Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Olag-hes-Brend skinął głową.
— Rozumiem.
— Dobrze. Przedstaw swoich ludzi i powiedz, co który umie. Poza nią. — Kenneth wskazał na Moiwę Samreh. — Już wiem, że to czarownica z talentem bez żadnego pożytku.
Blondynka wykrzywiła się gniewnie i otworzyła usta, ale czarnobrody złapał ją za rękę, gniewnym szarpnięciem nakazując ciszę. Kenneth nie przejął się jej reakcją. Obserwował czarownicę od kilku chwil, wyglądała na rozluźnioną i spokojną, oczywiście jak na całą tę sytuację. Podobno potrafiła rozpoznać, czy ktoś ich obserwuje i jakie ma intencje, więc raczej teraz nikt nie mierzył do nich z kuszy.
Para knypków, niskich i chudych, o imionach Polus i Ansser, najpewniej fałszywych, okazała się braćmi, zabójcami wyspecjalizowanymi w truciznach. Noże, strzałki, igły, ukryte ostrza. Cały arsenał podstępnej śmierci na wyciągnięcie ręki. Świetnie. Jego ludzie do tej pory nie lubili Szczurów, teraz zaczną ich nienawidzić. A jak któryś ukłuje się drzazgą i zakazi ranę, to obaj szpiedzy wylądują za burtą. Pleczysty drab był żołnierzem, zwykłą ochroną dla reszty, i nosił przezwisko Kloc, a ostatni Szczur, o imieniu Kewreth – młody, szczupły i nijaki – miał dla drużyny prowadzić rozpoznanie przed akcją. Dobry wybór. Kenneth przyłapał się na tym, że gdy odwracał wzrok, miał kłopot z przypomnieniem sobie jego twarzy. A w walce? „Sztylet i garota – wyjaśnił cicho młodzieniec – a na odległość kusza i dmuchawka z zatrutymi strzałkami”.
— Podsumujmy, hes-Brend — zwrócił się do dowódcy Szczurów. — Masz jednego żołnierza, dwóch zabójców, szpiega i czarownicę z mało przydatnym talentem. Oraz pannę Onelię Umbrę, w tej chwili równie przydatną, co przetarte buty. — Nawet nie spojrzał na dziewczynę, słysząc wściekłe parsknięcie. — No i jesteś jeszcze ty. Na szpiega za bardzo rzucasz się w oczy, na zabójcę za ciężko się ruszasz. W drużynie dowodzisz, a jak się nie da inaczej, walczysz wręcz, racja?
Czarnobrody nie odpowiedział. Kenneth wzruszył ramionami.
— Nieważne. Mam dla was robotę w sam raz dla szczurów. Przydajcie się na coś.
W kwadrans później Olag-hes-Brend majtał nogami nad jedną z czarnych dziur w pokładzie.
Ta była najmniejsza ze wszystkich, miała ledwo dwie stopy średnicy, więc uznali, że zaczną od niej. Wcześniej opuścili tam obciążoną linę. Znacznik pokazał, że dziura ma niecałe dwadzieścia stóp głębokości, ale światło dnia zdawało się trwożliwie trzymać od niej jak najdalej.
Velergorf udzielał jeszcze szpiegowi ostatnich wskazówek, zresztą ku szczerej radości reszty strażników:
— To idzie tak: jedno szarpnięcie – wszystko dobrze; dwa – coś znalazłem; trzy – wyciągnijcie mnie; lina odgryziona – coś mnie zeżarło, nie wchodźcie tam. Zapamiętasz? Aha, jeśli spotkasz Boreheda, każ mu wracać. Nie pora na zabawę w chowanego.
Szczur próbował protestować, mamrotał coś o misji i odpowiedzialności, wskazywał na swoich ludzi, którzy jak jeden mąż unikali jego wzroku. Kenneth był zmęczony, zmarznięty i zły, więc uciął dyskusję jednym zdaniem:
— Wybieraj! Tu — wskazał czarny otwór — albo tam.
Olag spojrzał w miejsce, gdzie za odległą o sto kroków burtą szumiały fale. Pobladł.
— Zapłacisz mi za to, lyw-Darawyt. Nikt nie traktuje w ten sposób Nory. Nikt! Ja…
— Opuszczać!
Ciemność połknęła Szczura wraz z jego obiekcjami i groźbami.
Specjalnie nie dali mu pochodni. Zewnętrzne poszycie statku paliło się opornie, lecz mogło na to mieć wpływ wieloletnie macerowanie w słonej wodzie. Co było w środku, nie wiedzieli, a Kenneth uznał, że ryzyko, iż przypadkowa iskra zamieni wnętrze okrętu w palenisko, jest zbyt wielkie. To tylko dwadzieścia stóp, przez otwór powinno wpadać dość światła, by wzrok Szczura poradził sobie z ciemnością.
Lina zwiotczała, pojedyncze szarpnięcie obwieściło – wszystko w porządku, luzujcie.
Przez następne minuty strażnicy patrzyli, jak lina pracuje. Rozwija się, idzie w lewo, potem w prawo, zatrzymuje. Dwa szarpnięcia obwieściły, że Szczur znalazł coś interesującego, kolejne dwa, że interesujących rzeczy jest więcej. Potem lina zatrzymała się w miejscu i przez dłuższą chwilę tkwiła nieruchomo. Wreszcie czarnobrody poprosił o wyciągnięcie na górę, szarpiąc trzy razy.
— Udamy, że nas już tu nie ma, panie poruczniku? — Andan spojrzał na niego z nadzieją.
— Słyszę was — dobiegło z dołu.
— Wyciągać. — Kenneth westchnął. — Nie czas na zabawę.
Szczur wyłonił się z ciemności, przyciskając do piersi dwie skrzynki. Gdy tylko stanął na nogi, pokazał je zgromadzonym tak triumfalnym gestem, jakby sam je właśnie zrobił.
— Lampy. Patrzcie, lampy.
Kenneth wziął jeden z łupów. Lampę wykonano z tego samego drewna co pokład, ale trzy jej ścianki wyłożono od wewnątrz czymś, co wyglądało jak macica perłowa. Czwartą przesłaniała cienka błona, półprzejrzysta i twarda jak szkło. Ta ścianka otwierała się, dając dostęp do wnętrza, gdzie w zagłębieniu tkwiła muszla, pełniąca funkcję zbiornika, i resztki knota. Lampa. Prawdziwa i co najważniejsze, chyba działająca. Wystarczyło napełnić zbiornik olejem i zapalić.
— Co tam jeszcze jest na dole?
— Jakaś… chyba komnata. Ma trzydzieści na trzydzieści kroków, jest w niej kilka mebli, stoły, jakieś szafki z półkami, wszystko przymocowane do podłóg i ścian. Tylko te lampy dałem radę zabrać.
— Drzwi?
— Dwoje. Oba zamknięte na głucho. I wszystko zrobione z tego czarnego drewna. A ono jakby… połykało światło. Nawet gdy wzrok się przyzwyczai, to trudno rozróżnić szczegóły. Ale poza tym…
— Mów.
— Tam jest sucho. I cieplej niż tutaj, nie ma wiatru i śnieg nie pada na głowę.
Kenneth też już o tym pomyślał. Dwie, trzy noce na pokładzie, a zaczną opadać z sił. Ale dziura w trzewiach potwora, gdzie nie wiadomo, co czai się za drzwiami, a jedyna droga ucieczki znajduje się dwadzieścia stóp nad głową?
— Rozważę to. Jakieś ślady gospodarzy?