Czas żyć czas zabijać
- Автор: Жамбох Мирослав
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 9788375748017
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:
Ta nienaturalna, nagła cisza zmroziła wszystkich. Nawet pancerny wojownik zatrzymał się i obrócił w stronę obozowiska, a w głębi jego hełmu wyraźnie zapulsował czerwony płomień. Koharow otrząsnął się jako pierwszy i wykorzystał okazję do śmiałego ataku. Ciął prosto w łokieć, gdzie zbroja tradycyjnie zapewnia najsłabszą ochronę. Po raz pierwszy wydało mu się, że wreszcie zadał minimalne, ale zawsze szkody. Przed reakcją kolosa się jednak nie uchronił. Uderzony na odlew przeleciał kilka metrów i wylądował na ziemi, z trudem próbując złapać oddech. Był przekonany, że kolos go za chwilę wykończy. Lecz tamten w dalszym ciągu wyglądał, jakby coś go wyprowadziło z równowagi, jakby się wahał. Wreszcie podjął decyzję, pozostawił trzech wojowników ich własnemu losowi i długimi krokami skierował się w stronę obozu.
- Za nim, musimy im pomóc! - krzyknął Sierżant.
Koharow uniósł się na kolana, dostrzegł, że Trimitri poświęcił mu krótkie spojrzenie, ale ruszył zgodnie za Sierżantem. Dla niego też gra toczy się o wszystko, pomyślał Koharow, a przecież woda tu jest tylko w jednym miejscu. Po chwili wysiłku zdołał wreszcie zmusić nogi do posłuszeństwa i ruszył za nimi.
Wracali do obozu najkrótszą drogą, co oznaczało, że musieli zejść stromym, południowo-zachodnim zboczem. Żelaznego wojownika dogonili dopiero przed samym obozem, a i to jedynie dlatego, że się zatrzymał. Na dole wciąż panował spokój. Ludzie leżeli, stali i umierali tam, gdzie opadł na nich dziwny czar. Jeden z wozów został roztrzaskany na drzazgi, jakby się przezeń przewaliło pomniejsze tornado.
- Kurwa - powiedział Sierżant, kiedy zrozumiał, co ten wóz w istocie zniszczyło.
Nie było to tornado, a młot bojowy drugiego żelaznego kolosa, który z uniesioną bronią przyglądał się czemuś w dole przed nim. Trzecie monstrum stało tuż obok. Koharow początkowo nie rozumiał, dlaczego bój ustał, dlaczego wszyscy stoją niczym skamieniali. Jednak po chwili dostrzegł Baklego, który stał naprzeciw dwóch kolosów, jakby próbował nakazać im się zatrzymać. Nawet nie dobył swego katzbalgera, w starciu z takimi przeciwnikami byłby i tak całkowicie bezużyteczny. Bardziej niż kiedykolwiek wyglądał jak pokraczna karykatura człowieka. Ramiona i pierś tak szerokie, że głowa w porównaniu z nimi prawie nikła. A mimo to i tak przypominał małe dziecko stojące naprzeciw dwóch dorosłych osób.
Wraz ze zstępującym na dno doliny cieniem coraz wyraźniej było widać jarzący się w głębi hełmów płomień. Stało się jasne, że to nie jest zwykłe szacowanie przeciwnika przed walką, tu działo się coś więcej, coś niezwykłego. Koharow poczuł nagle, że coraz ciężej mu się oddycha, jakby powietrze straciło swoje życiodajne właściwości.
- Zabiję was - powiedział wreszcie ledwo słyszalnie Bakly.
Trzy monstra popatrzyły po sobie. Może się w duchu śmieją, pomyślał Koharow. A może zadają sobie pytanie, czy on to mówi na poważnie, czy to nie jest tylko taki żart, zanim sam rzuci się do ucieczki.
Bakly wzruszył ramionami, ciężki kożuch zsunął się z jego barków i opadł na ziemię. Człowiek kontra monstra zrodzone z magii. Człowiek? Koharow miał co do tego pewne wątpliwości. Przecież człowiek już dawno by uciekł, a przynajmniej by próbował.
Rozległ się głośny trzask i naraz Bakly trzymał w każdej ręce bojową siekierę. Ponadmetrowe toporzyska, po jednej stronie ostrze, po drugiej głowica młota bojowego, zwieńczone długim grotem. Głęboko wcięta krzywizna ostrza nadawała im wygląd dość delikatny, jednak Koharow mógłby się założyć, że jest to broń, która może znieść wszystko. Nad tym, skąd je Bakly wytrzasnął, postanowił się nie zastanawiać. Rzeczy, które tu miały miejsce, i tak już wykraczały poza wszelką normalność.
Kolosy nadal stały bez ruchu, ale Bakly postanowił nie czekać. Nie chce, żeby na niego ruszyli równocześnie, pomyślał Koharow.
- Nie możemy go puścić tam na dół, z trzema sobie na pewno nie poradzi! - krzyknął Sierżant i rzucił się od tyłu na żelaznego wojownika.
- Bo niby z dwoma sobie poradzi… - burknął do siebie Koharow.
Wielki miecz opadł, Bakly zdołał siekierą zmienić tor jego lotu i olbrzymie ostrze rozłupało leżący obok głaz. Przed kolejnym ciosem umknąć nie miał szans, blokował tylko twardo, nieludzka siła rzuciła go na kolana, ale ani o włos dalej. Przez chwilę zastygli obaj, siłując się, i Koharow odniósł wrażenie, że Bakly ze swego przeciwnika jakimś przedziwnym sposobem czerpie wręcz siłę, jakby tracił swą ludzką postać i stawał się sam bardziej jak twór z żelaza i magii. Dalej już nie czekał. Trimitri właśnie chylił się w uniku przed świszczącym mieczem i próbował podejść przeciwnika bliżej. Koharow też rzucił się do ataku.
Sierżant, Trimitri, on - on, Sierżant, Trimitri. Jakby od miesięcy trenowali razem na arenie, wspólnymi siłami starali się dobrać kolosowi do korpusu, cały czas unikając śmiercionośnych ciosów. Nawet nie próbowali ich zbijać czy stawiać przeciwko nim zasłon. Każde trafienie oznaczałoby śmierć, to było jasne. Koharow zdawał sobie sprawę, że ten morderczy taniec w nieskończoność trwać nie może. Sam szybko tracił siły i wiedział, że jeszcze chwila i zabije go albo wyczerpanie, albo utrata zwinności. Gdy zadźwięczała broń, ocknęli się i pozostali. Najemnicy szybko zorientowali się, że walczący próbują powstrzymać kolosa przed połączeniem sił z jego kompanami w obozie. Koharow z bezgraniczną wdzięcznością powitał okazję do tego, by na chwilę zwolnić i złapać wreszcie dech. Brzęknęła pękająca stal - jeden z najemników, który próbował zasłonić się przed ciosem dwuipółmetrowego miecza, przypłacił to życiem. Kawałek dalej leżał następny.
- Spróbujmy go zrzucić! - zakrzyknął Sierżant, po czym natychmiast skoczył w przód, unikając tym samym świszczącego ostrza, które tymczasem zdekapitowało kolejnego, mniej czujnego najemnika.
Trimitri zrozumiał natychmiast i zaczął wspinać się na skałę, pod którą toczył się bój. Koharow zaś zaatakował kolosa, aby odwrócić jego uwagę od Sierżanta. Uchylił się przed ciosem, z ledwością zasłonił przed uderzeniem pancernej pięści, o mały włos nie tracąc przy tym broni. Sam natychmiast ciął i dźgnął, bez rezultatu. W ostatniej chwili dostrzegł opadającą głowicę miecza, chciał uskoczyć, nie całkiem zdążył. Od uderzenia ugięły się pod nim kolana, miecz wypadł ze zdrętwiałych palców. Czas jakby zwolnił. Jedyne, co mógł, to przyglądać się, jak wielka żelazna stopa unosi się w powietrze, by za chwilę opaść i zmiażdżyć go niczym karalucha. Wiedział, że tym razem umknąć już nie zdoła, ostatni zbytek sił zużył w walce z magicznym wojownikiem. Ze zdziwieniem dostrzegł Sierżanta i Trimitriego, jak się zbierają w sobie, jak skaczą ze skały. Jak on się tam dostał tak szybko, pomyślał ze zdziwieniem, jakby to miało w tej chwili jakiekolwiek znaczenie. Tamci byli już w powietrzu. Jeden uczepił się głowy, drugi wielkiego ramienia. Złapali kolosa z nogą uniesioną do góry, to wytrąciło go z równowagi, zachwiał się zdezorientowany. Trimitri zdołał uchwycić się pewnie wokół szyi i sztyletem zaczął dźgać w wizjer hełmu. Żelazny wojownik zatoczył się, jego pancerna noga trafiła w skałę tuż obok ramienia Koharowa, drobne odpryski kamienia strzeliły naokoło. Trimitri dalej zapamiętale dźgał, olbrzym raz jeszcze spróbował złapać równowagę, jednak nieskutecznie, i wreszcie zaczął chylić się ciężko na jedną stronę, aż w końcu zwalił się na ziemię głową w dół zbocza.
- Zasypcie go - charczał Koharow. - Szybko!
Nie miał pojęcia, skąd wziął siłę. Ni stąd, ni zowąd trzymał nagle w rękach półcetnarowy głaz i niemiłosiernie grzmotnął nim w hełm powalonego przeciwnika. Sierżant bez zwłoki poszedł w jego ślady, błyskawicznie dołączyli do nich dalsi. Kamienie dzwoniły o pancerz, Koharow bezsilnie opadł na kolana. Zwyciężyli. Oczywiście, że nie zwyciężyli, uświadomił sobie, kiedy dotarło do niego, gdzie powędrował jego wzrok. W dole przed nim Bakly stawiał czoła dwóm żelaznym kolosom w pojedynkę.