Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza

Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
1 ... 45 46 47 48 49 50 51 52 53 ... 152
Перейти на страницу:

Na drugim krańcu grani, przy wyjściu z wąwozu, zagrały rogi, wozy zaczęły stawać i cofać się w zbawczą gardziel, te znajdujące się nieco dalej skręcały w bok i zjeżdżały z wytyczonej trasy, kilka zakolebało się groźnie, dwa przewróciły, roztrzaskując, ich woźnice w ostatniej chwili zeskoczyli z kozłów i już byli przy koniach, już cięli nożami uprzęże, byle uwolnić zwierzęta i odprowadzić je w bezpieczne miejsce.

Ale środek grani – to wąskie siodło ze stromym podjazdem – nie miał szans. Usypana tam rampa była zbyt wysoka, by zjechać, za wąska, by zawrócić, a żaden koń nie cofnie się pod górkę, zaprzężony do wyładowanego wozu. Jeden z woźniców, prowadzący grupę, która minęła właśnie obniżenie, spanikował, zamiast zablokować hamulce, wyskoczyć i odciąć zwierzęta, próbował przyspieszyć. Machnął lejcami, krzyknął, konie pochyliły karki i szarpnęły, jak je tego nauczono. Przez dwa uderzenia serca zwierzęta tkwiły tak, zbite w jedną masę, a każdy mięsień rysował im się pod skórą, i nagle coś trzasnęło głucho, dźwięk przebił się nawet przez narastający ryk wichru, i zaprzęg oddzielił się od wozu.

Przez chwilę, mrugnięcie oka, nie dłużej, wyładowany pakami pojazd stał w miejscu, po czym potoczył się w tył. Uderzył konie zaprzęgu za nim, kwik ranionych zwierząt rozdarł powietrze, teraz już dwa wozy – razem z wierzgającymi i walczącymi o życie zwierzętami – staczały się wzdłuż grani. Wpadły na trzeci, splątały z nim, jeszcze przyspieszyły, i nagle całość zamieniła się w wielki, rozwrzeszczany i rżący twór, staczający się wzdłuż grani i pożerający kolejne ofiary. Najdziwniejsze było to, że przez te kilka chwil, zanim wszystkie wozy znalazły się w obniżeniu siodła, kłębowisko z jakąś niepojętą, demoniczną determinacją trzymało się drogi. A gdy wreszcie utkwiło na dole – dobry tuzin wozów zamienionych w potrzaskany stos desek, osi, kół i okrwawionych ciał – nadszedł Oddech Bogini.

Wicher zbierał siły w drodze przez całą dolinę, a gdy dotarł do grani, musiał pędzić dwa, a może i trzy razy szybciej niż cwałujący koń i niósł ze sobą wszystko, co zagarnął po drodze, kamienie, żwir, trawę, wyszarpnięte z ziemi krzewy. Na oczach Kennetha jeden z Wozaków został uderzony w głowę odłamkiem wielkości małego jabłka, tylko przewrócił oczami i osunął się na koźle. Porucznik i jeszcze jeden z żołnierzy dopadli koni, złapali za wędzidła i szarpiąc brutalnie, odprowadzili zaprzęg niżej, za grzbiet grani. Wóz kołysał się i skrzypiał, szarpany podmuchem, mimo że skały osłaniały go już przed wiatrem, dopiero jakieś sto jardów dalej znaleźli się we w miarę bezpiecznym miejscu, gdzie skupiło się kilkadziesiąt pojazdów, które miały szczęście.

Te, które szczęścia nie miały, przyjęły na siebie całą siłę wichury.

Główny impet Oddechu Bogini trafił w obniżenie grani, w zakrwawione, wypełnione plątaniną wozów i ciał siodło. Kenneth obejrzał się, słysząc ryk wiatru, i od razu wiedział, że nie zapomni tego widoku do końca życia. Wicher przelał, przewalił się nad zatorem, ale większa część jego siły naparła na kłębowisko, jakby sama obecność czegokolwiek na grani prowokowała wiatr do pokazania swojej mocy. To było tak, jakby woda przerywała tamę, całość przez chwilę walczyła, trzeszczała i drgała, rozpędzone powietrze szarpało wszystkim, zagłuszając nawet rżenie koni, a potem jeden z wozów poruszył się i przesunął, załopotał okrywającym jego ładunek płótnem, zgubił kilka pak i z dźwiękiem pękającego drewna, który przebił się przez ryk powietrza, oderwał od reszty i uniósł.

Nagle zator, ten nieszczęsny tuzin wozów, ruszył, jak pchany ręką olbrzyma, pękł na kawałki, rozsypał się po zawietrznej stronie grani, ciężkie pojazdy turlały się w dół zbocza jak zabawki, gubiąc burty, skrzynie i beczki, ciągnąc za sobą okrwawione, zmasakrowane ciała koni i ludzi, a wiatr gonił za nimi i pchał po skale albo podrywał w powietrze, unosił, okręcał, bawił się, by po chwili, niczym znudzone dziecko, cisnąć o ziemię i rzucić się na następną ofiarę. Jakieś dwieście jardów za siodłem grań urywała się nagle, pędziła na dno ćwierćmilowej przepaści i wydawało się, jakby wicher konsekwentnie, jeden po drugim, strącał tamtędy wszystkie wozy, ciała, martwe i żywe, ludzi i konie, jakby gigantyczna miotła zmiatała, czyściła szczyt grani.

A potem, gdy ostatni fragment zatoru znikł już w dole, wiatr nagle ucichł. Ot tak, w trzy uderzenia serca było po wszystkim.

Cisza rozlała się po skałach i przez dłuższą chwilę nikt nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Góry pokazały, że należy im się szacunek, szacunek bezwzględny, niepodlegający dyskusjom, taki, który okazuje się potędze, jakiej nawet bogowie nie potrafią okiełznać.

* * *

Szczelinę znaleźli po całym dniu poszukiwań, kiedy Kenneth zaczął już pod nosem przeklinać, na czym świat stoi. Odszukali ją tylko dzięki pomysłowi Fenlo Nura. Wskazówka na mapie, brzmiąca „sto kroków na lewo od kępy kosodrzewiny”, okazała się po prostu śmieszna. Być może pół roku wcześniej przy tej ścianie skalnej znajdowała się tylko jedna kępa kosodrzewiny, ale teraz rosło jej wszędzie pełno. Cała okolica była w wyjątkowo wiosennym nastroju i roślinność wprost eksplodowała wszędzie, gdzie się dało. Zwłaszcza tych cholernych iglastych krzewów pieniło się tu mnóstwo.

Na szczęście nie było potrzeby, aby się spieszyć. Karawana zwolniła.

Kenneth musiał przyznać, że zaimponowała mu reakcja And’ewersa. Kowal był En’leyd obozu New’harr, dowodził karawaną w czasie całej drogi i to na nim spoczywała odpowiedzialność za każdy wóz. Porucznik znał ludzi, i to nie tylko w armii, których reakcją na jakiekolwiek kłopoty było natychmiastowe znajdowanie winnych. And’ewers po wypadku wyszedł na grań, ocenił straty i spokojnie zapytał, jak mogą uniknąć tego w przyszłości. Ani przez chwilę nie pokazał, że uważa swoich przewodników za odpowiedzialnych za to nieszczęście. To on dowodził, więc to on był odpowiedzialny.

I przychylił się do wszystkich sugestii strażników. Najniebezpieczniejszym fragmentem drogi było obniżenie grani, to przeklęte siodło, z którego nie dało się uciec. Wozy pokonywały je teraz w grupkach po dziesięć, szybko, jeden za drugim, na wpół rozładowane, a część ich ładunku przenosili na barkach ludzie. Do niektórych pojazdów zaprzęgano dodatkową parę koni, a następna dziesiątka zjeżdżała w dół, dopiero gdy poprzednia znalazła się w bezpiecznym miejscu. Gdyby zauważono kolejny podmuch, powożący mieli po prostu zostawić wozy, zablokować hamulce, odciąć konie i uciec. Jeśli góry zechcą kolejnej ofiary, nie dostaną ciał ani krwi.

W ten sposób Verdanno stracą dwa razy więcej czasu na przebycie grani, ale jest szansa, że nikt już nie zginie. Poza tym mogli sobie na to pozwolić, Has w ostatniej rozmowie stwierdził, że cały szlak jest tak zapchany ludźmi, końmi i wozami, że można by przesłać list do Kehlorenu, podając go sobie z rąk do rąk. Poza tym, jak sam powiedział, cały czas ulepszano trasę, poszerzano przesieki, wycięte drzewa układano na co bardziej rozmiękłych terenach, zwłaszcza na halach, gdzie grunt zaczął się już poddawać naciskowi tysięcy kopyt i kół, a pośrodku Hewen utworzono olbrzymi plac, chroniony przed wiatrem murem z głazów, kamieni i bojowych wozów, i założono pośrodku obóz, w którym ludzie i zwierzęta mogli trochę odpocząć. Konie miały nie tylko przeciągnąć wozy przez góry, ale też być w pełni sił, kiedy staną już na wyżynie. Tylko ten postój może się przedłużyć, jeśli Szóstki szybko nie znajdą drogi na drugą stronę.

W końcu koło północy po dniu bezowocnych poszukiwań Fenlo Nur zameldował się Kennethowi.

1 ... 45 46 47 48 49 50 51 52 53 ... 152
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)