Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2005
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7469-032-4
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:
— Nie rozumiałem. — Marynarz wykrzywił twarz, próbując ułożyć w głowie obce sylaby. — Brzmiało to jak… — Przełknął ślinę i dokończył: — „Na bogów, lepsze było wylatując, niż kiedy wlatywało, sierżancie”.
— I co te słowa dla ciebie znaczyły?
— Nie wiem, wali.
— Nie spędziłeś chyba zbyt długiego czasu w Ankh-Morpork?
— Nie, wali.
— Wracaj zatem na stanowisko.
Marynarz odszedł chwiejnym krokiem.
— Straciliśmy szybkość, wali — stwierdził kapitan.
— Może potwór morski chwycił nas za kil?
— Bawią cię te żarty, panie. Ale kto może zgadnąć, co rozbudziło wypłynięcie nowego lądu?
— Muszę sam to zobaczyć — uznał 71-godzinny Ahmed.
Przeszedł samotnie na rufę. Ciemne wody pluskały i chlupotały; lśniły fosforyzująco na obrzeżach kilwateru.
Patrzył długo. Ludzie, którzy nie potrafią obserwować, nie przetrwają długo na pustyni, gdzie cień w blasku księżyca może być po prostu cieniem albo kimś, kto skłonny jest pomóc człowiekowi w drodze do raju. D’regowie natrafiali na wiele cieni tej drugiej odmiany.
Sami siebie nie nazywali D’regami, choć ostatnio zwykle przyjmowali to określenie z dumą. Słowo to oznaczało „wroga”. Wroga wszystkich. A jeśli w pobliżu nie znalazł się nikt inny, byli wrogami dla siebie nawzajem.
Kiedy się skoncentrował, mógł odnieść wrażenie, że około pięćdziesięciu sążni za statkiem widzi jakiś ciemny kształt, niewiele wystający ponad wodę. Fale łamały się tam, gdzie nie powinno być fal. Wyglądało to, jakby za statkiem płynęła rafa.
No, no…
71-godzinny Ahmed nie był zabobonny. Był za to przedbobonny, co stawiało go w szeregach mniejszości wśród ludzi. Nie wierzył w prawdy, w które wierzyli wszyscy inni, a które mimo to nie były prawdziwe. Wierzył za to w prawdy, które są prawdziwe, chociaż w nie nikt inny nie wierzy. Wiele istnieje takich przedbobonów, od „Szybciej się zagoi, jeśli nie będziesz w tym grzebał” aż po „Pewne rzeczy zwyczajnie się zdarzają”.
W tej chwili nie był skłonny uwierzyć w morskie potwory, zwłaszcza takie, które mówią językiem Ankh-Morpork. Wierzył jednak, że wiele jest na świecie zjawisk, o których nic nie wie.
W oddali widział światła innego statku. Chyba ich nie doganiał.
Ten statek niepokoił go o wiele bardziej.
71-godzinny Ahmed sięgnął w ciemności ponad ramieniem i ścisnął w dłoni rękojeść miecza.
Ponad nim skrzypiał na wietrze główny żagiel.
Sierżant Colon wiedział, że oto nadeszła jedna z najbardziej niebezpiecznych chwil w jego karierze.
Nic nie mógł poradzić. Nie miał żadnych możliwości.
— Eee… Jeżeli dodam to L i to A, i to M, i to drugie A — powiedział, a pot ściekał mu po różowych policzkach — mogę wykorzystać to P i ułożyć „lampa”… A to mi daje… Jak nazywasz te niebieskie kwadraty, Len?
— To kwadrat Trzy Razy Wartość Tej Litery — wyjaśnił Leonard z Quirmu.
— Znakomicie, sierżancie — pochwalił Vetinari. — Wydaje mi się, że objął pan prowadzenie.
— No… wydaje mi się, że faktycznie, panie — pisnął sierżant Colon.
— Jednakże stwierdzam, że pozostawił mi pan możliwość wykorzystania moich N, I, E oraz R, Ó, W, N, Y — ciągnął Patrycjusz — co przypadkiem pozwala mi zająć ten kwadrat Trzy Razy Całe Słowo i, jak sądzę, daje wygraną.
Sierżant Colon osunął się z ulgą.
— Znakomita gra, Leonardzie — pochwalił Vetinari. — Mówiłeś, że jak się nazywa?
— Nazwałem ją Grą Budowania Słów z Liter, które Zostały Całkiem Pomieszane, panie.
— A tak. Oczywiście. Bardzo sprytnie.
— Hm… a ja mam trzy punkty — wymamrotał Nobby. — I to były zupełnie dobre słowa, których nie pozwoliliście mi ułożyć.
— Jestem pewien, że dżentelmeni nie chcieliby znać tych słów — stwierdził surowo Colon.
— Miałbym dziesięć punktów za X.
Leonard uniósł głowę.
— Dziwne. Mam wrażenie, że się nie poruszamy.
Sięgnął do góry i otworzył właz. Do wnętrza wlało się wilgotne nocne powietrze, a wraz z nim głosy, dość bliskie i rozbrzmiewające donośnie, jak zwykle głosy niosące się nad wodą.
— Barbarzyńskie klatchiańskie gadanie — burknął Colon. — O czym oni bełkoczą, panie?
— „Co za bratanek wielbłąda poprzecinał takielunek?” — powiedział Vetinari. — „Nie tylko liny, popatrzcie na żagiel… Niech który pomoże…”
— Nie wiedziałem, że znasz klatchiański, panie.
— Ani słowa — zapewnił lord Vetinari.
— Ale przecież…
— Wcale nie — oświadczył chłodno.
— No… dobrze…
— Gdzie jesteśmy, Leonardzie?
— No więc, tego… Moje gwiezdne mapy są nieaktualne, oczywiście, ale jeśli zechcesz poczekać do wschodu, to wynalazłem aparat do ustalania pozycji w stosunku do słońca oraz skonstruowałem dostatecznie precyzyjny zegar…
— Gdzie jesteśmy teraz, Leonardzie?
— No… myślę, że pośrodku Okrągłego Morza.
— W samym środku?
— Całkiem blisko, moim zdaniem. Jeśli tylko uda mi się zmierzyć prędkość wiatru…
— W takim razie Leshp powinien znajdować się w pobliżu?
— Tak. Trzeba…
— Dobrze. Odczep nas zatem od tego najwyraźniej unieruchomionego statku, póki wciąż jeszcze mamy osłonę ciemności, a rano chciałbym obejrzeć tę kłopotliwą wyspę. Tymczasem zaś proponuję, żebyśmy wszyscy trochę się przespali.
Sierżant Colon nie spał dobrze. Po części dlatego, że kilkakrotnie budziło go piłowanie i stuki z przedniej części Okrętu, po części zaś dlatego, że woda kapała mu na głowę. Głównie jednak z tego powodu, że przerwa w fizycznym wysiłku sprawiła, iż zaczął rozważać swoje położenie.
Czasami otwierał oczy i widział zgarbioną nad rysunkami Leonarda wychudzoną sylwetkę w blasku świecy. Patrycjusz czytał, robił notatki…
Colon znalazł się w bliskim sąsiedztwie człowieka, którego bała się nawet Gildia Skrytobójców, innego człowieka, skłonnego nie spać całą noc, by wynaleźć budzik, który zbudzi go rankiem, oraz człowieka, który nigdy świadomie nie zmienił bielizny.
I w dodatku znalazł się na morzu.
Spróbował dojrzeć jasne strony tej sytuacji. Jaki był główny powód jego nienawiści do łodzi? Fakt, że tonęły, prawda? Ale ta miała tonięcie wbudowane od samego początku, prawda? I nie musiał oglądać rozkołysanych fal, bo wiedział, że są już nad nim.
Wszystko to było logiczne. Tyle że wcale nie dodawało otuchy.
Kiedy obudził się znowu, usłyszał dobiegające z drugiego końca Okrętu słabe głosy.
— …nie rozumiem, panie. Dlaczego oni?
— Robią, co im się każe, skłonni są wierzyć w ostatnie zdanie, jakie usłyszeli, nie są dość bystrzy, by zadawać pytania, i posiadają pewną niewzruszoną lojalność, dostępną tym, których nie obciąża zbytnio inteligencja.
— Chyba rzeczywiście, panie.
— Tacy ludzie są cenni, możesz mi wierzyć.
Sierżant Colon przewrócił się na drugi bok i spróbował ułożyć się wygodniej. Dobrze, że nie jestem jednym z tych biedaków, pomyślał, zapadając w sen na łonie głębin. Jestem człowiekiem o wyjątkowych zaletach.
Vimes potrząsnął głową. W mroku ledwie dostrzegał światło rufowe klatchiańskiego statku.
— Doganiamy ich? — zapytał.