Rozstaje zmierzchu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #10
- Год: 2004
- Язык: польский
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:
Perrin nie sądził, że obudził go dzisiejszy sen. Każdej nocy kładł się, oczekując koszmarów i one każdej nocy się zjawiały. W najgorszych z nich znajdował Faile martwą lub nigdy jej nie znajdował. Z takich budził się drżący i spocony. Po mniej okropnych nie budził się albo pozostawał przez jakiś czas w półśnie, niemal czując, jak jego ciało żywcem tną trolloki, zamierzając je zapewne ugotować, czasem zaś urojony draghkar wyjadał mu duszę. Ten sen zanikał szybko, jak to sny, jednak mężczyzna pamiętał, że był w nim wilkiem i pachniał... czym? Czymś, czego wilki nienawidziły nawet bardziej niż Myrddraali. Czymś, czego nienawidziły, bo wiedziały, że może je to zabić. Świadomość, która towarzyszyła Perrinowi we śnie, opuściła go; pozostały jedynie niewyraźne wrażenia. Nie był w wilczym śnie odbijającym świat, w którym żyły wilki po śmierci i do którego żywe mogły pójść po poradę. Wilczy sen stale pozostawał wyraźny w jego głowie, odkąd odszedł — czy poszedł tam świadomie, czy nie. Tym niemniej sen ten wciąż wydawał się realny i osobliwie natarczywy.
Leżąc bez ruchu na plecach, Perrin zaczął mentalnie poszukiwać wilków. Próbował je przekonać do pomocy w swoich łowach, niestety bezskutecznie. Nakłonienie ich do zainteresowania się działalnością istoty dwunożnej było — w najlepszym razie — trudne. Wilki unikały większych grup ludzkich; wystarczyło pół tuzina osób, ażeby się rozproszyły. Ludzie ścigali zwierzęta, a większość mężczyzn starała się zabić każdego dostrzeżonego wilka. Początkowo w myślach Perrina panowała pustka, później jednak, po pewnym czasie, zaczął wyczuwać wilki, nawet z niejakiej odległości, której nie był dokładnie pewien. Odnosił wrażenie, że chwyta jakiś ledwie słyszalny szept, więc odległość wydawała mu się spora. Fakt ten go dziwił. Mimo rozrzuconych tu i ówdzie wiosek oraz rezydencji, a nawet sporadycznych miast, właściwie otaczała go kraina nietkniętych lasów i jako taka od zawsze należała do wilków, a także do jeleni i mniejszej zwierzyny łownej.
Ze stadem, którego nie był członkiem, za każdym razem rozmawiał bardzo uprzejmie. Grzecznie wysyłał wilkom swoje imię, Młody Byk wydzielał swój zapach, otrzymując w zamian ich woń — ich, czyli Łowczyni Liści, Rosłego Niedźwiedzia, Białego Ogona, Pióra, Grzmiącej Mgły i wielu innych. Było to spore stado, któremu przewodziła spokojna i pewna siebie wadera imieniem Łowczyni Liści, jej towarzyszem zaś był Pióro — bystry basior w sile wieku. Wszystkie słyszały o Młodym Byku i chętnie gawędziły z przyjacielem sławnego Długiego Kła, pierwszego dwunożnego, który nauczył się rozmawiać z wilkami po długiej przerwie sięgającej od zamierzchłych czasów Wieku Legend. Przez głowę Perrina przepływał zasadniczo potok obrazów i wspomnień zapachów, które umysł mężczyzny przekształcał w słowa, słowa zaś zmieniał jakimś sposobem w obrazy i zapachy zrozumiałe dla wilków.
„Jest coś, czego chcę się dowiedzieć — pomyślał natychmiast po powitaniu. — „Czego wilki nienawidzą bardziej niż Niezrodzonego?”. — Spróbował przywołać zapach ze snu i przekazać go stadu, niestety nie potrafił już sobie przypomnieć tej woni. — „Coś, co dla wilka oznacza śmierć” — dodał w myślach.
Odpowiedziała mu cisza, później zwierzęta przesłały mu swoje emocje: nutę strachu zmieszaną z nienawiścią, determinacją i niechęcią. Poczuł już wcześniej wilczy lęk — stado bało się przede wszystkim straszliwych pożarów, które szybko ogarniały las, tak w każdym razie zrozumiał — jednak obecny strach należał do typu powodującego u człowieka mrowienie, gęsią skórkę, drżenie całego ciała i nerwowe podrywanie się przy byle okazji. Perrin był zdecydowany za wszelką cenę odkryć przyczynę takiego przerażenia. Większość wilków na szczęście nigdy nie doświadczyła tego rodzaju strachu. Niektóre jednak tak.
Jedno po drugim, zwierzęta znikały z jego świadomości, umyślnie nie dopuszczając go do swoich umysłów, aż pozostała jedynie Łowczyni Liści.
„Ostatnie Polowanie nadchodzi” — wyjaśniła mu w końcu, a później i ona zamknęła swój umysł przed jego ingerencją.
„Czy was obraziłem?” — wysłał pytanie. — „Jeśli tak, to tylko z powodu nieznajomości reguł”. Niestety, nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Przedstawiciele tego wilczego stada nie będą z nim rozmawiać znów zbyt szybko.
„Ostatnie Polowanie nadchodzi”. Tak wilki nazywały Ostatnią Bitwę, czyli Tarmon Gai’don. Wiedziały, że będą uczestniczyć w tej ostatecznej konfrontacji między Światłością i Cieniem, chociaż nie umiały wyjaśnić przyczyn swej w niej obecności. Istniały sprawy przesądzone, tak niezmienne jak wschód i zachód słońca czy księżyca, było też stuprocentowo pewne, że wiele wilków umrze w Ostatnim Polowaniu. Teraz jednak obawiały się czegoś innego. Perrin miał silne przeczucie, że powinien również wziąć udział w Tarmon Gai’don, wiedział jednak, że jeśli do Ostatniego Polowania dojdzie wkrótce, nie włączy się w nie. Miał swoje zadanie do wykonania i nie mógł się od niego uchylić się — nie mógł, nawet dla Ostatniej Bitwy!
Porzuciwszy próżne rozważania na temat nieokreślonych lęków i Tarmon Gai’don, zdjął rękawice i poszukał w kieszeni płaszcza długiego rzemienia z surowej skóry. W porannym rytuale jego palce wykonały mechanicznie kolejny węzeł, potem zsunęły się po rzemieniu, licząc. Dwadzieścia dwa węzły. Dwadzieścia dwa ranki, odkąd porwano Faile.
Na początku nie myślał, że będzie musiał prowadzić tego typu rachubę. Pierwszego dnia był wprawdzie zziębnięty i odrętwiały, jednak uważał się za skupionego, teraz wszakże spoglądając wstecz, wiedział, że ogarniała go wówczas niepoprawna wściekłość i trawiąca potrzeba jak najszybszego znalezienia przedstawicieli Shaido Aiel. Ludzi z innych klanów również dostrzegł wśród Aielów, którzy porwali Faile, tym niemniej — przynajmniej na pierwszy rzut oka — najwięcej było Shaido Aiel, więc o nich myślał. Konieczność wyrwania im Faile, zanim zostanie ranna, chwytała go mocno za gardło, niemal dusiła. Perrin uratowałby oczywiście przy okazji inne, schwytane wraz z Faile kobiety, chociaż co jakiś czas musiał sobie powtarzać w myślach ich imiona, jeśli nie chciał całkowicie zapomnieć. Alliandre Maritha Kigarin, Królowa Ghealdan i jego lenniczka... Posiadanie lenniczki, która złożyła mu przysięgę wierności, szczególnie królowej, nadal wydawało mu się nie w porządku — przecież był kowalem! To znaczy kiedyś był kowalem, ale miał obowiązki wobec Alliandre, a ona nigdy nie narażała się na niebezpieczeństwo wyłącznie dla niego. Oprócz niej: Bain ze szczepu Czarnej Skały, Shaarad Aiel i Chiad ze szczepu Kamiennej Rzeki, Goshien Aiel, aielskie Panny Włóczni, które podążyły za Faile do Ghealdan i Amadicii. Obie stawiały również czoło trollokom w Dwu Rzekach, gdy Perrin potrzebował każdej pary rąk zdolnych do noszenia broni, a one w zamian zyskały prawo do wzywania jego w razie potrzeby. Były też Arrela Shiego i Lacile Aldorwin, dwie głupie młódki, którym się zdawało, że potrafią się nauczyć być Aielami lub jakąś dziwną wersją Aielów. Obie przysięgały Faile, podobnie jak Maighdin Dorlain, uciekinierka bez grosza, którą Faile wzięła pod swoje skrzydła i uczyniła jedną ze swoich dziewczyn. Perrin nie mógł zostawić ludzi Faile. Ani Faile ni Bashere t’Aybara, ani jej ludzi.
Powtórzył w głowie całą listę i wrócił do niej, do Faile, do swojej żony, oddechu swego życia. Z jękiem chwycił rzemień tak mocno, że węzły odcisnęły się boleśnie na jego stwardniałej od długich dni wielogodzinnego machania młotem w kuźni ręce. O Światłości, dwadzieścia dwa dni!