Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl]
Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl]

Электронная книга - «Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl]». Краткое содержание книги:

Kryminalna zagadka w świecie Dysku.
Kto morduje nieszkodliwych staruszków? Kto próbuje otruć Patrycjusza? Kiedy jesienne mgły spowijają Ankh-Morpork, Straż Miejska musi schwytać mordercę, którego nie może zobaczyć. Może golemy coś wiedzą — ale poważni ludzie z gliny, którzy pracują całe dnie i noce, i nigdy nikomu nie wadzą, nagle zaczęli popełniać samobójstwa. Zresztą straż ma także własne problemy. Pewien wilkołak cierpi na syndrom napięcia przedpełniowego.
Kapral Nobbs zaczyna bywać wśród jaśniepaństwa, a u nowego rekruta-krasnoluda można dostrzec pewne bardzo dziwne cechy — zwłaszcza kolczyki i cienie do oczu. Komu można zaufać, kiedy motłoch krąży po ulicach, spiskowcy kryją się w mroku, a wszystkie ślady wskazują niewłaściwy kierunek?
W nocnych ciemnościach komendant straży, sir Samuel Vimes, przekonuje się, że gdzieś tam, być może, wcale nie ma prawdy. Prawda może być wśród słów w jego głowie.
1 ... 46 47 48 49 50 51 52 53 54 ... 77
Перейти на страницу:

— Nie wydaje ci się, że Tyłeczek jest… jakiś dziwny?

— Jak dla mnie wydaje się całkiem normalną kobietą.

— Kobietą?! Powiedział ci, że jest kobietą?!

— Powiedziała. To Ankh-Morpork, mamy tu czasowniki odpowiednie do płci.

Wyczuwała zapach jego zdumienia. Oczywiście, wszyscy wiedzieli, że gdzieś pod tymi wszystkimi warstwami skór i kolczug krasnoludy występują w dostatecznie różnych odmianach, by zagwarantować produkcję nowych krasnoludów. Ale nie był to temat, który by krasnoludy poruszały, z wyjątkiem tych kluczowych chwil zalotów, kiedy pomyłka wzbudziłaby spore zakłopotanie.

— No cóż, powinna mieć dość przyzwoitości, żeby zachować to dla siebie — stwierdził w końcu Marchewa. — Wiesz, nic nie mam przeciwko kobietom. Jestem prawie pewien, że moja przybrana matka też była kobietą. Ale nie uważam za rozsądne, no wiesz, zwracanie powszechnej uwagi na ten fakt.

— Marchewa, coś ci się chyba stało w głowę — uznała Angua.

— Co takiego?

— Chyba wetknąłeś ją sobie w tyłek. Na bogów! Trochę makijażu, sukienka, a ty się zachowujesz, jakby stała się nagle panną Va Va Voom i zaczęła tańczyć na stołach w Klubie Skunksa.

Kilka sekund trwało pełne oszołomienia milczenie, gdy oboje wyobrazili sobie krasnoludzią striptizerkę. Oba umysły cofnęły się ze zgrozą.

— Zresztą — podjęła Angua — jeśli nie może być sobą w Ankh-Morpork, to gdzie?

— Będą kłopoty, kiedy zauważą to inne krasnoludy — ostrzegł Marchewa. — Prawie że widziałem jego kolana. Jej kolana.

— Każdy ma kolana.

— Może, ale takie demonstrowanie ich to proszenie się o kłopoty. Wiesz, ja sam jestem do kolan przyzwyczajony. Mogę patrzeć na nie i myśleć: „No tak, kolana, zwykłe zawiasy w nogach”, ale niektórzy z chłopców…

Angua pociągnęła nosem.

— Tutaj skręcił w lewo. Co niektórzy z chłopców?

— No… nie wiem, jak zareagują, to wszystko. Nie powinnaś jej zachęcać. Znaczy, naturalnie, są kobiety krasnoludów, ale… ale mają dość wrodzonej przyzwoitości, żeby tego nie okazywać.

Usłyszał, jak Angua syknęła. Kiedy znowu się odezwała, jej głos dobiegał jakby z daleka.

— Wiesz, Marchewa, zawsze szanowałam twoje podejście do mieszkańców Ankh-Morpork.

— Tak?

— Podziwiałam to, że wydajesz się nie dostrzegać takich rzeczy, jak ich kształt i kolor.

— Tak?

— I zawsze troszczysz się o ludzi.

— Tak?

— I wiesz, że żywię wobec ciebie ciepłe uczucia.

— Tak?

— Ale po prostu czasami…

— Tak?

— Naprawdę, naprawdę, ale naprawdę się zastanawiam dlaczego.

Karoce stały już gęsto zaparkowane przed rezydencją lady Selachii, kiedy kapral Nobbs maszerował do drzwi. Zastukał. Otworzył mu lokaj.

— Idź do wejścia dla dostawców — powiedział i spróbował zatrzasnąć drzwi.

Jednak wysunięta stopa Nobby’ego była już na to przygotowana.

— Przeczytaj to — rzucił i podetkał lokajowi pod nos dwie kartki papieru.

Tekst na pierwszej głosił:

Po wysłuchaniu oświadczeń licznych ekspertów, wśród nich pani Suchoślizg, akuszerki, niniejszym potwierdzam, iż jest rzeczą wysoce prawdopodobną, że okaziciel niniejszego dokumentu, C. W. St John Nobbs, jest istotą ludzką.

Podpisano: lord Vetinari

Druga była listem od Smoka Herbowego Królewskiego.

Lokaj szeroko otworzył oczy.

— Jest mi niezmiernie przykro, wasza wysokość — powiedział.

Raz jeszcze przyjrzał się kapralowi. Nobby był wygolony do czysta — a przynajmniej kiedy ostatnio się ogolił, to był czysty — ale twarz miała tak wiele drobnych elementów topograficznych, że wyglądała jak zły, bardzo zły przykład rolnictwa rabunkowego.

— Oj — dodał lokaj, ale szybko się opanował. — Inni goście mają zwykle karty.

Nobby wyjął z kieszeni pomiętą talię.

— Teraz będę raczej zajęty bywaniem, ale potem chętnie zagram kilka partyjek Okalecz pana Cebulę. Gdybyś miał ochotę.

Lokaj zmierzył go wzrokiem od stóp do głów, ale nie zyskał tym wiele. Słyszał pogłoski — kto nie słyszał? — że w Straży Miejskiej służy prawowity król Ankh-Morpork. Musiał przyznać, że gdyby ktoś chciał ukryć następcę tronu, nie mógłby mu znaleźć lepszego miejsca niż za obliczem C. W. St J. Nobbsa.

Z drugiej strony… Lokaj był z zamiłowania kimś w rodzaju historyka i wiedział, że w dziejach nawet na tronie zasiadały kreatury garbate, jednookie, z rękami do ziemi albo brzydkie jak sam grzech. Gdyby to brać pod uwagę, Nobby wyglądał istotnie królewsko. Jeśli — technicznie rzecz biorąc — nie był garbaty, to tylko dlatego, że garbił się również z przodu i po bokach. Zdarzają się chwile, pomyślał lokaj, kiedy opłaca się skierować swój powóz ku szczęśliwej gwieździe, nawet jeśli wzmiankowana gwiazda jest czerwonym karłem.

— Nigdy nie byłeś na takim przyjęciu, panie?

— Pierwszy raz — przyznał Nobby.

— Jestem pewien, że krew podpowie waszej miłości, co trzeba robić — stwierdził słabym głosem lokaj.

Muszę odejść, myślała Angua, kiedy szli szybko wśród oparów. Nie mogę tak żyć z miesiąca na miesiąc.

Nie o to chodzi, że nie jest sympatyczny. I nie ma chyba człowieka bardziej troskliwego.

O to właśnie chodzi. Troszczy się o każdego. Troszczy się o wszystko. Troszczy się bez rozróżnienia. Wie wszystko o wszystkich, bo wszyscy go interesują, ale ta troska jest całkiem ogólna, nigdy nie osobista. Nie uważa, że osobiste jest tym samym co ważne.

Gdyby miał choć jedną porządną ludzką cechę, jak choćby egoizm…

Jestem pewna, że on sam tak nie uważa, ale widać, że ta sprawa z wilkołakiem budzi w nim niepokój. Przejmuje się, co ludzie gadają za moimi plecami, i nie wie, jak sobie z tym poradzić.

Co to mówiły wczoraj te krasnoludy? Jeden powiedział coś w rodzaju: „Chęć ją bierze”, a drugi dodał: „Być jak zwierzę”. Widziałam jego minę. Ja sobie radzę z takim rzeczami… w każdym razie na ogół… ale on nie potrafi. Gdyby choć komuś przyłożył. Nie pomogłoby to, ale sam poczułby się lepiej.

I będzie jeszcze gorzej. W najlepszym razie przyłapią mnie w czyimś kurniku, a wtedy nać rzeczywiście trafi w wiatrak. Albo złapią mnie w czyimś pokoju…

Starała się wyprzeć tę myśl, ale bez skutku: można tylko kontrolować wilkołaka; nie można go oswoić.

To jest miasto. Zbyt wielu ludzi, zbyt wiele zapachów…

Może coś by z tego wyszło, gdybyśmy zamieszkali gdzieś sami. Ale jeśli powiem „Ja albo miasto”, nawet nie zauważy, że jest jakiś wybór.

Wcześniej czy później będę musiała wrócić do domu. Tak będzie dla niego najlepiej.

Vimes wracał przez wilgotną ciemność. Wiedział, że jest za bardzo rozzłoszczony, by myśleć rozsądnie.

Dotarł donikąd, a pokonał daleką drogę. Miał całą pakę faktów, wykonał wszystkie logiczne działania, a jednak gdzieś komuś musi się wydawać durniem.

W oczach Marchewy i tak już pewnie wygląda na durnia. Przecież stale wpadał na świetne pomysły — pomysły doświadczonego policjanta — a każdy z nich okazywał się marnym żartem. Złościł się, krzyczał i robił co należy, ale nic z tego nie wychodziło. Niczego się nie dowiedzieli. Zwiększyli tylko zakres swojej ignorancji.

Widmo starej pani Easy pojawiło się przed oczami jego duszy. Nie pamiętał jej zbyt dobrze. Był wtedy kolejnym zasmarkanym dzieciakiem w gromadzie innych zasmarkanych dzieciaków. A ona kolejną zatroskaną twarzą nad fartuchem. Jedną z mieszkanek ulicy Kogudziobnej. Szyła, żeby związać koniec z końcem i zachować pozory; jak wszyscy inni z tej ulicy, przekradała się przez życie, nie prosząc o nic i jeszcze mniej dostając.

1 ... 46 47 48 49 50 51 52 53 54 ... 77
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)