. Zadanie to było najważniejsze, ważniejsze nawet od własnego przetrwania, o ile Perrin pożyje wystarczająco długo, by je wypełnić. Przepełniający go gniew stał się już konkretny jak młot. Jeśli tylko Perrin znajdzie sposób pokonania Shaido, potrzaska Aielów tym młotem na kawałki.

Odrzuciwszy na bok koce, nałożył z powrotem rękawice, podniósł leżący obok toporek, którego półksiężycowe ostrze równoważył ciężki kolec, przetoczył się z nim do wyjścia, gdzie wstał na udeptany, zmrożony śnieg. Wozy otaczały go w rzędach na terenie, który jeszcze niedawno zajmowały brytańskie pola. Przybycie wielu obcych, tak wielu obcych, w dodatku uzbrojonych, pod zagranicznymi sztandarami, zaszokowało ocalałych mieszkańców tej małej wsi. Skoro tylko Perrin im pozwolił, nieszczęsna garstka uciekła do lasu, unosząc tyle dobytku, ile mogli udźwignąć na swoich plecach i zmieścić na saniach. Uciekali tak szybko, jakby Perrin był kolejnym przedstawicielem klanu Shaido Aiel; nawet nie oglądali się za siebie ze strachu, że za nimi pójdzie.

Gdy wsunął trzonek toporka w grubą pętlę przy pasie, głęboki cień obok pobliskiego wozu wyprostował się i przybrał postać mężczyzny owiniętego w płaszcz, który wydawał się w ciemnościach czarny. Perrin nie był zaskoczony, szczególnie że wcześniej poczuł ludzki zapach. Od pobliskich szeregów przywiązanych do palików koni buchała wprawdzie woń kilku tysięcy zwierząt: wierzchowców, luzaków i koni zaprzęgowych, nie wspominając słodkawego smrodu końskiego łajna, jednak Perrin bez trudu rozróżniał woń człowieka. Zapach istoty ludzkiej zawsze się wyróżniał. Poza tym Aram stale znajdował się blisko Perrina, czekając na jego przebudzenie. Ubywający sierp księżyca, nadal wiszącego nisko na niebie, dawał jeszcze dość światła, aby można było dostrzec — choć już niezbyt wyraźnie — twarz drugiej osoby, a także ukośnie przewieszony przez ramię miecz o rękojeści zakończonej mosiężną głowicą. Aram był kiedyś Druciarzem, który zdaniem Perrina już nigdy nie wróci do dawnego zajęcia, mimo iż wciąż nosił typowy dla Tuatha’anów płaszcz w jaskrawe pasy. Również sroga, nachmurzona mina Arama nawet w tym nikłym świetle nie mogła umknąć uwadze Aybary. Dawny Druciarz stale trwał w gotowości, wyraźnie skory do natychmiastowego użycia miecza, a od dnia porwania Faile gniew stał się jedną z nieodłącznych odcieni składających się na jego zapach. Wiele się zresztą zmieniło od porwania Faile. Trawiąca Perrina i Arama wściekłość była dla nich obu czymś nowym. Przed zniknięciem Faile żaden z nich się tak nie czuł.

1 ... 49 50 51 52 53 54 55 56 57 ... 236
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)