Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]
Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]

Электронная книга - «Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]». Краткое содержание книги:

Drugi tom cyklu „Temeraire” — niezwykłego połączenia fantasy i powieści historycznych z czasów napoleońskich.
Kapitan Laurence i Temeraire, nowicjusze w brytyjskim Korpusie Powietrznym, odegrali decydującą rolę w bitwie pod Dover, przyczyniając się do odparcia francuskiej inwazji. Niestety, wkrótce wpadają w kłopoty. Kiedy Chińczycy dowiadują się, że Temeraire — niezwykle rzadki smok, którego podarowali Napoleonowi — dostał się w ręce Anglików, wysyłają do Londynu gotową na wszystko delegację, aby go odzyskać. Laurence jednak odmawia współpracy. Za nieposłuszeństwo grozi mu szubienica, więc wbrew własnej woli musi wyruszyć z Temeraire’em w długą i niebezpieczną podróż na Daleki Wschód. Na dworze chińskiego cesarza czekają go jeszcze bardziej szokujące niespodzianki…
1 ... 44 45 46 47 48 49 50 51 52 ... 88
Перейти на страницу:

Tak więc na razie podejrzenie nie padło na żadną konkretną osobę, lecz było to tylko kwestią czasu, a wtedy nieszczęśnik nie mógłby liczyć na sympatię. Tymczasem wszyscy udawali się na nocną wachtę wyjątkowo niechętnie i nawet odmawiali wypełniania rozkazów, które wymagały przebywania na pokładzie w pojedynkę. Riley spróbował dać im przykład, zapuszczając się w różne ciemne zakamarki podczas wacht, lecz nie wywarło to specjalnego skutku, bo najwyraźniej z trudem panował nad nerwami. Laurence zrugał Allena, pierwszego z członków swojej załogi, który wspomniał przy nim o duchu, więc nikt inny już nie mówił o tym w jego obecności, ale pełniący służbę awiatorzy starali się trzymać blisko Temeraire’a i poruszali się po pokładzie w grupach.

Sam Temeraire czuł się kiepsko, więc nie przywiązywał większej wagi do całej sprawy. Był zaskoczony przerażeniem marynarzy i wyraził rozczarowanie faktem, że nigdy nie udało mu się zobaczyć zjawy, podczas gdy tylu innych ją podobno widziało; przeważnie jednak spał albo kichał, starając się odwracać łeb ku morzu. Kiedy wreszcie pojawił się kaszel, początkowo próbował to ukryć, ponieważ nie miał ochoty zażywać lekarstwa, którego paskudny smród unosił się złowróżbnie nad pokładem, jako że Keynes zaczął je przygotowywać w dużym kotle w kuchni już pierwszego dnia choroby. Lecz trzeciego dnia przyłapano go podczas napadu kaszlu, którego nie potrafił powstrzymać, i zaraz potem Keynes i jego pomocnicy wnieśli na smoczy pokład kocioł z lekarstwem: gęstą, wręcz galaretowatą, brązowawą miksturą, pokrytą okami pomarańczowego tłuszczu.

Temeraire zajrzał ze zbolałą miną do kotła.

— Muszę? — zapytał.

— Najlepiej działa na gorąco — powiedział nieugięty Keynes, a Temeraire zamknął oczy i pochylił łeb.

— Och, och, nie — powiedział po pierwszym łyku, po czym sięgnął po beczułkę z wodą, przygotowaną dla niego, i wytrąbił wszystko, zalewając pysk, szyję i pokład. — Chyba już więcej nie dam rady wypić — powiedział, odstawiając beczułkę.

Ostatecznie, po długich namowach, wlał w siebie całe lekarstwo, bardzo nieszczęśliwy i bliski wymiotów.

Laurence stał przy nim i gładził go z niepokojem. Nie ośmielił się odezwać, bo kiedy tylko napomknął o tym, żeby dać Temeraire’owi chwilę wytchnienia, Keynes nieźle mu dopiekł. Wreszcie Temeraire skończył, po czym opadł na pokład i powiedział z pasją:

— Nigdy już nie zachoruję, przenigdy.

Ale mimo iż czuł się bardzo nieszczęśliwy, jego kaszel wyraźnie ustał, a oddech się wyrównał, dzięki czemu przespał noc spokojniej.

Laurence pozostał na pokładzie, tak jak w czasie poprzednich nocy od chwili pojawienia się choroby, więc miał okazję się przyjrzeć, co wyczyniają marynarze, którzy pragną uniknąć ducha: przychodzili parami i siedzieli przy dwóch latarniach pozostawionych na pokładzie, zamiast pójść spać. Nawet oficer pełniący służbę trzymał się podejrzanie blisko światła i był bardzo blady za każdym razem, kiedy przemierzał pokład, aby odwrócić klepsydrę i uderzyć w dzwon.

Należało jakoś odwrócić uwagę marynarzy, ale na nic nie można było specjalnie liczyć: utrzymywała się dobra pogoda i nie zanosiło się na to, aby napotkali wroga, który by chciał walczyć, jako że każdy okręt, który nie szukał zaczepki, mógł ich z łatwością prześcignąć. Laurence tak naprawdę nie życzył sobie czegoś takiego; miał nadzieję, że ten nastrój rozwieje się po dotarciu do portu, a potem przerwa w podróży pomoże marynarzom zapomnieć o wszystkim.

Temeraire pociągnął nosem, przebudzając się, po czym odkaszlnął i smutno westchnął. Laurence pogładził go i otworzył książkę, którą trzymał na kolanach; kołysząca się obok latarnia zapewniała wystarczające, choć słabe światło, więc zaczął czytać głośno i przestał dopiero wtedy, gdy powieki Temeraire’a znowu opadły.

Rozdział 9

— Nie chcę was pouczać, panowie — powiedział generał Baird, choć bynajmniej nie zademonstrował wyraźnej niechęci do pouczania. — Ale o tej porze roku wiatry wiejące w kierunku Indii są cholernie nieprzewidywalne, zimowe monsuny jeszcze nie ustały. Mogą was przynieść z powrotem tutaj. Lepiej zaczekajcie na lorda Caledona, szczególnie po tych wieściach o Pitcie.

Był dość młodym mężczyzną, o pociągłej, poważnej twarzy i zaciętych ustach; wysoko postawiony kołnierz jego munduru uwydatniał mu podbródek i usztywniał szyję. Nowy brytyjski gubernator jeszcze nie przybył, więc Baird tymczasowo zarządzał Kapsztadem i rozlokował się w dużym ufortyfikowanym zamku w środku miasta, u stóp wielkiej góry Table o płaskim wierzchołku. Słońce zalewało dziedziniec, odbijając się od bagnetów żołnierzy odbywających musztrę, a mury zatrzymywały w dużej mierze bryzę, która chłodziła ich przyjemnie podczas marszu z plaży.

— Nie możemy siedzieć w porcie aż do czerwca — powiedział Hammond. — Lepiej byłoby wypłynąć i zmitrężyć trochę czasu na morzu, przynajmniej spróbować się pospieszyć, niż zwlekać przy księciu Yongxingu. Już mnie wypytywał, jak długo jeszcze potrwa podróż i gdzie jeszcze zamierzamy się zatrzymać.

— Jeśli o mnie chodzi, to chętnie wyruszę, gdy tylko uzupełnimy zapasy — powiedział Riley, odstawiając filiżankę herbaty i dając znak służącemu, by ponownie ją napełnił. — To nie jest szybki okręt, ale postawię tysiąc funtów na to, że zniesie każdą pogodę, jaką możemy napotkać.

— To oczywiste — powiedział później Laurence’owi, z lekkim niepokojem, kiedy wracali na Allegiance — że nie chciałbym go narażać na tajfun. Nic takiego nie miałem na myśli. Chodziło mi tylko o normalną złą pogodę, może niewielki deszcz.

Przygotowania do pozostałej, długiej części podróży przebiegały sprawnie: nie tylko kupowali żywy inwentarz, lecz także gromadzili i peklowali solone mięso, jako że port oficjalnie nie zapewniał im zapasów. Na szczęście mogli kupić wszystko, czego potrzebowali; osadnicy nie buntowali się aż tak bardzo przeciwko łagodnej okupacji i chętnie sprzedawali bydło. Laurence był bardziej przejęty kwestią zapotrzebowania, bo od czasu przeziębienia Temeraire wyraźnie stracił apetyt, często grymasił i narzekał, że jedzenie nie ma smaku.

W okolicy nie było prawdziwej kryjówki, lecz Baird, po spotkaniu z Vollym, spodziewał się ich przybycia i wydzielił im spory kawał trawiastej ziemi w pobliżu lądowiska, więc smok mógł wygodnie odpoczywać. Kiedy Temeraire przybył na to miejsce, Keynes mógł przeprowadzić dokładne badanie: nakazał smokowi położyć płasko łeb i otworzyć szeroko pysk, po czym wsunął się tam z latarnią w ręku, klucząc ostrożnie między zębami wielkości dłoni, aby spojrzeć w głąb gardła Temeraire’a.

Przyglądając się temu z niepokojem w towarzystwie Grandy’ego, Laurence zauważył, że długi i rozwidlony język Temeraire’a, normalnie bladoróżowy, teraz jest pokryty warstwą bieli, upstrzoną jaskrawoczerwonymi kropkami.

— Dlatego pewnie stracił smak, bo w przewodach nie widzę niczego niezwykłego — oświadczył Keynes, wzruszając ramiona mi, gdy już wynurzył się z pyska Temeraire’a, witany radosnymi okrzykami: wokół ogrodzenia polany zebrało się mnóstwo dzieci, osadników i tubylców, które przyglądały się wszystkiemu zafascynowane, jakby siedziały w cyrku. — Smoki używają też języka do rozpoznawania zapachów, co pewnie jeszcze pogarsza sytuację.

1 ... 44 45 46 47 48 49 50 51 52 ... 88
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)