Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #1
- Год: 2005
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Krążę wśród straganów. Robi się ich coraz więcej. Obok stałych konstrukcji zbitych z belek, osłoniętych daszkami, przy których handlują miejscowi, stają wozy, z których sprzedaje się skórki, broń, biżuterię, gwoździe, najróżniejsze rzeczy. Na pustej jeszcze rano łące tuż u ujścia już stoją namioty, zagrody, do których zgania się bydło i konie. W fiordzie co chwila pojawiają się nowe wilcze okręty. Zwijają swoje podobne do żaluzji żagle, rzucają kotwice i stają, gdzie się da. Tłok coraz większy z każdą sekundą. Płoną ogniska, słychać bębny i śpiewy. Gdzie spojrzeć, także na dalekim, przeciwległym brzegu, żeglarze stawiają namioty. Wystarczą dwa koziołki do kładzenia bezanmasztu, na których opiera się bom i przerzuca górą żagiel.
Brzeg i granice obozowisk patrolują grupki zbrojnych, pilnujących, by żaden żeglarz nie zabrał ciężkiej broni do miasta. Sami aż uginają się od sprzętu. Hełmy, tarcze, włócznie, topory, miecze, pancerze. Pełen rynsztunek, który chrzęści groźnie i lśni w popołudniowym słońcu.
Pomiędzy straganami trzeba się już przepychać. Rozglądam się. Cały czas lustruję setki mijanych twarzy, kobiecych, męskich, białych, miedzianych i o skórze zielonkawooliwkowej i sinobłękitnej, rejestruję tysiące warkoczyków, bród, wąsów, kucyków, czupryn, tatuaży, widzę wypełnione brązem, błękitem albo czernią nieludzkie oczy, przepuszczam przez uszy tysiące słów w kilku językach. Tropię.
Prawie bez udziału woli, ale wiem, że wystarczy, gdy usłyszę znajome słowo albo zobaczę ludzkie oko z okrągłą tęczówką obramowaną bielą, okrągłą twarz, bulwiasty nos albo odstające uszy.
Miejsca, które można uznać za stałe sklepy, karczmy lub kantory znajdują się tam, gdzie chałupy ciągną się tuż przy nabrzeżu, na samym brzegu fiordu. To mroczne, belkowane izby pełne towarów albo zastawione ciężkimi stołami. Tutaj rezydują najpoważniejsi kupcy. Siedzą na zydlach przed swoimi kantorami lub na brzegu pomostu, popijają piwo, gawędzą lub grają w deseczki. Pojedynczych niewolników, konie albo bydło kupuje się na placu. Tam kwitnie detal. Tutaj handluje się stadami, dziesiątkami ludzi, całymi statkami towarów. To widać.
Oto starszawy jegomość siedzi sobie na beczce i patrzy spod przymrużonych powiek na sunące rzeką wilcze okręty. Jego sąsiedzi uwijają się przy straganach, wytaczają beczki pełne piwa tam, gdzie najwięcej spragnionych gardeł, pieką kury i ryby albo targują się o zamorskie towary. Pełno tam wrzasku i teatru, awanturę o każdego konia, o każdy krąg wosku, każdą grudkę pachnidła lub cyzelowany sztylet. Ale w ruchu są miedziaki, najwyżej cienkie, srebrne blaszki. Z rąk do rąk przechodzą garście siekańców, „muszli”, najwyżej marki i szekle.
Co innego tutaj. Temu nie chce się nawet ruszyć tyłka. Siedzi i odcina kozikiem kawałeczki sera. Ale wystarczy popatrzeć na haftowany jedwab jego kaftana, na buty wyszywane srebrnymi ozdobami, na pęki kosztownych amuletów ochronnych, przywiezionych z całego świata, na opalizujące srebrem futro, które podłożył sobie pod tyłek. Spójrzcie na wyłożone wewnątrz sklepu towary, przykryte kawałkiem sukna, zobaczcie precyzyjnie wykonaną wagę z polerowanego złota, srebra i kości, którą cały czas ma pod ręką. Na tym odważa się złoto i drogie kamienie. Tutaj brzęczą ciężkie korony, denary i gwichty.
Popatrzcie na prześlizgujących się w cieniu sklepu mężczyzn, nie odkładających ani na chwilę toporów, którzy nie spuszczają go z oka. Z tyłu domu, tam, gdzie składy towarów, czai się ich jeszcze więcej. Wystarczy jeden gwizd.
Spójrzcie na małe, zbite z potężnych dech ciężkie drzwi, całe pokryte okuciami i łbami bretnali. Są zaparte kołkiem, co znaczy, że zamykają się same, wystarczy tylko kopnąć blokadę. Oto potężne haki prowadnic monstrualnej zasuwy.
Bo tutaj sprzedaje się całe stada zwierząt, handluje uprowadzonymi na drugim końcu świata księżniczkami, sprzedaje regalia i magiczne miecze. Tutaj zmieniają właściciela całe okręty i wozy towarów.
Tam, na placu, swoje interesy załatwiają żeglarze i sternicy. Tutaj przychodzą handlować styrsmani.
Dlatego siedzi sobie beztrosko, kiedy reszta miasta haruje w pocie czoła, chcąc wykorzystać te jedyne żniwa w roku. Jesienny jarmark. Kiedy wracają tu wilcze łodzie pełne łupów i nadjeżdżają wygłodniali i stęsknieni żeglarze z pasami nabitymi srebrem. Cała osada zakasuje rękawy i rzuca się zarabiać. Czym kto ma. Kociołkiem, beczką piwa, rękami, ustami, cipą. Wszystkim można zarobić w jesienny jarmark.
Tylko tych kilkunastu jegomości siedzi sobie w promieniach popołudniowego słońca i czeka, aż klienci sami do nich przyjdą.
Nie ma tu posterunku policji, nie ma też króla. Największa władza to właśnie ci siedzący pod ścianami na rzeźbionych zydlach z wonnego drewna. Jeżeli ktoś naprawdę wie coś w tym mieście, to właśnie oni.
Znajduję karczmę. Mroczną budę, przed którą postawiono kilka ław. Są prawie puste. Tam, u ujścia, trzeba przeciskać się do beczki piwa, wymachując rogiem i brzęcząc monetami.
Ale tutaj dzban piwa kosztuje dwanaście siekańców. Cena zaporowa. Równowartość czterech dzbanów i kilku baranich udźców tam dalej.
Nareszcie: „Gospodarzu, piwa”. Rzucam całą markę.
Kupuję i siadam jak oni, patrząc na sunące po rzece okręty, które wymijają się nawzajem, usiłują nie wpadać na płynące z kotwicowisk drugiego brzegu wiosłowe łódki pełne żeglarzy i z coraz większym trudem szukają miejsca do przybicia.
Piwo jest tu rzeczywiście dużo lepsze, ale w dalszym ciągu nie jest to „Karlovaczko”, ani „Heineken”, ani „Tyskie”.
Nie widać, czym zajmują się poszczególni kupcy. Siedzę i usiłuję wydedukować, który z nich jest najmożniejszy. Z którym chciałbym gadać, gdybym był porzuconym w obcej kulturze naukowcem.
Uczeni nie zabrali wszystkich pieniędzy ze stacji. Zapomnieli? Nie potrzebowali? Uciekali w pośpiechu? Uznali, że mają wystarczająco dużo i nie chciało im się pamiętać o kasecie numizmatów w laboratorium?
Ci siedzący na nabrzeżu ludzie to elita. Nawet jeżeli moi rozbitkowie nie szukali u nich pomocy, to każda wartościowa wieść musiała tu trafić. A to jest towar, który ja chcę kupować.
Popijam piwo i krzywię się ostentacyjnie. Nabijam fajkę i bawię się ciężkim, złotym gwichtem. Jest wielkości pięciu euro, tylko trzy razy grubszy. Jakieś trzysta gram złota. Gdybym sprzedał go w mjenjačnicy w Hvarze, za równowartość mógłbym zjeść dobrą, zakrapianą kolację. No, może dwie.
Tutaj można za to żyć przez pół roku.
Marnie obrobiona moneta kiepsko nadaje się do żonglowania. Obracam ją pomiędzy kostkami palców i każę jej koziołkować do małego palca i z powrotem. To jedno z ćwiczeń powtarzanych do znudzenia, które, zdaniem Levissona, przygotowywały mnie do nauki szermierki nożem.
Zwracam uwagę. O to chodzi.
Nikt mnie tu nie napadnie. Nie na tym nabrzeżu, pomiędzy wytwornymi „butikami” szacownych kupców.
Okręty kręcą się po fiordzie coraz bardziej bezradnie. Krzyki, nerwowe manewry żaglami, wiosła, przekleństwa.
Nie ma rady, chłopcy, kompletna kicha. Trzeba będzie wypychać statek na plażę. Ciężka robota, ale to nic w porównaniu z tym, jaką harówką będzie podkopywanie go i holowanie z powrotem w morze. Możecie iść jeszcze dalej, w górę rzeki, ale tam nurt jest silniejszy, a dno płytsze i skaliste. To nic, wilcze okręty umieją pływać w płytkiej wodzie i w nurtach rzek.
U nas w sezonie żeglarskim samo cumowanie w porcie to biznes. Tutaj — kompletna partyzantka, chyba nawet nie wymyślili opłat portowych.