Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Poza tym Kenneth zadbał, by nie mieli czasu na myślenie.
Szybko wydał serię rozkazów, kazał rozbić obóz w miejscu osłoniętym od podmuchów wiatru, sprawdzić zapasy, rozstawić straże. Wyznaczył nowego dowódcę Ósmej, Korel-dus-Oderah był najstarszy i cieszył się opinią dobrego żołnierza.
A potem poprosił Velergorfa, by odprawił krótkie pożegnanie dla tych, którzy zginęli. Wytatuowany dziesiętnik skinął głową, zebrał wokół siebie kompanię i bez zbędnych ceregieli przemówił:
— Straciliśmy dobrych ludzi. Dziewięć dobrych dusz przepadło na morzu, a to byli górale i pewnie źle im tam będzie. Nie wiem, do kogo mam się zwrócić, do Anday’yi, do Bliźniąt czy Dress, bo niewiele mnie obchodzą ich boskie gierki. — Topór Velergorfa przeciął powietrze, aż zafurczało. — Ale wiem, że tak nie powinno być.
Kompania przyznała mu rację ponurym pomrukiem.
— Powiem tylko, że wiele rzeczy morze wyrzuca na brzeg, wierzę więc, że odda i ich kości. A wtedy wtopią się w skałę na brzegu i z powrotem staną częścią gór. A orły porwą ich dusze i zaniosą wprost do Domu Snu. I nie ma co więcej gadać, ale gdy rozpalicie dziś ogień, wlejcie kilka kropel gorzałki w płomienie, żeby wiedzieli, Czorwe, Kowe, Bland i reszta, że o nich pamiętamy.
Splunął na dłoń i mocniej ujął stylisko topora.
— A teraz do roboty.
Kenneth wyznaczył czterech ludzi ze swojej dziesiątki, by zmierzyli szerokość „statku”. Trzy i pół długości pięćdziesięciojardowej liny, zameldowali po kwadransie. A ile miał od dziobu do rufy? Mgła zniknęła już na szczęście, ale tym zajmą się jutro. Zbliżała się noc, a jemu nie uśmiechała się wyprawa po ciemku w nieznane. Na dziobie naliczyli osiemnaście dziur i pęknięć pokładu, kto wie, ile ich jest dalej. Miał już w głowie obraz miejsca, gdzie się znaleźli, szeroki na prawie sto osiemdziesiąt jardów pokład nie był wcale aż tak gładki. Jakieś sto pięćdziesiąt kroków od dziobu sterczał z niego, od burty do burty, rząd drewnianych słupów, wbitych co kilkanaście łokci; dokładnie osiem słupów, no i sześć dziur w miejscach, gdzie najpewniej wyrwano je siłą. Choć nazwa „słup” była myląca, wyglądały raczej na złamane pnie wiekowych drzew, mających przy ziemi siedem do ośmiu stóp średnicy. Jak wysoko się kiedyś wznosiły?
Dwieście kroków za linią słupów leżało coś, co musiało być jednym z nich. Długi na pięćdziesiąt jardów pień oplątany jakimiś linami albo porostami, wbity z furią w kilka drewnianych budowli. W końcu dlaczego na statku tej wielkości nie miałoby być jakichś budynków? Albo i całego miasteczka.
Kenneth wolał nawet nie myśleć, co się kryje pod pokładem.
Velergorf podszedł do niego, zasalutował sprężyście. Zawsze tak było; im sytuacja wydawała się trudniejsza, tym starszy dziesiętnik mocniej trzymał się regulaminów.
— Panie poruczniku, obóz gotowy. — Wskazał na garść namiotów i płacht, które rozstawili w luźny krąg. — Ale chłopcy mówią, że to czarne drewno nie chce się palić, a większość naszego przepadła. Przydałoby się…
— Porąbcie sanie, Varhenn. Ale zostawcie co najmniej czworo. I oszczędzajcie opał.
— Rozkaz.
— Niezła przemowa pożegnalna.
Twarz górala ściągnęła się gniewnie.
— Pierwszy raz taką musiałem ułożyć i, na jaja Byka, mam nadzieję, że ostatni. To nie jest dobra śmierć dla górala. I… panie poruczniku… Ludzie, nie wszyscy, ale niektórzy, mówią, że to wszystko wina Szczurów. Że gdyby te dupki nie bawiły się w podchody, bylibyśmy daleko stąd… I że w nocy może im się coś stać… Szczurom. Albo chociaż ich dowódcy…
Porucznik właściwie spodziewał się czegoś takiego i nawet przez chwilę kusiło go, by dać tym „niektórym” strażnikom wolną rękę. Och, jak kusiło. Ale nie. Do wszystkich pieprzonych demonów Mroku, nie. Jak pierwszy raz zrobisz wyłom w dyscyplinie, pozwalając na samosąd, potem idzie już szybko i zanim się obejrzysz, masz bandę zbójców rządzonych prawem noża, a nie oddział wojska.
No, chodziło jeszcze o to, że w końcu był oficerem Straży, która stanowiła część Imperium, podobnie jak, chcieli czy nie, Szczurza Nora. Co prawda, jeśli oni są żelazną pięścią Meekhanu, to Szczury stanowią brud spod paznokci, ale to nadal był imperialny brud.
— Nie. Żadnych wypadków, wpadnięcia w dziurę albo kąpieli w morzu. To rozkaz. Poza tym Szczury będą mi potrzebne. Niech zapracują na żołd.
* * *
Ta noc okazała się jedną z najpaskudniejszych, jakie pamiętał. Mieli mało opału, a czarne drewno nie chciało płonąć, nawet obficie polane tłuszczem. Zrezygnowali w końcu z próby podtrzymania ognia przez cały czas, porąbane sanie paliły się zbyt szybko, zostało im więc tylko zjedzenie kilku łyżek gulaszu z suszonego mięsa i skulenie się w namiotach czy pod płachtami osłaniającymi od wiatru. Nie byłoby tak źle, gdyby nie lodowata wilgoć wciskająca się w każdy zakamarek, pod futra, koszule i do butów. Wciąż płynęli. Z tęsknotą wspominali wykopane w śniegu nory, w których spędzili ostatnie dni.
Rankiem Kenneth zawołał do siebie Szczury. Bogowie wiedzą, gdzie spędzili noc, ale patrząc na tę żałosną gromadkę, porucznik odczuł odrobinę ponurej satysfakcji.
— Zmarzliście?
Nie odpowiedzieli, tylko Onelia Umbra rzuciła mu takie spojrzenie, że powinien się po nim zapaść pod ziemię. Zignorował ją.
— Jakieś sugestie, gdzie jesteśmy? — Spojrzał na czarnobrodego dowódcę szczurzej drużyny. — Podejrzenia? Pytam, bo takie sprawy: magia, starożytne demony, klątwy albo statki wielkości wyspy, zawsze leżały w gestii Nory. Nic wam nie świta? Żadnych tajnych rozkazów w stylu „wyślijcie tę kompanię na północ pod byle pretekstem, niech sprawdzi, co się tam czai”?
Strażnicy otaczający półkolem grupkę Szczurów zaszemrali, któryś zaklął paskudnie.
— Spokój! Nie, nie wierzę w to. Nawet najgenialniejszy szpieg świata nie ułożyłby tego w ten sposób. Aherowie, Borehed i reszta. Ale oczekuję od ciebie, Szczurze trzeciej klasy, bezwzględnej współpracy i posłuszeństwa. Żadnych kłamstw, gierek ani tajemnic. Do tej pory chciałem was traktować jak jedną z drużyn Straży, ale zmieniłem zdanie. Ja tu teraz dowodzę, po mnie dziesiętnicy Varhenn Velergorf, Andan-key-Treffer i Bergh Maws, w takiej właśnie kolejności. Później reszta moich podoficerów, a dopiero po nich ty. Na samym końcu. Jak raz podpadniesz, znajdziesz się w hierarchii dowodzenia poniżej psów. Nawet tych aherskich. Rozumiesz?