Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 46 47 48 49 50 51 52 53 54 ... 210
Перейти на страницу:

Olag-hes-Brend ski­nął gło­wą.

— Ro­zu­miem.

— Do­brze. Przed­staw swo­ich lu­dzi i po­wiedz, co któ­ry umie. Poza nią. — Ken­neth wska­zał na Mo­iwę Sam­reh. — Już wiem, że to cza­row­ni­ca z ta­len­tem bez żad­ne­go po­żyt­ku.

Blon­dyn­ka wy­krzy­wi­ła się gniew­nie i otwo­rzy­ła usta, ale czar­no­bro­dy zła­pał ją za rękę, gniew­nym szarp­nię­ciem na­ka­zu­jąc ci­szę. Ken­neth nie prze­jął się jej re­ak­cją. Ob­ser­wo­wał cza­row­ni­cę od kil­ku chwil, wy­glą­da­ła na roz­luź­nio­ną i spo­koj­ną, oczy­wi­ście jak na całą tę sy­tu­ację. Po­dob­no po­tra­fi­ła roz­po­znać, czy ktoś ich ob­ser­wu­je i ja­kie ma in­ten­cje, więc ra­czej te­raz nikt nie mie­rzył do nich z ku­szy.

Para knyp­ków, ni­skich i chu­dych, o imio­nach Po­lus i Ans­ser, naj­pew­niej fał­szy­wych, oka­za­ła się brać­mi, za­bój­ca­mi wy­spe­cja­li­zo­wa­ny­mi w tru­ci­znach. Noże, strzał­ki, igły, ukry­te ostrza. Cały ar­se­nał pod­stęp­nej śmier­ci na wy­cią­gnię­cie ręki. Świet­nie. Jego lu­dzie do tej pory nie lu­bi­li Szczu­rów, te­raz za­czną ich nie­na­wi­dzić. A jak któ­ryś ukłu­je się drza­zgą i za­ka­zi ranę, to obaj szpie­dzy wy­lą­du­ją za bur­tą. Ple­czy­sty drab był żoł­nie­rzem, zwy­kłą ochro­ną dla resz­ty, i no­sił prze­zwi­sko Kloc, a ostat­ni Szczur, o imie­niu Kew­reth – mło­dy, szczu­pły i ni­ja­ki – miał dla dru­ży­ny pro­wa­dzić roz­po­zna­nie przed ak­cją. Do­bry wy­bór. Ken­neth przy­ła­pał się na tym, że gdy od­wra­cał wzrok, miał kło­pot z przy­po­mnie­niem so­bie jego twa­rzy. A w wal­ce? „Szty­let i ga­ro­ta – wy­ja­śnił ci­cho mło­dzie­niec – a na od­le­głość ku­sza i dmu­chaw­ka z za­tru­ty­mi strzał­ka­mi”.

— Pod­su­muj­my, hes-Brend — zwró­cił się do do­wód­cy Szczu­rów. — Masz jed­ne­go żoł­nie­rza, dwóch za­bój­ców, szpie­ga i cza­row­ni­cę z mało przy­dat­nym ta­len­tem. Oraz pan­nę One­lię Um­brę, w tej chwi­li rów­nie przy­dat­ną, co prze­tar­te buty. — Na­wet nie spoj­rzał na dziew­czy­nę, sły­sząc wście­kłe par­sk­nię­cie. — No i je­steś jesz­cze ty. Na szpie­ga za bar­dzo rzu­casz się w oczy, na za­bój­cę za cięż­ko się ru­szasz. W dru­ży­nie do­wo­dzisz, a jak się nie da ina­czej, wal­czysz wręcz, ra­cja?

Czar­no­bro­dy nie od­po­wie­dział. Ken­neth wzru­szył ra­mio­na­mi.

— Nie­waż­ne. Mam dla was ro­bo­tę w sam raz dla szczu­rów. Przy­daj­cie się na coś.

W kwa­drans póź­niej Olag-hes-Brend maj­tał no­ga­mi nad jed­ną z czar­nych dziur w po­kła­dzie.

Ta była naj­mniej­sza ze wszyst­kich, mia­ła le­d­wo dwie sto­py śred­ni­cy, więc uzna­li, że za­czną od niej. Wcze­śniej opu­ści­li tam ob­cią­żo­ną linę. Znacz­nik po­ka­zał, że dziu­ra ma nie­ca­łe dwa­dzie­ścia stóp głę­bo­ko­ści, ale świa­tło dnia zda­wa­ło się trwoż­li­wie trzy­mać od niej jak naj­da­lej.

Ve­ler­gorf udzie­lał jesz­cze szpie­go­wi ostat­nich wska­zó­wek, zresz­tą ku szcze­rej ra­do­ści resz­ty straż­ni­ków:

— To idzie tak: jed­no szarp­nię­cie – wszyst­ko do­brze; dwa – coś zna­la­złem; trzy – wy­cią­gnij­cie mnie; lina od­gry­zio­na – coś mnie ze­żar­ło, nie wchodź­cie tam. Za­pa­mię­tasz? Aha, je­śli spo­tkasz Bo­re­he­da, każ mu wra­cać. Nie pora na za­ba­wę w cho­wa­ne­go.

Szczur pró­bo­wał pro­te­sto­wać, mam­ro­tał coś o mi­sji i od­po­wie­dzial­no­ści, wska­zy­wał na swo­ich lu­dzi, któ­rzy jak je­den mąż uni­ka­li jego wzro­ku. Ken­neth był zmę­czo­ny, zmar­z­nię­ty i zły, więc uciął dys­ku­sję jed­nym zda­niem:

— Wy­bie­raj! Tu — wska­zał czar­ny otwór — albo tam.

Olag spoj­rzał w miej­sce, gdzie za od­le­głą o sto kro­ków bur­tą szu­mia­ły fale. Po­bladł.

— Za­pła­cisz mi za to, lyw-Da­ra­wyt. Nikt nie trak­tu­je w ten spo­sób Nory. Nikt! Ja…

— Opusz­czać!

Ciem­ność po­łknę­ła Szczu­ra wraz z jego obiek­cja­mi i groź­ba­mi.

Spe­cjal­nie nie dali mu po­chod­ni. Ze­wnętrz­ne po­szy­cie stat­ku pa­li­ło się opor­nie, lecz mo­gło na to mieć wpływ wie­lo­let­nie ma­ce­ro­wa­nie w sło­nej wo­dzie. Co było w środ­ku, nie wie­dzie­li, a Ken­neth uznał, że ry­zy­ko, iż przy­pad­ko­wa iskra za­mie­ni wnę­trze okrę­tu w pa­le­ni­sko, jest zbyt wiel­kie. To tyl­ko dwa­dzie­ścia stóp, przez otwór po­win­no wpa­dać dość świa­tła, by wzrok Szczu­ra po­ra­dził so­bie z ciem­no­ścią.

Lina zwiot­cza­ła, po­je­dyn­cze szarp­nię­cie ob­wie­ści­ło – wszyst­ko w po­rząd­ku, lu­zuj­cie.

Przez na­stęp­ne mi­nu­ty straż­ni­cy pa­trzy­li, jak lina pra­cu­je. Roz­wi­ja się, idzie w lewo, po­tem w pra­wo, za­trzy­mu­je. Dwa szarp­nię­cia ob­wie­ści­ły, że Szczur zna­lazł coś in­te­re­su­ją­ce­go, ko­lej­ne dwa, że in­te­re­su­ją­cych rze­czy jest wię­cej. Po­tem lina za­trzy­ma­ła się w miej­scu i przez dłuż­szą chwi­lę tkwi­ła nie­ru­cho­mo. Wresz­cie czar­no­bro­dy po­pro­sił o wy­cią­gnię­cie na górę, szar­piąc trzy razy.

— Uda­my, że nas już tu nie ma, pa­nie po­rucz­ni­ku? — An­dan spoj­rzał na nie­go z na­dzie­ją.

— Sły­szę was — do­bie­gło z dołu.

— Wy­cią­gać. — Ken­neth wes­tchnął. — Nie czas na za­ba­wę.

Szczur wy­ło­nił się z ciem­no­ści, przy­ci­ska­jąc do pier­si dwie skrzyn­ki. Gdy tyl­ko sta­nął na nogi, po­ka­zał je zgro­ma­dzo­nym tak trium­fal­nym ge­stem, jak­by sam je wła­śnie zro­bił.

— Lam­py. Pa­trz­cie, lam­py.

Ken­neth wziął je­den z łu­pów. Lam­pę wy­ko­na­no z tego sa­me­go drew­na co po­kład, ale trzy jej ścian­ki wy­ło­żo­no od we­wnątrz czymś, co wy­glą­da­ło jak ma­ci­ca per­ło­wa. Czwar­tą prze­sła­nia­ła cien­ka bło­na, pół­przej­rzy­sta i twar­da jak szkło. Ta ścian­ka otwie­ra­ła się, da­jąc do­stęp do wnę­trza, gdzie w za­głę­bie­niu tkwi­ła musz­la, peł­nią­ca funk­cję zbior­ni­ka, i reszt­ki kno­ta. Lam­pa. Praw­dzi­wa i co naj­waż­niej­sze, chy­ba dzia­ła­ją­ca. Wy­star­czy­ło na­peł­nić zbior­nik ole­jem i za­pa­lić.

— Co tam jesz­cze jest na dole?

— Ja­kaś… chy­ba kom­na­ta. Ma trzy­dzie­ści na trzy­dzie­ści kro­ków, jest w niej kil­ka me­bli, sto­ły, ja­kieś szaf­ki z pół­ka­mi, wszyst­ko przy­mo­co­wa­ne do pod­łóg i ścian. Tyl­ko te lam­py da­łem radę za­brać.

— Drzwi?

— Dwo­je. Oba za­mknię­te na głu­cho. I wszyst­ko zro­bio­ne z tego czar­ne­go drew­na. A ono jak­by… po­ły­ka­ło świa­tło. Na­wet gdy wzrok się przy­zwy­czai, to trud­no roz­róż­nić szcze­gó­ły. Ale poza tym…

— Mów.

— Tam jest su­cho. I cie­plej niż tu­taj, nie ma wia­tru i śnieg nie pada na gło­wę.

Ken­neth też już o tym po­my­ślał. Dwie, trzy noce na po­kła­dzie, a za­czną opa­dać z sił. Ale dziu­ra w trze­wiach po­two­ra, gdzie nie wia­do­mo, co czai się za drzwia­mi, a je­dy­na dro­ga uciecz­ki znaj­du­je się dwa­dzie­ścia stóp nad gło­wą?

— Roz­wa­żę to. Ja­kieś śla­dy go­spo­da­rzy?

1 ... 46 47 48 49 50 51 52 53 54 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)