Demony Leningradu [calibre 3.42.0]
- Автор: Przechrzta Adam
- Год: 2011
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 978-83-7574-617-4
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Demony Leningradu [calibre 3.42.0]». Краткое содержание книги:
– Komandir... – odezwała się błagalnym tonem Wiera.
Westchnąłem – źle oceniłem dziewuchę, po raz kolejny. Wyglądało, że panna Turkuł nie tyle buntowała się z powodu odsunięcia od akcji, co po prostu chciała być z nami.
– Posłuchaj, Wiera – powiedziałem łagodnie. – Musisz się jeszcze wiele nauczyć. To jest twój priorytet. Jeśli teraz zaniedbasz naukę, nigdy nie osiągniesz naprawdę wysokiego poziomu wyszkolenia. A przecież jeśli chcesz być członkiem naszego oddziału, nie ma innego wyjścia.
– Tak, ja się będę uczyć, a wy tymczasem weźmiecie sobie kogo innego – burknęła.
Wybuchnąłem śmiechem, po chwili zawtórowali mi Kotuszew i Drozd.
– Naprawdę myślisz, że to takie proste? – spytałem. – Ktoś z odpowiednimi predyspozycjami to niesłychana rzadkość. W dodatku jeszcze ktoś, komu można ufać. Od paru ładnych miesięcy wypruwamy sobie flaki, żeby przekazać ci wszystko, co umiemy, myślisz, że robimy to z sympatii do ciebie albo z sentymentu? Gdybyś się nie nadawała do naszej roboty, gdybyśmy cię nie chcieli, byłabyś teraz radiooperatorką albo co najwyżej uczyła się z resztą kursantów.
– Naprawdę?
– Naprawdę – potwierdziłem z uśmiechem. – Jedyny problem to twoje wyszkolenie. Prowadząc zajęcia z kursantami, masz możliwość korzystania ze strzelnicy, biblioteki, chodzenia na wykłady. Od czasu do czasu któryś z nas wpadnie do szkoły, żeby udzielić ci wskazówek. Ta akcja teraz to tylko przerywnik. Jeśli chcesz pojechać z nami na kolejną, musisz ciężko pracować. Bardzo ciężko.
– W porządku – mruknęła, spuszczając oczy. – Mam sobie iść?
– Dlaczego? Nie będziesz z nami latać po Moskwie, nie masz na to czasu, ale po południu, kiedy wrócisz z zajęć, możesz nam pomóc. Podejrzewam, że nie obędzie się bez grzebania w dokumentach, a co dwie głowy, to nie jedna. Pomożesz któremuś z chłopaków.
Wiera zareagowała promiennym uśmiechem, chłopcy żałosnym jękiem.
– Ostatnio, w Leningradzie, to ja przegryzałem się przez te wszystkie papiery – zauważył Drozd. – W imię socjalistycznej sprawiedliwości...
Urwał zgromiony moim spojrzeniem. Socjalistyczna sprawiedliwość – dobre sobie. Porucznik Drozd świetnie wiedział, że w czasie, w którym on przeczyta książkę, my nie skończylibyśmy nawet gazety. No i ta jego pamięć...
– Czy mogę w takim razie zgłosić się na ochotnika? – zapytał, odpowiednio interpretując moją minę. – Jako jednoosobowy oddział szturmowy światowej rewolucji, z przysługującym tej funkcji przydziałem wódki, czekolady i chętnych dziewcząt?
Trzepnąłem go w głowę, ale bez złości. Wiedziałem, że gdy skończy błaznować – w jego wieku nie takie rzeczy robiłem – zamieni się z powrotem w oficera wojennoj razwiedki. Odpowiedzialnego, kompetentnego i skupionego na przydzielonym mu zadaniu. Wiedziałem też, że zrobi wszystko, co będzie trzeba, nawet za cenę życia.
Rozmyślania przerwało mi pukanie. Zmarszczyłem brwi – kogo znowu czort niesie? Zebraliśmy się w mieszkaniu Drozda, nie chciałem, żeby ktokolwiek nam przeszkadzał.
Najwyraźniej intruz poczuł się rozczarowany brakiem reakcji i zaczął walić w drzwi pięściami. Albo jakiś pijaczek, albo...
– Otwierać, milicja! – rozwiał nasze wątpliwości nieznajomy głos.
– Czego?! – warknąłem, stając w progu.
Nieznajomy, rzeczywiście w milicyjnym mundurze, zamiast odpowiedzieć, stał jak słup soli, wpatrując się w coś za moimi plecami. Obejrzałem się. Lufy trzech pistoletów celowały w nieszczęśnika. Panna Turkuł ze złośliwym uśmieszkiem – a to małpa! – udawała, że trzęsą jej się dłonie. Nic dziwnego, że facet się wystraszył...
– Schować broń! – poleciłem. – Co się stało?
– Pułkownik Poliakow kazał was powiadomić, towarzyszu majorze... Pomyślał, że chcielibyście wiedzieć...
– O czym?! – ponagliłem jąkającego się milicjanta.
– Mamy kolejnego trupa.
ROZDZIAŁ ÓSMY
Tym razem zwłoki mężczyzny nie były przybite do ściany – leżały na wspaniałym, wyraźnie przedrewolucyjnym łożu. Nagie. Ciało nie nosiło śladów przemocy poza jednym wyjątkiem: ktoś odciął mu genitalia. Rozejrzałem się wokół w rozpaczliwej nadziei, iż znajdę coś, co pozwoli wykluczyć, że zamordowany jest ofiarą naszego maniaka. Krwawy napis na ścianie rozwiał moje oczekiwania: Błażen, kogda wsie strasti u razuma wo własti. Błogosławiony, czyje żądze poddają się władzy rozumu. Jeszcze, kurwa, religii nam tu brakowało! Jeżeli towarzysz Stalin dojdzie do wniosku, że w Moskwie działa jakaś sekta religijna, wywróci nas na drugą stronę... I żeby tylko działała! Rzecz szła o kolejne morderstwo. Odetchnąłem głęboko kilka razy – wściekanie się w niczym mi nie pomoże. Musiałem zorientować się w sytuacji. Pomieszczenie, w którym znajdował się trup, przypominało sypialnię jakiegoś carskiego dostojnika: jedwabne tapety na ścianach, bogato zdobione, zastawione bibelotami meble, potężne łoże z kolumienkami i baldachimem. Nie ma co, wesoło żył sobie nasz nieboszczyk... Chyba że ktoś go tu przywiózł?
– Gdzie pułkownik Poliakow? – rzuciłem szorstko do towarzyszącego mi milicjanta.
– Jest już w drodze – odparł blady jak ściana sierżant.
Parsknąłem pogardliwie, ponownie skierowałem wzrok na zwłoki. Zapewne Poliakow będzie coś wiedział o zabitym, ale mało prawdopodobne, że to jakiś anonimowy obywatel...
Przykucnąłem, przyjrzałem się dłoniom ofiary. Wypielęgnowane paznokcie, skóra bez odcisków, złoty sygnet... Spróbowałem go ściągnąć – nie dało rady. Znaczy nikt mu nie włożył pierścienia po śmierci, na palcu nie zauważyłem żadnych zadrapań czy otarć. Ech, kurewskie nasze szczęście – pewnie nieboszczyk okaże się członkiem Politbiura...
Odgłos pospiesznych kroków powiadomił mnie o przybyciu Poliakowa. Pułkownik pojawił się wraz z całą ekipą śledczą. Uniosłem brwi, widząc, że przywołuje mnie ruchem głowy. Wyszliśmy na ulicę, poczęstowałem milicjanta papierosem.
– Kogo tym razem załatwili? – spytałem krótko.
– Arnoszta Wartaniana – zgrzytnął zębami Poliakow.
– Mam nadzieję, że nasz truposz nie był członkiem Politbiura?
– Na szczęście nie, ale i tak nie jest dobrze, nasz Arnoszka, zanim dał się wykastrować, działał w Komitecie Centralnym Komsomołu. I myślę, że kimkolwiek by się okazał jego zabójca, świetnie o tym wiedział.
– Znaczy będzie raban – westchnąłem.
– Będzie – potwierdził Poliakow markotnie.
– Ale dlaczego obcięli mu jaja?
– Może dlatego, że pierdolił każdą babę, która zatrzymała się przy nim dłużej niż na dwadzieścia sekund?! Przychodziło na niego mnóstwo donosów, były nawet oskarżenia o gwałt, tyle że Arnoszka miał takie plecy, że wszystko zamiatano pod dywan.
– Może to, kurwa, jakiś mściciel?
– Akurat! To nasz maniak!
– Jak on go... tego...?
– Nie mam zielonego pojęcia, Nikonow pewnie coś powie po oględzinach. Jeśli nie, trzeba będzie czekać na sekcję.
– Krwi niewiele...
– Taaa... Też to zauważyłem. Prawdopodobnie obciął mu jaja dopiero po śmierci.
– Uprzedź swoich ludzi, lada moment przyjadą tu moje chłopaki.
– Oni już wiedzą. Mam nadzieję, że razem coś wymyślimy, bo jeśli nie...
– Zapewne niedługo dostaniemy wezwanie na Łubiankę – zauważyłem. – Genkom zażąda wyjaśnień.
– A jakże! – mruknął milicjant. – Ale tym zajmę się sam. Nie ma sensu, żebyśmy jeździli razem, odgrywanie roli chłopca do bicia nie posunie śledztwa naprzód. Nie boję się wrzasków komisarza Berii, boję się, że w pewnym momencie towarzysz Stalin straci cierpliwość, a wtedy znajdziemy się na Łubiance w nieco innym charakterze...