Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
— Jak chcesz, żono — rzekł były kramarz. — Czy zobaczę cię wkrótce?
— Zapewne; mam nadzieję, że w przyszłym tygodniu będę miała wolną chwilę. Korzystając z tego przyjdę tu i uporządkuję rzeczy, które są na pewno w nieładzie.
— Doskonale, będę czekał na ciebie. Nie gniewasz się na mnie?
— Ja? Skądże znowu!
— Zatem do widzenia.
— Do widzenia.
Bonacieux ucałował rękę żony i wyszedł szybko.
— Tego tylko brakowało — rzekła pani Bonacieux, gdy mąż był już na ulicy i została sama — żeby ten głupiec został stronnikiem kardynała! A ja zaręczyłam królowej, ja przyrzekłam mojej biednej pani... Ach, mój Boże, mój Boże! Będzie mnie uważać za jedną z tych niecnych osób, których pełno jest w pałacu i które kręcą się tam tylko po to, by ją szpiegować. Ach, panie Bonacieux, nigdy nie kochałam cię za bardzo; ale teraz jest znacznie gorzej, teraz cię nienawidzę. O, przysięgam, zapłacisz mi za to!
W chwili gdy mówiła te słowa, zapukano w sufit; podniosła głowę i jakiś głos z góry krzyknął:
— Droga pani Bonacieux, proszę mi otworzyć boczne drzwi, zejdę do pani.
Rozdział XVIII
KOCHANEK I MĄŻ
— Ach, pani — rzekł d’Artagnan wchodząc przez drzwi, które otworzyła mu młoda kobieta — pozwól mi powiedzieć, że nieszczególnego masz męża.
— Słyszałeś więc pan naszą rozmowę? — zapytała żywo pani Bonacieux spoglądając na d’Artagnana.
— Od początku do końca.
— Ale jak, mój Boże?
— Mam swój sposób. Słyszałem również ożywioną rozmowę, kiedy byli u pani ludzie kardynała.
— I co zrozumiałeś z tego, cośmy mówili?
— Tysiąc rzeczy: przede wszystkim, że twój mąż jest na szczęście skończonym głupcem; po wtóre, że ma pani kłopoty, czemu bardzo jestem rad, jako że daje mi to okazję do ofiarowania ci swych usług, a Bóg jeden wie, że jestem gotów skoczyć w ogień dla ciebie; wreszcie, że królowej trzeba chwata, człowieka bystrego i oddanego, który uda się dla niej do Londynu. Posiadam przynajmniej dwie z tych trzech zalet, oto więc jestem.
Pani Bonacieux nie odpowiedziała, ale serce jej biło radośnie i ukryta nadzieja błyszczała w jej oczach.
— A jaką możesz mi pan dać rękojmię — zapytała — jeśli zgodzę się powierzyć ci tę misję?
— Moją miłość dla pani. Mów, rozkazuj, co należy uczynić?
— Mój Boże, mój Boże! — wyszeptała młoda kobieta — mam więc ci powierzyć taką tajemnicę? Jesteś niemal dzieckiem!
— Widzę z tego, że trzeba pani kogoś, kto poręczyłby za mnie.
— Wyznam, że byłabym wielce temu rada.
— Czy znasz pani Atosa?
— Nie.
— Portosa?
— Nie.
— Aramisa?
— Nie. Cóż to za panowie?
— Muszkieterowie królewscy. Znasz pana de Tréville, ich kapitana?
— O, tak, tego znam, nie osobiście wprawdzie, ale słyszałam wiele razy, jak mówiono królowej, że jest to dzielny i uczciwy szlachcic.
— Nie obawiasz się, że zdradzi twe tajemnice kardynałowi, prawda?
— O, na pewno nie.
— Dobrze więc, zwierz mu swoją tajemnicę i zapytaj go, pani, czy możesz mi zaufać, nawet gdyby to była tajemnica największej wagi i najbardziej straszliwa.
— Ale to nie jest moja tajemnica, nie mogę więc jej wyjawić.
— Zawierzyłabyś ją jednak panu Bonacieux — rzekł d’Artagnan z urazą.
— Ale byłoby to tak, jakbym ją zawierzyła dziupli w drzewie, skrzydłu gołębia, obroży psa.
— Widzisz wszakże, że cię kocham, pani.
— Tak mówisz.
— Jestem człowiekiem dwornych obyczajów.
— Wierzę.
— Jestem odważny!
— O, tego jestem pewna.
— Więc wystaw mnie pani na próbę.
Pani Bonacieux spojrzała na młodzieńca wahając się jeszcze trochę. Ale w jego oczach błyszczał taki ogień, tyle przekonania brzmiało w jego głosie, że zapragnęła mu się zwierzyć. Zresztą znajdowała się w takiej sytuacji, że musiała postawić wszystko na kartę. Dla królowej równie zgubna byłaby zbyt wielka powściągliwość, jak nadmiar ufności. Wreszcie, wyznajmy to jeszcze, uczucie, które powzięła mimo woli dla swego młodego obrońcy, skłoniło ją do mówienia.
— Posłuchaj tedy — powiedziała — ustępuję i zaufam twym zapewnieniom. Ale przysięgam ci wobec Boga, który nas słyszy, że jeśli mnie zdradzisz, a wrogowie zostawią mnie przy życiu, zabiję cię, a wina spadnie na twą głowę.
— A ja przysięgam ci wobec Boga, pani — rzekł d’Artagnan — że jeśli pochwycą mnie przy wypełnianiu rozkazów, jakie otrzymam od ciebie, umrę raczej niż uczynię lub powiem coś, co mogłoby skompromitować kogokolwiek.
Wówczas młoda kobieta zdradziła mu straszliwą tajemnicę, którą poznał już częściowo owej nocy na moście.
Było to zarazem ich nieme wyznanie miłosne.
D’Artagnan promieniał radością i dumą. Tajemnica, którą posiadł, kobieta, którą kochał, zaufanie i miłość dawały mu siły olbrzyma.
— Wyjeżdżam — rzekł — wyjeżdżam natychmiast.
— Jak to wyjeżdżasz! — zawołała pani Bonacieux — a twój regiment, twój kapitan?
— Na mą duszę, zapomniałem o wszystkim, droga Konstancjo! Tak, masz słuszność, muszę mieć zwolnienie.
— Jeszcze jedna przeszkoda — powiedziała pani Bonacieux z bólem.
— Och, jeśli o to idzie — zawołał d’Artagnan po chwili namysłu — dam sobie łatwo radę, możesz być pani spokojna.
— Jakim sposobem?
— Udam się dziś jeszcze do pana de Tréville i poproszę, by wstawił się za mną do pana des Essarts, swego szwagra.
— Pozostaje jeszcze jedna sprawa.
— Jaka? — zapytał d’Artagnan widząc, że pani Bonacieux się waha.
— Może nie masz pan pieniędzy?
— Nie mam ich za dużo — rzekł d’Artagnan z uśmiechem.
— W takim razie — powiedziała pani Bonacieux otwierając szafę i wyjmując z niej trzos, który przed półgodziną miłośnie gładził jej mąż — weź ten trzos.
— Trzos kardynała! — zawołał wybuchając śmiechem d’Artagnan, który jak wiemy, usunął deski w podłodze i nie utracił ani słowa z rozmowy między kramarzem a jego żoną.
— Trzos kardynała — odparła pani Bonacieux — widzisz, że wygląda wcale okazale.
— Do kroćset — zawołał d’Artagnan — ratować królową za pieniądze kardynała, o ile to zabawniejsze!
— Jesteś miłym i uprzejmym młodzieńcem — rzekła pani Bonacieux. — Bądź pewien, że Jej Królewska Mość nie okaże się niewdzięczna.
— O, jestem już dostatecznie wynagrodzony! — zawołał d’Artagnan. — Kocham panią, pozwalasz mi to mówić; to większe szczęście niż ośmieliłbym się spodziewać.
— Cicho — przerwała pani Bonacieux cała drżąc.
— Co?
— Słychać głosy na ulicy.
— To głos...
— Mego męża. Tak, poznaję go!
D’Artagnan podbiegł do drzwi i zasunął rygiel.
— Nie wejdzie, zanim ja nie wyjdę. Otworzy mu pani, kiedy mnie nie będzie.
— Ale mnie także nie powinno tu być. A jak wytłumaczyć zniknięcie pieniędzy, skoro jestem w domu?
— Ma pani słuszność, trzeba wyjść.
— Ale dokąd? Zobaczy nas, kiedy będziemy wychodzić.
— Trzeba więc pójść do mnie.
— Ach! — zawołała pani Bonacieux — mówisz to tonem, który mnie przeraża.