Rozstaje zmierzchu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #10
- Год: 2004
- Язык: польский
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:
Farmy ustąpiły miejsca terenom lesistym i obszarom porośniętym zaroślami. Do czasu aż Karede dostrzegł to, czego szukał, jego cień wydłużył się znacznie przed nim, a słońce przekroczyło już połowę drogi ku zachodowi. Tuż przed generałem, na północnej stronie drogi kucał Ajimbura. Grając na trzcinowym flecie, wyglądał jak uosobienie wykręcającego się od pracy lenia. Zanim Furyk do niego dotarł, służący schował flet za pasek, otoczył się brązowym płaszczem i zniknął wśród drzew i krzewów. W tym samym momencie Karede zerknął za siebie, by sprawdzić, czy i tam droga jest pusta, po czym skierował Aldazara w las.
Mały służący czekał w najbliższym niewidocznym z drogi miejscu, czyli w zbiorowisku wielkich sosen, z których najwyższe osiągały dobre sto stóp. Mężczyzna zgarbił ramiona w typowym dla siebie dziwnym ukłonie i wgramolił się na siodło szczupłego kasztanka o czterech białych kopytach. Ajimbura upierał się, że białe kopyta przynoszą szczęście.
— Tędy, wielki? — spytał, a gdy Karede zezwolił mu gestem, służący skierował wierzchowca głębiej w las.
Udając się na dużą polanę, mieli do pokonania krótką drogę, nie więcej niż zaledwie pół mili, jednak nikt z jadących głównym traktem nawet by nie podejrzewał, co się na niej odbywa. Musenge sprowadził tu z sobą stu ludzi ze Straży Skazańców na dobrych koniach, dwudziestu ogirskich Ogrodników w pełnej zbroi oraz zwierzęta juczne obładowane zapasami, które wystarczą przynajmniej na dwa tygodnie. Wśród tych ostatnich był przygotowany poprzedniego dnia przez Ajimburę koń juczny ze zbroją Karede’a. Obok własnych wierzchowców stały sul’dam, niektóre z nich prowadziły na smyczy nawet po sześć damane. Kiedy Musenge wyjechał na spotkanie Furykowi, towarzyszył mu sadzący wielkie kroki Pierwszy Ogrodnik imieniem Hartha, ogir z ponurą miną i zdobionym zielonym chwostem toporkiem w ręku. Po chwili dosiadła konia i dołączyła do nich jedna z kobiet: der’sul’dam Wysokiej Lady Tuon o imieniu Melitene.
Musenge i Hartha przytknęli pięści do piersi w okolicy serc. Generał Karede odpowiedział na ich pozdrowienie, lecz spojrzenie utkwił w nieruchomo czekających damane, a ściśle rzecz biorąc, w jednej z nich — niewysokiej kobiecie, którą gładziła po włosach ciemna sul’dam o kwadratowej twarzy. Oblicza damane zazwyczaj bywały zwodnicze — kobiety te starzały się powoli i bardzo długo żyły — jednak tę szczególną charakteryzowało coś odmiennego, co Furyk nauczył się rozpoznawać jako cechę istot, które nazywały siebie Aes Sedai.
— Jakiej wymówki użyliście, ażeby usprawiedliwić jednoczesne wyprowadzenie tak dużej grupy z miasta? — spytał.
— Ćwiczenia, Generale Sztandaru — odparła Melitene z lekko drwiącym uśmieszkiem. — Wszyscy wierzą w taki pretekst. — Mówiono wprawdzie, że Wysoka Lady Tuon właściwie nie potrzebuje do szkolenia posiadanych istot der’sul’dam ani sul’dam, jednak Melitene, kobieta, w której włosach więcej było siwizny niż naturalnej czerni, posiadała liczne talenty wykraczające poza jej fach i dokładnie wiedziała, o co Karede naprawdę pyta. Sam wszak prosił Musenge’a o sprowadzenie w miarę możliwości kilku damane. — Żadna z nas nie pozostałaby w mieście, Generale Sztandaru. Nie, gdy chodzi o taką sprawę. Co do Mylen... — Prawdopodobnie chodziło o byłą Aes Sedai. — Gdy opuściliśmy Ebou Dar, wyjaśniliśmy damane prawdziwe przyczyny naszego wymarszu. Najlepiej, jeśli wiedzą, czego się mają spodziewać. Do tej pory uspokajamy Mylen, która naprawdę kocha Wysoką Lady. Wszystkie ją kochają, jednak Mylen czci ją tak, jakby Tuon już zasiadała na Kryształowym Tronie. Jeśli Mylen dostanie w swoje ręce jedną z tych Aes Sedai — zachichotała — będziemy musieli się spieszyć, o ile zależy nam na zachowaniu nieszczęsnych przy życiu, w przeciwnym razie Mylen tak je sponiewiera, że już nie warto ich będzie brać na smycz.
— Nie widzę powodów do śmiechu — zagrzmiał Hartha. Ogir — o długich siwych wąsach i przypominających czarne kamienie oczach łypiących spod hełmu — wyglądał na jeszcze bardziej znużonego i zasmuconego niż kapitan Musenge. Został Ogrodnikiem na wiele lat przed urodzeniem się ojca Furyka, może nawet przed narodzinami dziadka generała. — Nie mamy żadnego planu. Próbujemy złapać wiatr w sieci.
Melitene szybko się opanowała, a Musenge przybrał jeszcze bardziej ponurą minę niż Hartha, choć wydawało się to niemożliwe.
W ciągu dziesięciu dni poszukiwani ludzie mogli się oddalić o szereg mil. Jeśli w grupie znajdowali się najlepsi przedstawiciele Białej Wieży, nie skierowaliby się na wschód po głośnej, lecz zapewne fałszywej wzmiance o Jehannah, nie byli też na tyle głupi, by podążyć na północ, a jednak potencjalny obszar do przeszukania pozostawał ogromny i stale się rozszerzał.
— Musimy zatem niezwłocznie zarzucić nasze sieci — odparował Karede. — I precyzyjnie je rozłożyć.
Musenge i Hartha pokiwali głowami. Straż Skazańców wiedziała, że każdy rozkaz trzeba wykonać. Nawet rozkaz łapania wiatru w sieci.
5
Wykuwanie młota
Biegł lekko przez noc, mimo pokrywającego ziemią śniegu. Sunął wśród cieni drzew, oślepiony księżycową poświatą niemal równie jasną jak światło słońca. Zimny wiatr szarpał jego grubym futrem, aż nagle przyniósł zapach, który go rozjuszył, a jego serce przepełnił nienawiścią większą niż ta odczuwana dla Niezrodzonego. Nienawiścią i przekonaniem o zbliżającej się śmierci. Nie miał wyboru, nie teraz. Biegł jeszcze szybciej, ku śmierci.
Perrin Aybara obudził się nagle w głębokich ciemnościach przed świtem, pod jednym z towarowych wozów na wysokich kołach. Aż do kości ogarnęło go przygruntowe zimno, które poczuł mimo ciężkiego, obszytego futrem płaszcza i dwóch koców. Wiał kapryśny wietrzyk, niezbyt silny, lecz lodowaty. Kiedy Perrin przecierał twarz rękoma w rękawicach, zmrożona krótka bródka aż zaskrzypiała. Najwyraźniej na szczęście w nocy nie spadł już śnieg. Zbyt często Perrin budził się zasypany białym puchem, przed którym nie uchronił go nawet wóz. W dodatku opady utrudniały zwiad. Mężczyzna żałował, że nie może porozmawiać z Elyasem w sposób, w jaki porozumiewał się z wilkami. Wtedy nie musiałby znosić tego niekończącego się czekania. Zmęczenie przylgnęło do niego niczym druga skóra i nie potrafił sobie przypomnieć, kiedy ostatnio spał głęboko w nocy. Sen czy też jego brak nie wydawał mu się zresztą zbyt ważny. Obecnie własny gorący gniew dawał mu siłę do dalszej drogi.