Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
Orator, którego z racji sposobu mówienia i nieco beczącego tembru głosu Berdyczowski ochrzcił Diaczkiem, opowiadał drużynie o rezultatach przeprowadzonego przezeń śledztwa, dotyczącego panoszenia się Żydów w gubernialnej prasie.
Obraz rysował się straszny. O „Gazecie Żytomierskiej" Diaczek nie mógł mówić bez wzburzenia: same perelmutery i kaganowicze, bezczelne natrząsanie się z wszystkiego, co drogie rosyjskiemu sercu. Jednakże i w „Wołyńskich Wiadomościach Gubernialnych" sytuacja jest dalece niekorzystna. Z powodu pobłażliwości redaktora nierzadko drukuje się tam artykuły napisane przez Żydków, którzy kryją się za rosyjskimi nazwiskami. Tu nastąpił wykaz wszystkich tych wilków w owczej skórze: Iwan Swietłow – Icchak Sarkin, Aleksander Iwanow – Mojsza Lewensohn, Afanasij Bieriozkin – Lejba Rabinowicz, i tak dalej, i tak dalej. Jednak najbardziej sensacyjne odkrycie występujący zachował na koniec. Okazuje się, że sanhedryn zapuścił macki nawet do „Wołyńskich Wiadomości Diecezjalnych": redaktor, protopop
Kapustin, ma żonę z domu Fiszman, z przechrztów.
Po pokoju przetoczył się szum wzburzenia. Matwiej Bencjonowicz także pokręcił ze smutkiem głową.
„Esauł", pochyliwszy się, szepnął:
– Zbieramy właśnie materiały do wiernopoddańczego pisma. Gdyby pan zobaczył dane na temat kapitału finansowego i oświaty! Mróz po kościach!
Prokurator zasępił się surowo: źle, oj, źle. Referujący zakończył, usiadł na swoim miejscu. Wszyscy znowu z oczekiwaniem wpatrzyli się w gościa. Było jasne, że od wystąpienia nie da się wykręcić.
W samą porę przypomniało się mądre powiedzonko: jeśli nie wiesz, co mówić – mów prawdę.
– Cóż powiedzieć? – podniósł się Matwiej Bencjonowicz. – Jestem wstrząśnięty i przybity. W odpowiedzi nastąpiło głośne westchnienie.
– W naszej guberni, oczywista, sprawy wyglądają niedobrze, ale nie do takiego stopnia. Zgroza, panowie. Zgrzytanie zębów. Wszakże, moi drodzy, powiem wam jedno. Śledztwa i wiernopoddańcze pisma to na pewno rzecz dobra, ale to przecież za mało. Przyznam, że od żytomierzan oczekiwałem czegoś innego. Opowiadano mi, że jesteście ludźmi czynu, że nie przywykliście siedzieć z założonymi rękami. Bo patrzysz na Ruś i serce ci krwawi! – Berdyczowski zaczął się pomału rozgrzewać. – Dookoła same gaduły, bohaterowie tylko w gębie! Przepyskujemy ojczyznę, panowie patrioci! Przegadamy! A tymczasem Żyd na próżno nie gada, on ma wszystko wyliczone na lata naprzód!
Słuchając gorzkiej, zrodzonej z cierpienia wypowiedzi krasomówcy, siedzący popatrywali po sobie i kręcili się na krzesłach.
Wreszcie „esauł" nie wytrzymał. Doczekawszy się krótkiej przerwy, której Berdyczowski potrzebował, aby nabrać powietrza, przywódca „opryczników" zawołał:
– Nie jesteśmy gadułami i bazgraczami papieru! Tak, nie opuszcza nas nadzieja, że dobijemy się do naszej głuchej władzy legalnymi metodami, ale śmiem pana zapewnić, że do samych pism się nie ograniczamy. – Widać było, że przewodniczący ledwie się powstrzymuje, tak bardzo pragnie się usprawiedliwić. – Łaskawy panie, zapraszam do gabinetu, porozmawiamy w cztery oczy. A was, drodzy bracia, proszę tymczasem, żebyście ugościli się, czym chata bogata.
Dopiero teraz Matwiej Bencjonowicz zauważył w kącie pokoju nakryty stół z samowarem, bochnami chleba i robiącą wrażenie obfitością kiełbasianych wyrobów – sądzić należało, że to produkcja zakładu oczyszczania jelit.
Drużyna z ożywieniem ruszyła przekąszać, prokurator zaś został wprowadzony do „gabinetu" – ciasnego kąta, oddzielonego od kancelarii przeszklonymi drzwiami.
Przepadłeś!
Teraz doszło i do uścisku rąk. Trzeba rzec, że pozbywszy się swoich zuchów, „esauł" zmienił nieco sposób zachowania, jakby chciał pokazać, że należy do tego samego kręgu co gość.
– Sawczuk – przedstawił się. – Właściciel zakładu. Zauważyłem, panie Dyczowski, jak pan patrzył na moich janczarów. Nie są okrzesani, to pewne, nie błyszczą także, że tak powiem, zaletami umysłu.
Matwiej Bencjonowicz wystraszył się (sądził, że doskonale konspiruje swoje uczucia) i uczynił ręką protestujący gest.
– To nic – uspokoił go kiełbasiarz. – Przecież rozumiem. Jednakże proszę zważyć, że to nie są ideologowie, tylko dziesiętnicy, kierownicy rejonów. Wyrażając się językiem biblijnym, „mężowie siły". Nazywam ich żartobliwie „apostołami"– jest ich akurat dwunastu. Powinien być jeszcze jeden, ale jakoś się spóźnia. Do przemyśleń moi dziesiętnicy się nie kwapią, ale jak do czegoś dojdzie, to nie zawiodą. Proszę nie myśleć, mamy u siebie także inteligencję, najlepszych Rosjan. Adwokaci, lekarze, nauczyciele gimnazjalni – to oni najbardziej cierpią od żydowskiego naporu. Jeśli pan zechce, skontaktuję pana z nimi później, w bardziej odpowiednich okolicznościach. Głazków Ilja Stiepanowicz, wiceburmistrz, to otwarta głowa, myśliciel.
– Wie pan – odpalił Berdyczowski – myślicieli i tak jest dookoła pełno. Brakuje ludzi czynu. Żeby bez strachu, bez oglądania się na prawo. Oto czego należałoby się nauczyć. Tyle że nie chodzi o machanie łomem, o gromienie żydowskich sklepów – to rzecz nietrudna. Proszę mi powiedzieć, czy macie u siebie ludzi z doświadczeniem z prawdziwej roboty – w policji albo w Ochranie? Tylko nie w służbie, żeby nie byli związani literą prawa.
– Jakże to? – zapytał Sawczuk i zachmurzył się zakłopotany.
Matwiej Bencjonowicz chwycił byka za rogi.
– Postanowiłem zajechać do was do Żytomierza po dłuższej rozmowie z pewnym bardzo interesującym człowiekiem, który niedawno był w Zawołżsku. Z dymisjonowanym sztabsrotmistrzem żandarmerii Racewiczem, Bronisławem Wieniaminowiczem... Tu zrobił pauzę i z zamarłym sercem oczekiwał na efekt. Na efekt nie trzeba było długo czekać.
Twarz „esauła" wykrzywiła się pogardliwie.
– Z Racewiczem? I co panu ten żydowski kum nakłamał?
– D-dlaczego żydowski kum? – osłupiał prokurator. – Jak zrozumiałem, było przeciwnie: to właśnie od Żydów ucierpiał... Oni zwichnęli mu karierę i posadzili do więzienia za długi!
– Jak posadzili, tak i wysadzili – wycedził Sawczuk.
– To właśnie Żydzi go wykupili? – zgnębionym głosem upewnił się radca stanu. Stracił ducha na dobre.
– A któż by? Ten Polaczek miał, jak powiadają, piętnaście tysięcy długu. U kogo oprócz Żydów znajdzie się tyle pieniędzy? Wywdzięczył mu się sanhedryn i wiadomo za co. Dwa lata temu nasi ludzie w powiecie lipowieckim ukarali śmiercią naczelnika ziemstwa, znanego judofila. Śledztwo w Ochranie prowadził Racewicz. Dokopał się do wszystkiego, wyniuchał i dwóch Rosjan wyprawił na katorgę. Za tę nikczemność dostał nawet od Goel-Israel pismo dziękczynne. To oni tego judasza wydobyli z więzienia – ciesz się wolnością i gub lud prawosławny. To ten ich Goel-Israel, nikt inny.
– Goel-Israel?
– Tak, jest u nas taki wrzód, największy żydowski ropień. Hacer rabina Szefarewicza. Hacer to – proszę wybaczyć porównanie – coś w rodzaju siedziby archijereja, tylko żydowskiego. Mają tam synagogę i jeszybot, żydowskie seminarium. Szefarewicz (wiadomo to z całą pewnością) jest członkiem rzeczywistym tajnego sanhedrynu. Wychowuje swoje wilczęta w nienawiści do Chrystusa i wszystkiego co rosyjskie. Nikogo do swoich diabląt nie dopuszcza. Szczególnie zaś obawia się, żeby Rosjanki nie odciągały tych Żydziaków od ich wiary. Bo u nich to tak – kto związał się z gojką, ten dla żydostwa przepadł, jakby na zawsze się zaszargał. – „Esauł" splunął. – I to niby oni się zaszargali, co? Niedawno zdarzyła się tu pewna historia. Znaleziono w rzece chrześcijańską dziewczynę. Przeprowadziliśmy własne śledztwo. Ustaliliśmy, że to ladaco zadawało się z pewnym Żydziakiem z haceru Szefarewicza.