Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 45 46 47 48 49 50 51 52 53 ... 210
Перейти на страницу:

Poza tym Ken­neth za­dbał, by nie mie­li cza­su na my­śle­nie.

Szyb­ko wy­dał se­rię roz­ka­zów, ka­zał roz­bić obóz w miej­scu osło­nię­tym od po­dmu­chów wia­tru, spraw­dzić za­pa­sy, roz­sta­wić stra­że. Wy­zna­czył no­we­go do­wód­cę Ósmej, Ko­rel-dus-Ode­rah był naj­star­szy i cie­szył się opi­nią do­bre­go żoł­nie­rza.

A po­tem po­pro­sił Ve­ler­gor­fa, by od­pra­wił krót­kie po­że­gna­nie dla tych, któ­rzy zgi­nę­li. Wy­ta­tu­owa­ny dzie­sięt­nik ski­nął gło­wą, ze­brał wo­kół sie­bie kom­pa­nię i bez zbęd­nych ce­re­gie­li prze­mó­wił:

— Stra­ci­li­śmy do­brych lu­dzi. Dzie­więć do­brych dusz prze­pa­dło na mo­rzu, a to byli gó­ra­le i pew­nie źle im tam bę­dzie. Nie wiem, do kogo mam się zwró­cić, do An­day’yi, do Bliź­niąt czy Dress, bo nie­wie­le mnie ob­cho­dzą ich bo­skie gier­ki. — To­pór Ve­ler­gor­fa prze­ciął po­wie­trze, aż za­fur­cza­ło. — Ale wiem, że tak nie po­win­no być.

Kom­pa­nia przy­zna­ła mu ra­cję po­nu­rym po­mru­kiem.

— Po­wiem tyl­ko, że wie­le rze­czy mo­rze wy­rzu­ca na brzeg, wie­rzę więc, że odda i ich ko­ści. A wte­dy wto­pią się w ska­łę na brze­gu i z po­wro­tem sta­ną czę­ścią gór. A orły po­rwą ich du­sze i za­nio­są wprost do Domu Snu. I nie ma co wię­cej ga­dać, ale gdy roz­pa­li­cie dziś ogień, wlej­cie kil­ka kro­pel go­rzał­ki w pło­mie­nie, żeby wie­dzie­li, Czor­we, Kowe, Bland i resz­ta, że o nich pa­mię­ta­my.

Splu­nął na dłoń i moc­niej ujął sty­li­sko to­po­ra.

— A te­raz do ro­bo­ty.

Ken­neth wy­zna­czył czte­rech lu­dzi ze swo­jej dzie­siąt­ki, by zmie­rzy­li sze­ro­kość „stat­ku”. Trzy i pół dłu­go­ści pięć­dzie­się­cio­jar­do­wej liny, za­mel­do­wa­li po kwa­dran­sie. A ile miał od dzio­bu do rufy? Mgła znik­nę­ła już na szczę­ście, ale tym zaj­mą się ju­tro. Zbli­ża­ła się noc, a jemu nie uśmie­cha­ła się wy­pra­wa po ciem­ku w nie­zna­ne. Na dzio­bie na­li­czy­li osiem­na­ście dziur i pęk­nięć po­kła­du, kto wie, ile ich jest da­lej. Miał już w gło­wie ob­raz miej­sca, gdzie się zna­leź­li, sze­ro­ki na pra­wie sto osiem­dzie­siąt jar­dów po­kład nie był wca­le aż tak gład­ki. Ja­kieś sto pięć­dzie­siąt kro­ków od dzio­bu ster­czał z nie­go, od bur­ty do bur­ty, rząd drew­nia­nych słu­pów, wbi­tych co kil­ka­na­ście łok­ci; do­kład­nie osiem słu­pów, no i sześć dziur w miej­scach, gdzie naj­pew­niej wy­rwa­no je siłą. Choć na­zwa „słup” była my­lą­ca, wy­glą­da­ły ra­czej na zła­ma­ne pnie wie­ko­wych drzew, ma­ją­cych przy zie­mi sie­dem do ośmiu stóp śred­ni­cy. Jak wy­so­ko się kie­dyś wzno­si­ły?

Dwie­ście kro­ków za li­nią słu­pów le­ża­ło coś, co mu­sia­ło być jed­nym z nich. Dłu­gi na pięć­dzie­siąt jar­dów pień oplą­ta­ny ja­ki­miś li­na­mi albo po­ro­sta­mi, wbi­ty z fu­rią w kil­ka drew­nia­nych bu­dow­li. W koń­cu dla­cze­go na stat­ku tej wiel­ko­ści nie mia­ło­by być ja­kichś bu­dyn­ków? Albo i ca­łe­go mia­stecz­ka.

Ken­neth wo­lał na­wet nie my­śleć, co się kry­je pod po­kła­dem.

Ve­ler­gorf pod­szedł do nie­go, za­sa­lu­to­wał sprę­ży­ście. Za­wsze tak było; im sy­tu­acja wy­da­wa­ła się trud­niej­sza, tym star­szy dzie­sięt­nik moc­niej trzy­mał się re­gu­la­mi­nów.

— Pa­nie po­rucz­ni­ku, obóz go­to­wy. — Wska­zał na garść na­mio­tów i płacht, któ­re roz­sta­wi­li w luź­ny krąg. — Ale chłop­cy mó­wią, że to czar­ne drew­no nie chce się pa­lić, a więk­szość na­sze­go prze­pa­dła. Przy­da­ło­by się…

— Po­rąb­cie sa­nie, Var­henn. Ale zo­staw­cie co naj­mniej czwo­ro. I oszczę­dzaj­cie opał.

— Roz­kaz.

— Nie­zła prze­mo­wa po­że­gnal­na.

Twarz gó­ra­la ścią­gnę­ła się gniew­nie.

— Pierw­szy raz taką mu­sia­łem uło­żyć i, na jaja Byka, mam na­dzie­ję, że ostat­ni. To nie jest do­bra śmierć dla gó­ra­la. I… pa­nie po­rucz­ni­ku… Lu­dzie, nie wszy­scy, ale nie­któ­rzy, mó­wią, że to wszyst­ko wina Szczu­rów. Że gdy­by te dup­ki nie ba­wi­ły się w pod­cho­dy, by­li­by­śmy da­le­ko stąd… I że w nocy może im się coś stać… Szczu­rom. Albo cho­ciaż ich do­wód­cy…

Po­rucz­nik wła­ści­wie spo­dzie­wał się cze­goś ta­kie­go i na­wet przez chwi­lę ku­si­ło go, by dać tym „nie­któ­rym” straż­ni­kom wol­ną rękę. Och, jak ku­si­ło. Ale nie. Do wszyst­kich pie­przo­nych de­mo­nów Mro­ku, nie. Jak pierw­szy raz zro­bisz wy­łom w dys­cy­pli­nie, po­zwa­la­jąc na sa­mo­sąd, po­tem idzie już szyb­ko i za­nim się obej­rzysz, masz ban­dę zbój­ców rzą­dzo­nych pra­wem noża, a nie od­dział woj­ska.

No, cho­dzi­ło jesz­cze o to, że w koń­cu był ofi­ce­rem Stra­ży, któ­ra sta­no­wi­ła część Im­pe­rium, po­dob­nie jak, chcie­li czy nie, Szczu­rza Nora. Co praw­da, je­śli oni są że­la­zną pię­ścią Me­ekha­nu, to Szczu­ry sta­no­wią brud spod pa­znok­ci, ale to na­dal był im­pe­rial­ny brud.

— Nie. Żad­nych wy­pad­ków, wpad­nię­cia w dziu­rę albo ką­pie­li w mo­rzu. To roz­kaz. Poza tym Szczu­ry będą mi po­trzeb­ne. Niech za­pra­cu­ją na żołd.

* * *

Ta noc oka­za­ła się jed­ną z naj­pa­skud­niej­szych, ja­kie pa­mię­tał. Mie­li mało opa­łu, a czar­ne drew­no nie chcia­ło pło­nąć, na­wet ob­fi­cie po­la­ne tłusz­czem. Zre­zy­gno­wa­li w koń­cu z pró­by pod­trzy­ma­nia ognia przez cały czas, po­rą­ba­ne sa­nie pa­li­ły się zbyt szyb­ko, zo­sta­ło im więc tyl­ko zje­dze­nie kil­ku ły­żek gu­la­szu z su­szo­ne­go mię­sa i sku­le­nie się w na­mio­tach czy pod płach­ta­mi osła­nia­ją­cy­mi od wia­tru. Nie by­ło­by tak źle, gdy­by nie lo­do­wa­ta wil­goć wci­ska­ją­ca się w każ­dy za­ka­ma­rek, pod fu­tra, ko­szu­le i do bu­tów. Wciąż pły­nę­li. Z tę­sk­no­tą wspo­mi­na­li wy­ko­pa­ne w śnie­gu nory, w któ­rych spę­dzi­li ostat­nie dni.

Ran­kiem Ken­neth za­wo­łał do sie­bie Szczu­ry. Bo­go­wie wie­dzą, gdzie spę­dzi­li noc, ale pa­trząc na tę ża­ło­sną gro­mad­kę, po­rucz­nik od­czuł odro­bi­nę po­nu­rej sa­tys­fak­cji.

— Zmar­z­li­ście?

Nie od­po­wie­dzie­li, tyl­ko One­lia Um­bra rzu­ci­ła mu ta­kie spoj­rze­nie, że po­wi­nien się po nim za­paść pod zie­mię. Zi­gno­ro­wał ją.

— Ja­kieś su­ge­stie, gdzie je­ste­śmy? — Spoj­rzał na czar­no­bro­de­go do­wód­cę szczu­rzej dru­ży­ny. — Po­dej­rze­nia? Py­tam, bo ta­kie spra­wy: ma­gia, sta­ro­żyt­ne de­mo­ny, klą­twy albo stat­ki wiel­ko­ści wy­spy, za­wsze le­ża­ły w ge­stii Nory. Nic wam nie świ­ta? Żad­nych taj­nych roz­ka­zów w sty­lu „wy­ślij­cie tę kom­pa­nię na pół­noc pod byle pre­tek­stem, niech spraw­dzi, co się tam czai”?

Straż­ni­cy ota­cza­ją­cy pół­ko­lem grup­kę Szczu­rów za­szem­ra­li, któ­ryś za­klął pa­skud­nie.

— Spo­kój! Nie, nie wie­rzę w to. Na­wet naj­ge­nial­niej­szy szpieg świa­ta nie uło­żył­by tego w ten spo­sób. Ahe­ro­wie, Bo­re­hed i resz­ta. Ale ocze­ku­ję od cie­bie, Szczu­rze trze­ciej kla­sy, bez­względ­nej współ­pra­cy i po­słu­szeń­stwa. Żad­nych kłamstw, gie­rek ani ta­jem­nic. Do tej pory chcia­łem was trak­to­wać jak jed­ną z dru­żyn Stra­ży, ale zmie­ni­łem zda­nie. Ja tu te­raz do­wo­dzę, po mnie dzie­sięt­ni­cy Var­henn Ve­ler­gorf, An­dan-key-Tref­fer i Bergh Maws, w ta­kiej wła­śnie ko­lej­no­ści. Póź­niej resz­ta mo­ich pod­ofi­ce­rów, a do­pie­ro po nich ty. Na sa­mym koń­cu. Jak raz pod­pad­niesz, znaj­dziesz się w hie­rar­chii do­wo­dze­nia po­ni­żej psów. Na­wet tych aher­skich. Ro­zu­miesz?

1 ... 45 46 47 48 49 50 51 52 53 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)