Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 45 46 47 48 49 50 51 52 53 ... 173
Перейти на страницу:

Rze­kę prze­kro­czy­ło łącz­nie dwa­dzie­ścia ty­się­cy wo­zów i po­nad sto pięć­dzie­siąt ty­się­cy lu­dzi. A gdy na dru­gim brze­gu sta­nę­ły se-koh­landz­kie a’ke­ery i ich do­wód­ca wje­chaw­szy w bród, krzyk­nął: „Ci nie­wol­ni­cy są nasi! Od­daj­cie ich!”, Gen­no La­skol­nyk wy­je­chał mu na­prze­ciw i na­wet nie kła­dąc dło­ni na rę­ko­je­ści mie­cza, lecz tyl­ko się uśmie­cha­jąc, po­wie­dział: „A więc chodź­cie i weź­cie ich so­bie”.

Ka­ile­an szcze­rze wąt­pi­ła w taką wer­sję wy­da­rzeń, lecz była to zbyt pięk­na opo­wieść, żeby jej nie po­wta­rzać.

Bo ko­czow­ni­cy za­wró­ci­li wte­dy ko­nie i po­je­cha­li na wschód. Bo, o czym nie­któ­rzy dy­plo­ma­ci Im­pe­rium zda­wa­li się za­po­mi­nać, po­li­ty­kę cza­sem trze­ba pro­wa­dzić, po­ka­zu­jąc pan­cer­ną pięść.

Lecz urzęd­ni­cy i tak po­sta­no­wi­li coś zro­bić z tym nie­spo­dzie­wa­nym kło­po­tem. Nie po­do­ba­ła im się wi­zja ko­lej­nych ty­się­cy wol­nych jak pta­ki no­ma­dów, wę­dru­ją­cych wzdłuż ca­łej wschod­niej gra­ni­cy. Więc żeby nie do­pu­ścić do jej speł­nie­nia, wy­da­li szyb­ko tzw. pra­wo o ko­łach.

To zna­czy ka­za­li je zdjąć z wo­zów.

Od­tąd każ­dy wo­zac­ki ród miał pra­wo raz na pięć lat za­ło­żyć koła do swo­ich wo­zów i wy­wę­dro­wać, za zgo­dą od­po­wied­nich władz, w nowe miej­sce. Po­tem koła mia­ły być zdję­te, a wozy za­mie­nia­ły się w dłu­gie cha­ty. Ta­kie jak te, na któ­re wła­śnie pa­trzy­ła.

Wi­dzia­ła ka­ra­wa­nę, któ­rą ka­wa­łek per­ga­mi­nu i pie­częć ja­kie­goś urzę­da­sa za­trzy­ma­ła w miej­scu.

Gdy­by do­sta­ła tego wy­pierd­ka w swo­je ręce...

Z dru­giej stro­ny, gdy­by nie to pra­wo, być może ni­g­dy nie spo­tka­ła­by rodu Ka­le­ven­hów, bo za­miast szu­kać dla sie­bie miej­sca do osie­dle­nia, wę­dro­wa­li­by pew­nie ra­zem z ple­mie­niem.

Mil­cze­li pra­wie kwa­drans, wy­cze­su­jąc koń­ską sierść. Ka­ile­an pierw­sza zmę­czy­ła się ci­szą.

– Co ciot­ka mówi o upa­łach? – za­ga­iła wresz­cie.

– Będą trwa­ły jesz­cze co naj­mniej mie­siąc. Może dłu­żej. Jak tak da­lej pój­dzie, cena owsa sko­czy pod nie­bo.

– No, a wszy­scy w mie­ście mó­wią, że jak tak da­lej pój­dzie, Se-koh­land­czy­cy ru­szą. Na ca­łych Wiel­kich Ste­pach nie ma już dość tra­wy dla ich stad. Je­śli by­dło za­cznie im pa­dać, będą mu­sie­li zna­leźć nowe pa­stwi­ska. Albo nowe zwie­rzę­ta.

Ko­wal prze­rwał, spoj­rzał na nią po­nad koń­skim grzbie­tem i spo­koj­nie wró­cił do cze­sa­nia.

– Sły­szę to co roku, od­kąd tu za­miesz­ka­li­śmy, Ka­ile­an. Ko­czow­ni­cy nad­cią­ga­ją, już wi­dzia­no wiel­kie skrzy­dła ich ar­mii, a luź­ne a’ke­ery są na na­szym brze­gu rze­ki. Lada chwi­la wpad­ną tu i za­czną pa­lić, gwał­cić i mor­do­wać. Chy­ba że im się ko­lej­ność po­my­li. Jak jest su­sza, to przyj­dą, żeby za­gra­bić na­sze sta­da, jak leje, przyj­dą, żeby za­gra­bić na­sze zie­mie, te po­ło­żo­ne wy­żej. Jak nie jest za su­cho ani za mo­kro i mamy uro­dzaj, to wte­dy na pew­no przyj­dą, bo uro­śli w siłę i chcą gra­bić z nu­dów. Gdy­by nie Se-koh­land­czy­cy, przez cały rok nie by­ło­by o czym ga­dać i nie­któ­rzy nie otwo­rzy­li­by gęby. Je­sień się za­czę­ła, ża­den du­reń nie bę­dzie wsz­czy­nał woj­ny, gdy zbo­że zżę­te, owo­ce w sa­dach ze­bra­ne, a zam­ki i mia­sta mają peł­ne spi­chrze. Poza tym wszy­scy mó­wią, że u Se-koh­land­czy­ków szy­ku­ją się inne pro­ble­my.

No tak. Plot­ki o nie­do­ma­ga­niu Yawe­ny­ra po­szły już w step. Na­wet sama Laal nie zdo­ła­ła­by ich te­raz za­trzy­mać.

– A woj­sko, któ­re po­ja­wi­ło się na gra­ni­cy? Nie mów wuju, że nie sły­sza­łeś.

– A sły­sza­łem, sły­sza­łem. W su­mie bę­dzie tego ja­kieś osiem czy dzie­sięć re­gu­lar­nych puł­ków. Może z dwa­na­ście ty­się­cy koni. Je­śli Im­pe­rium szy­ku­je się do wal­ki i nie stać go na więk­szą ar­mię, to kiep­sko z nami. Ale nie, nie bę­dzie żad­nej woj­ny, je­śli coś przyj­dzie, to praw­dzi­wa je­sień, taka, co to roz­mo­czy Ste­py i za­mie­ni je w ba­jo­ro. A po­tem bę­dzie zima i śnie­gi. A po­tem znów Przyj­dą wio­sna i lato. Sło­wo ko­wa­la. Oczy­wi­ście, je­śli La­skol­nyk chce wie­dzieć, co o tym wszyst­kim są­dzę, niech sam za­py­ta.

And’ewers uśmiech­nął się do niej kpią­co. Od­po­wie­dzia­ła uśmie­chem.

Ver­dan­no byli wy­so­kim, szczu­płym lu­dem o ciem­nej skó­rze i ciem­nych wło­sach. Prze­waż­nie mie­li po­wy­żej sze­ściu stóp wzro­stu, byli pro­por­cjo­nal­nie zbu­do­wa­ni, a ich twa­rze wy­da­wa­ły się na swój spo­sób pięk­ne – o ostrych ry­sach, moc­no za­ry­so­wa­nych ko­ściach po­licz­ko­wych i lek­ko mig­da­ło­wych, ciem­nych oczach. Śla­dy ich krwi moż­na zna­leźć u wie­lu ple­mion Wiel­kich Ste­pów, bo w cza­sach przed na­dej­ściem Se-koh­land­czy­ków nie­jed­na ka­ra­wa­na za­błą­dzi­ła poza Pół­noc­ną Wy­ży­nę.

Gdy ko­wal się uśmie­chał, dwie krót­kie bli­zny marsz­czy­ły mu się na po­licz­ku, na­da­jąc twa­rzy dzi­ki wy­gląd. Bez pro­ble­mu mo­gła go so­bie wy­obra­zić, jak w lek­kiej kol­czu­dze jed­ną ręką po­wo­zi bo­jo­wym ry­dwa­nem, dru­gą ci­ska­jąc jed­no­cze­śnie we wro­ga oszczep.

W tej spra­wie jed­nak mu­sia­ła się zdać na wy­ob­raź­nię, bo And’ewers ni­g­dy nie mó­wił o swo­jej prze­szło­ści. Zu­peł­nie jak­by uro­dził się do­pie­ro wraz z przy­by­ciem na zie­mie Im­pe­rium.

– Ciot­ka w domu?

– W ku­chen­nym, jak zwy­kle. Po­wie­dzia­ła, że dzi­siaj pew­nie przyj­dziesz, więc wa­rzy wiel­ki jak ba­lia gar zupy se­ro­wej.

– A więc do­brze, że przy­szłam, praw­da, wuju? Bo ina­czej by się zmar­no­wa­ło.

– Ha, ha. Do­bry żart, dziew­czy­no. Do­bry żart.

Ro­dzi­na ko­wa­la ra­zem z nim i żoną li­czy­ła dwa­na­ście osób. Sied­miu sy­nów i trzy cór­ki, przy­bra­ne ro­dzeń­stwo Ka­ile­an, było dumą i skar­bem And’ewer­sa, lecz naj­więk­szy na­wet gar zupy nie sta­no­wił dla nich wy­zwa­nia. Do­brze, że kuź­nia przy­no­si­ła od­po­wied­nie zy­ski. Dwóch naj­star­szych chło­pa­ków wy­fru­nę­ło już z domu i wbrew woli ojca po­je­cha­ło na pół­noc, do Man­del­len, gdzie po­wsta­ło naj­więk­sze ver­dań­skie niby-mia­sto. To był ubocz­ny efekt „Pra­wa o ko­łach”. Wo­za­cy mu się pod­po­rząd­ko­wa­li, lecz po swo­je­mu.

Wo­kół Man­del­len, ma­łej wio­ski skła­da­ją­cej się z kil­ku chat, wy­ro­sło pierw­sze z wiel­kich miast-obo­zów, któ­re­go mury two­rzy­ły ty­sią­ce bo­jo­wych wo­zów, a do­mo­stwa, uli­ce i pla­ce han­dlo­we wy­zna­cza­ły wozy miesz­kal­ne. Wo­za­cy usta­wi­li swo­je ru­cho­me domy tak, jak­by za­kła­da­li na wy­ży­nie wę­drow­ny obóz, po czym zdję­li koła. W je­den dzień, nie­mal w szcze­rym polu, po­wsta­ło trzy­dzie­sto­ty­sięcz­ne mia­sto. Jed­no z kil­ku na Wscho­dzie. Gu­ber­na­tor pró­bo­wał pro­te­sto­wać, lecz Ver­dan­no po­ka­za­li mu od­po­wied­ni ustęp z pod­pi­sa­ne­go przez nie­go „Pra­wa o ko­łach”. Wozy mu­sia­ły za­trzy­mać się w po­bli­żu me­ekhań­skie­go mia­sta lub wsi i na­le­ża­ło im zdjąć koła. Nikt nie na­pi­sał, ile tych wo­zów może być.

1 ... 45 46 47 48 49 50 51 52 53 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)