Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Rzekę przekroczyło łącznie dwadzieścia tysięcy wozów i ponad sto pięćdziesiąt tysięcy ludzi. A gdy na drugim brzegu stanęły se-kohlandzkie a’keery i ich dowódca wjechawszy w bród, krzyknął: „Ci niewolnicy są nasi! Oddajcie ich!”, Genno Laskolnyk wyjechał mu naprzeciw i nawet nie kładąc dłoni na rękojeści miecza, lecz tylko się uśmiechając, powiedział: „A więc chodźcie i weźcie ich sobie”.
Kailean szczerze wątpiła w taką wersję wydarzeń, lecz była to zbyt piękna opowieść, żeby jej nie powtarzać.
Bo koczownicy zawrócili wtedy konie i pojechali na wschód. Bo, o czym niektórzy dyplomaci Imperium zdawali się zapominać, politykę czasem trzeba prowadzić, pokazując pancerną pięść.
Lecz urzędnicy i tak postanowili coś zrobić z tym niespodziewanym kłopotem. Nie podobała im się wizja kolejnych tysięcy wolnych jak ptaki nomadów, wędrujących wzdłuż całej wschodniej granicy. Więc żeby nie dopuścić do jej spełnienia, wydali szybko tzw. prawo o kołach.
To znaczy kazali je zdjąć z wozów.
Odtąd każdy wozacki ród miał prawo raz na pięć lat założyć koła do swoich wozów i wywędrować, za zgodą odpowiednich władz, w nowe miejsce. Potem koła miały być zdjęte, a wozy zamieniały się w długie chaty. Takie jak te, na które właśnie patrzyła.
Widziała karawanę, którą kawałek pergaminu i pieczęć jakiegoś urzędasa zatrzymała w miejscu.
Gdyby dostała tego wypierdka w swoje ręce...
Z drugiej strony, gdyby nie to prawo, być może nigdy nie spotkałaby rodu Kalevenhów, bo zamiast szukać dla siebie miejsca do osiedlenia, wędrowaliby pewnie razem z plemieniem.
Milczeli prawie kwadrans, wyczesując końską sierść. Kailean pierwsza zmęczyła się ciszą.
– Co ciotka mówi o upałach? – zagaiła wreszcie.
– Będą trwały jeszcze co najmniej miesiąc. Może dłużej. Jak tak dalej pójdzie, cena owsa skoczy pod niebo.
– No, a wszyscy w mieście mówią, że jak tak dalej pójdzie, Se-kohlandczycy ruszą. Na całych Wielkich Stepach nie ma już dość trawy dla ich stad. Jeśli bydło zacznie im padać, będą musieli znaleźć nowe pastwiska. Albo nowe zwierzęta.
Kowal przerwał, spojrzał na nią ponad końskim grzbietem i spokojnie wrócił do czesania.
– Słyszę to co roku, odkąd tu zamieszkaliśmy, Kailean. Koczownicy nadciągają, już widziano wielkie skrzydła ich armii, a luźne a’keery są na naszym brzegu rzeki. Lada chwila wpadną tu i zaczną palić, gwałcić i mordować. Chyba że im się kolejność pomyli. Jak jest susza, to przyjdą, żeby zagrabić nasze stada, jak leje, przyjdą, żeby zagrabić nasze ziemie, te położone wyżej. Jak nie jest za sucho ani za mokro i mamy urodzaj, to wtedy na pewno przyjdą, bo urośli w siłę i chcą grabić z nudów. Gdyby nie Se-kohlandczycy, przez cały rok nie byłoby o czym gadać i niektórzy nie otworzyliby gęby. Jesień się zaczęła, żaden dureń nie będzie wszczynał wojny, gdy zboże zżęte, owoce w sadach zebrane, a zamki i miasta mają pełne spichrze. Poza tym wszyscy mówią, że u Se-kohlandczyków szykują się inne problemy.
No tak. Plotki o niedomaganiu Yawenyra poszły już w step. Nawet sama Laal nie zdołałaby ich teraz zatrzymać.
– A wojsko, które pojawiło się na granicy? Nie mów wuju, że nie słyszałeś.
– A słyszałem, słyszałem. W sumie będzie tego jakieś osiem czy dziesięć regularnych pułków. Może z dwanaście tysięcy koni. Jeśli Imperium szykuje się do walki i nie stać go na większą armię, to kiepsko z nami. Ale nie, nie będzie żadnej wojny, jeśli coś przyjdzie, to prawdziwa jesień, taka, co to rozmoczy Stepy i zamieni je w bajoro. A potem będzie zima i śniegi. A potem znów Przyjdą wiosna i lato. Słowo kowala. Oczywiście, jeśli Laskolnyk chce wiedzieć, co o tym wszystkim sądzę, niech sam zapyta.
And’ewers uśmiechnął się do niej kpiąco. Odpowiedziała uśmiechem.
Verdanno byli wysokim, szczupłym ludem o ciemnej skórze i ciemnych włosach. Przeważnie mieli powyżej sześciu stóp wzrostu, byli proporcjonalnie zbudowani, a ich twarze wydawały się na swój sposób piękne – o ostrych rysach, mocno zarysowanych kościach policzkowych i lekko migdałowych, ciemnych oczach. Ślady ich krwi można znaleźć u wielu plemion Wielkich Stepów, bo w czasach przed nadejściem Se-kohlandczyków niejedna karawana zabłądziła poza Północną Wyżynę.
Gdy kowal się uśmiechał, dwie krótkie blizny marszczyły mu się na policzku, nadając twarzy dziki wygląd. Bez problemu mogła go sobie wyobrazić, jak w lekkiej kolczudze jedną ręką powozi bojowym rydwanem, drugą ciskając jednocześnie we wroga oszczep.
W tej sprawie jednak musiała się zdać na wyobraźnię, bo And’ewers nigdy nie mówił o swojej przeszłości. Zupełnie jakby urodził się dopiero wraz z przybyciem na ziemie Imperium.
– Ciotka w domu?
– W kuchennym, jak zwykle. Powiedziała, że dzisiaj pewnie przyjdziesz, więc warzy wielki jak balia gar zupy serowej.
– A więc dobrze, że przyszłam, prawda, wuju? Bo inaczej by się zmarnowało.
– Ha, ha. Dobry żart, dziewczyno. Dobry żart.
Rodzina kowala razem z nim i żoną liczyła dwanaście osób. Siedmiu synów i trzy córki, przybrane rodzeństwo Kailean, było dumą i skarbem And’ewersa, lecz największy nawet gar zupy nie stanowił dla nich wyzwania. Dobrze, że kuźnia przynosiła odpowiednie zyski. Dwóch najstarszych chłopaków wyfrunęło już z domu i wbrew woli ojca pojechało na północ, do Mandellen, gdzie powstało największe verdańskie niby-miasto. To był uboczny efekt „Prawa o kołach”. Wozacy mu się podporządkowali, lecz po swojemu.
Wokół Mandellen, małej wioski składającej się z kilku chat, wyrosło pierwsze z wielkich miast-obozów, którego mury tworzyły tysiące bojowych wozów, a domostwa, ulice i place handlowe wyznaczały wozy mieszkalne. Wozacy ustawili swoje ruchome domy tak, jakby zakładali na wyżynie wędrowny obóz, po czym zdjęli koła. W jeden dzień, niemal w szczerym polu, powstało trzydziestotysięczne miasto. Jedno z kilku na Wschodzie. Gubernator próbował protestować, lecz Verdanno pokazali mu odpowiedni ustęp z podpisanego przez niego „Prawa o kołach”. Wozy musiały zatrzymać się w pobliżu meekhańskiego miasta lub wsi i należało im zdjąć koła. Nikt nie napisał, ile tych wozów może być.