Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #2
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
— Może jestem — powiedział Drakkainen. — Pochodzę z daleka. Wśród mojego rodzaju jest wielu Czyniących. Widziałem Hatrun Ludzki Płomień i to ona kazała mi przyjść do ciebie.
— Aa... To jesteś z tych, co widują bogów? Tacy też przychodzą. Ostatnimi czasy coraz częściej. Jeśli masz srebro, dam ci zioła. Pij je rano i o zmierzchu i dużo śpij. Wtedy bogowie już nie wrócą. A ten miecz lepiej zanieś do jakiegoś leśnego chramu.
— Nie chcę twoich ziół — oznajmił Drakkainen ze znużeniem. — Dam ci za to dwa złote gwichty. Jeśli nauczysz mnie, co wiesz o pieśniach bogów. Skoro nie mam mocy Czyniących, to i tak nic z tego nie wyjdzie, a ty nic nie stracisz.
— Uciekaj stąd, głupcze! — warknął Oba Niedźwiedzie. — Nie wiesz, o czym mówisz. To nie jest gra na dudach! Jeden błąd przyprawi cię o straszną śmierć. Obudzeni poczują twój zapach, chłopcze, i wszędzie za tobą podążą.
— Dwa gwichty, starcze.
Bondswif odwrócił się nagle i odszedł. Bez słowa, bez ostrzeżenia. Drakkainen rozgarnął patykiem ognisko.
— A teraz dla odmiany odbędą się sceny z filmu kung-fu — oznajmił, zwracając się do Cyfral. — Będę tu koczował w deszczu i śniegu, okazując determinację i siłę charakteru. Po miesiącu mistrz łaskawie pozwoli mi sobie służyć. Będę biegał z wiadrami do wodospadu i zamiatał mu izbę, a także gotował ryż. Tu nie ma ryżu... Będę więc gotował żołędzie i stał na głowie pod wodospadem. Mistrz natomiast będzie mnie pod pozorem codziennych posług uczył. Przez pierwsze lata jedynie, jak ugotować oddechem jajko. Tak długo, aż osiągnę oświecenie. Van Dyken w tym czasie podbije całą planetę i oba księżyce, po czym obwoła się cesarzem wszechświata i pantokratorem i nawiąże kontakty dyplomatyczne z Ziemią. Nie mam czasu na te bzdury! Rano się stąd zbieramy!
Wiedzący wrócił, rzeczywiście trzymając w rękach niewielki, drewniany skopek, i postawił go po drugiej stronie ogniska.
— Napełnij go! — zawołał, pokazując głową w stronę wodospadu.
Drakkainen wstał, westchnąwszy ciężko, i ruszył po wiaderko.
— Stój, głupcze! — usłyszał. — Chcesz napełnić go w strumieniu? — zapytał Bondswif z krzywym uśmiechem. — Przecież jesteś Czyniącym. Napełnij go, nie ruszając się z miejsca. Stój tam, gdzie stoisz, i spraw, by skopek się napełnił. Jeśli ci się uda, pozwolę przejść za święte słupy. Napełnij skopek i daj mi dwa gwichty w złocie, to powiem ci o pieśni bogów.
Drakkainen wstał i, patrząc tamtemu w oczy, powoli rozsznurował portki. Bondswif otworzył lekko usta w osłupieniu, a Vuko, nie ruszając się z miejsca, sprawił, by skopek się napełnił, i zasznurował spodnie.
Oba Niedźwiedzie stał nieruchomo, spojrzał na wiaderko, a potem na zwiadowcę.
— Nie jest może pełen po brzegi — zauważył Drakkainen — ale liczy się to, że został napełniony sposobem Czyniących. Bez ruszania się z miejsca.
A wtedy zaczął padać deszcz. Gwałtowny i rzęsisty. Z ogniska podniósł się słup pary, woda chlupotała w skopku.
— Wylej to — powiedział Bondswif. — Zapłacisz mi w środku. Pozwolę ci wejść za święte słupy.
— Nie chciałbym ci zabić zwierzątka — odparł Drakkainen.
Bondswif włożył kostur pod pachę, wyjął zza pazuchy kościaną fujarkę i zadął. Rozległo się piskliwe zawodzenie, od którego ciarki chodziły po plecach.
— I tak pewnie poszedł — oznajmił. — Nyflingi nie lubią deszczu. I nie myśl, że twoja buta robi na mnie wrażenie. Gliffnak wyssałby ci szpik z kości, zanim zdążyłbyś zawołać swoją matkę. I zrobi to, na jedno moje skinienie.
Spojrzał na parujące resztki ogniska i ociekającą deszczem kolację zwiadowcy.
— Skąd ty jesteś, że jadasz błotne robaki? — zapytał z lekkim wstrętem.
Drakkainen rozejrzał się wokół, ale Cyfral znikła.
Chałupa w środku wydaje się większa niż na zewnątrz. Jest inna niż domy, które zwiedzałem do tej pory. Nie podłużna, podzielona na obszerne komory, ale ośmiokątna, z jedną wielką izbą i paleniskiem pośrodku. Ze słupów zwisają pęki ziół i drewniane klatki z ptakami, pod ścianami stoją paskudne, drewniane totemy.
Śmierdzi zjełczałym łojem, kadzidłem i ziołami.
Wiedzący ostrożnie odstawia swój kostur, zdejmuje rogaty hełm i odwiesza go starannie na drewniany stojak, na którym wisi już lamelkowy półpancerz.
Nie widzę tatuaży ani fryzury Ludzi Węży, czarodziej ma gładko wygolone ciemię i skronie, natomiast na potylicy i karku nosi długie, spadające na plecy włosy. Jest pokryty zmarszczkami, chudy i zasuszony, lecz całkiem jeszcze krzepki. Na tutejsze warunki pięćdziesięciolatek jak nic.
— Będziesz spał w łaźni — burczy. — I oddaj mi swój miecz. Czy w twoich stronach w gościnie siedzi się z orężem?
Dodaje jeszcze coś, czego zupełnie nie rozumiem.
Odpinam miecz i oddaję mu niechętnie, potem układam swój tobołek w mrocznej, kamiennej łaźni. Palenisko wygasło, ale wciąż jest ciepłe. Wieszam mokry płaszcz, z tobołka wydłubuję fajkę, kapciuch i zawiniętą w kawałek skóry resztkę pieniędzy, które przezornie wyzbierałem wokół pnia. Nie jest tego dużo. Dwa gwichty, kilka srebrnych marek, trochę miedziaków.
Szkolenie poważnie nadweręży mój obecny majątek.
Na wszelki wypadek zabieram jeszcze łyżkę i nóż, choć nie spodziewam się wiele po gościnności mojego mistrza.
Siedzi na okrytym futerkiem drewnianym karle i gapi się w ogień, trzymając w dłoni okuty róg. Jest tylko jedno karło, więc siadam naprzeciw na kosmatej skórze.
Bondswif wypija łyk z rogu i wyciąga dłoń.
— Obiecałeś mi zapłatę — mówi. Sięgam za pazuchę i rzucam mu te dwa gwichty. Łapie monety, ogląda je podejrzliwie, nagryza brzeg. O co chodzi? Bardzo dobry bilon. Sam go tłoczyłem ręczną prasą na zamku Darkmoor na zajęciach z kowalstwa i metalurgii historycznej.
— Powiem ci, jak przywołać pieśni — cedzi z niechęcią i pociąga kolejny łyk. — Ale nie powiem, jak je ujarzmić, bo tego nikt nie zdoła cię nauczyć. One żyją. Same wiedzą, czy jesteś wybranym i czy mogą cię słuchać. Wykradziono je bogom i tylko im mogą być posłuszne. Są na świecie zdziczałe konie. Czasem zdarzy się ktoś, kto potrafi założyć im kantar i dosiąść. Zazwyczaj jednak zostanie stratowany, a konie pozostaną dzikie. Są też konie-upiory. Te, które cwałują przez noc, kiedy nadchodzi wielki mróz, które potrafią porywać ze sobą ludzi gwałtownych i unosić do dalekiej krainy, gdzie mieszka Pani Zimy. To takie konie ty chcesz okiełznać.
Pełgający na palenisku ogień kładzie się nagle niczym źdźbła trawy gładzone wiatrem. Izbę przenika lodowaty podmuch.
Bondswif wyciąga przed siebie dłoń, zawiesza ją płasko nad paleniskiem i zaczyna nucić. Monotonnie ochrypłym głosem powtarza frazę, której nie rozumiem.
— Taka jest lekcja pierwsza — mówi w końcu. — Jest jedna siła. Ta, która przenika cały świat, wszystkie rzeczy widzialne i niewidzialne. Jest działaniem od wewnątrz na zewnątrz. Tak jak żar oddaje ciepło płomieniowi, płomień powietrzu, powietrze kociołkowi, kociołek zaś wodzie. Żar, płomień, kociołek i woda to rzeczy widzialne. To, jak ciepło żaru znalazło się w wodzie, należy do rzeczy niewidzialnych.
Siedzę spokojnie. Dwa gwichty to kupa forsy. Można za to kupić i konia, i miecz, i czasem niewielki dom. Można jeść w knajpach przez wiele miesięcy. Drogo jak za lekcję kalorymetrii na poziomie klasy pierwszej. Staram się jednak otworzyć umysł.