Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
– A-trzy – powiedział półgłosem Kleń. – Przerwa. Przerwa. B-cztery. Przerwa. Wisimy. Jeszcze. A-jeden, leciutko… – komendy wydawane przez Klena przypominały bredzenie pijanego szachisty. Podawane w sposób nieuporządkowany numery silników manewrowych oraz wygłaszane w swobodnej formie rady były zapewne niezbyt zrozumiałe nawet dla Lansa. Ale Redrak Sholtry był pilotem ekstraklasy. Czuło się to w głosie Klena – początkowo mówił czujnie i powoli, teraz pewnie i szybko.
Ernado, zajmujący niezbyt trudne stanowisko nawigatora, zwyczajnie się nudził. Mógłby się przydać wyłącznie wtedy, gdyby Redrak zdecydował się unieść statek poza granice atmosfery i powtórnie zejść do lądowania. Przypadek czysto teoretyczny.
Było tylko dwóch ludzi absolutnie zbędnych na statku: Dańka i ja. Kapitan i junga. Nieważne, że pulpit, przy którym posadziliśmy chłopca, został w tajemnicy przed nim odłączony, a mój – kapitański – mógł odwołać dowolny rozkaz Redraka czy Klena. I tak nie miałem zamiaru się włączać i demonstrować załodze swojej skromnej wiedzy.
– D-cztery – dyktował Kleń. – D-pięć, D-sześć dwa razy. D-siedem. Dobrze, odeszliśmy. Przerwa. Schodzimy do zera…
Półgłosem wyjaśniałem Dańce, co się właściwie dzieje. Przynajmniej na to wystarczało moich wiadomości.
– Teraz załoga działa według trybu bojowego. Jest jeszcze bojowy-bojowy, czyli pojedynkowy. Wtedy ja, ty oraz wszyscy niezajęci manewrowaniem, czyli Ernado i Lans, kontrolowalibyśmy systemy ochrony i ataku. Znasz podstawy walki kosmicznej?
– Tak, Redrak mi wyjaśniał. – W kanale połączenia dwustronnego głos Dańki zadrżał z podniecenia. – Kapitanie, na tym ekranie pośrodku pulpitu jest widok z góry?
– Tak. Główny ekran pokazuje teraz kosmodrom z wysokości naszego lotu. To nieco mniej niż cztery kilometry. Placyk, na którym lądujemy, otoczony jest czerwoną przerywaną linią.
– To światła?
– Nie, to podpowiedz komputera pokładowego. Takie światła są oczywiście na lądowisku, ale rzadko się ich używa.
– Tu jest tyle statków… A jeśli Redrak się pomyli i w jakiś uderzymy?
– Nie na tym kosmodromie. Przejmą nas promieniem grawitacyjnym i posadzą w wydzielonym miejscu. Cała sprawa zakończy się niewielką grzywną i sporym wstydem.
Dańka zamilkł, przypatrując się sylwetkom statków na ogromnym, zbliżającym się powoli polu. Kule i cygara, stożki i cylindry, dyski i piramidy. Statki z różnych planet, wszystkich istniejących klas – od lekkich sportowych jachtów do krążowników bojowych. Odległość i lekka mgiełka zacierały szczegóły i statki wyglądały niczym pomoce naukowe do stereometrii, rozłożone na stole w szachowym porządku. Kosmoport Shedmona był jednym z największych w galaktyce – planeta służyła za punkt przeładunkowy między nieposiadającymi Świątyni koloniami i innymi światami. Tutaj tankowano i remontowano statki, tutaj załogi odpoczywały przed następnym lotem w hiperprzestrzeni od Świątyni Shedmona na sygnał Świątyni swojej planety.
Poza tym od niepamiętnych czasów Shedmon był handlowym i kulturalnym ośrodkiem tego sektora galaktyki.
Nie mówiąc już o tym, że okolice kosmoportu słynęły z melin i spelunek proponujących rozrywki na każdy gust.
– Kapitanie, a nie prościej wylądować w promieniu grawitacyjnym? Nie musielibyśmy tak manewrować.
– Dańka, jeździłeś kiedyś na rowerze bez trzymanki i z zamkniętymi oczami?
– Jeździłem – odparł chłopiec z nieukrywaną dumą.
– A po co? Nie prościej trzymać mocno kierownicę i patrzeć na drogę?
– Rozumiem…
Kleń nadal odbębniał swoją literowo-cyfrową abrakadabrę, teraz bardzo szybko i bez żadnych ozdobników. Statek zawisł pięćdziesiąt metrów nad lądowiskiem.
– Zero zero, manewrowe stop, ciąg minus zero dwa. Kołysanie wzdłużne zero, wyłączenie zero… Ciąg minus cztery… Stoimy. Minus pięć… pięć, a nie cztery! Stoimy. Podpory. Grawikompensacja. Minus dziesięć. Silniki stop, idziemy na rezerwie. Dystans plus jeden, dotyk…
Statek zakołysał się lekko, opadając na lądowisko.
Redrak powoli zdjął czarny hełm, dodatkowe konsole jego pulpitu z cichym szumem rozjechały się na boki. Światełka na panelach zamigotały na żółto i zielono. Twarz Redraka wyglądała jakoś obco: nie było na niej ani śladu podejrzliwości. Wyłącznie duma. Duma człowieka, który dokonał tego, co było prawie niemożliwe.
– Siedliśmy jeden do jednego – oznajmił usatysfakcjonowany. – Odchylenia w granicach centymetra!
Kleń skinął głową i uniósł się ze swojego fotela, wyciągając rękę do Redraka. Pilot uścisnął ją bez wahania. Widocznie na ich planetach panowały całkiem ziemskie zwyczaje…
– Jesteś pilotem – powiedział tylko Kleń.
– Jesteś taktykiem – odparł Redrak.
Patrzyłem na nich w zadumie. Miałem przed sobą coś nowego i niezwykłego. Nigdy bym nie przypuścił, że Klenijczyka może ucieszyć coś poza zwycięską walką i że Redrak zdoła pokonać wszczepioną hipnokodowaniem podejrzliwość.
Jak się okazuje, wszystko jest możliwe.
Nawet dla Klena życie nie polega na niekończących się walkach o ojczystą planetę. Wie, że istnieje po prostu praca – zwykła praca, w którą można włożyć wszystkie siły, oraz przyjaciele, którzy są przy tobie w czasie tej pracy.
– Dziękuję wszystkim – powiedziałem. – Dwie godziny na formalności i kontrolę celną. Następnie odpoczynek. Proponuję spacer po miejscowych spelunkach.
Redrak uśmiechnął się. Lans skinął głową. Ernado wzruszył ramionami.
– Przydam się wam? – zapytał Kleń.
– Prawdopodobnie – odparłem, nie kryjąc sceptycyzmu.
– Szukamy „Białego Raidera”?
– Szukamy człowieka, którym interesuje się załoga krążownika. – Z przyjemnością przejdę się po shedmońskich jaskiniach rozpusty.
Popatrzyłem w zadumie na Dańkę.
– Po knajpach będziemy chodzić bez ciebie, kadecie. Umowa stoi?
Chłopiec nadął się i urażony zaprotestował:
– Ja też jestem członkiem załogi! A jak będzie striptiz, to mogę się odwrócić!
Pierwszy zachichotał Lans. Potem pozostali. Tylko Redrak ledwie się uśmiechnął.
– Chłopiec ma rację, kapitanie. Ma prawo iść. Zgodnie z regulaminem każdy członek załogi ma prawo do odpoczynku po locie trwającym dłużej niż pięć dób.
– Dobrze.
Zerknąłem kątem oka na Ernada, ale wszystko było w porządku. Żadnych śladów poprzedniego chłodu w spojrzeniu.
– Ernado, przed zejściem ze statku wydasz kadetowi pistolet paraliżujący i wyjaśnisz, jak się nim posługiwać.
Przebite w miękkim wapieniu przejście było wąskie i kręte. Gdzieniegdzie z sufitu kapała woda, tworząc na podłodze płytkie, kryształowo czyste kałuże.
– Najważniejszą zaletą restauracji Grota – opowiadał Redrak – są liczne wejścia i wyjścia. Niektóre bardzo eleganckie, z windami i schodami ruchomymi, a inne takie jak to, z tą całą romantyką… są nawet plamy krwi na ścianach w miejscu, gdzie kogoś stuknęli. Plamy są regularnie odświeżane.
Dańka ostrożnie ujął moją rękę. Chyba uważał mnie za lepszą ochronę przed nieprzyjemnościami niż paralizator w kaburze na pasie.
Korytarz kończył się dość nieoczekiwanie tęczową zasłoną holograficzną. Spodziewałbym się raczej solidnych drzwi z drewna czy metalu.
Po przejściu iluzorycznej kotary zanurzyliśmy się w półmroku niewielkiej sali. Kamienne ściany, połyskujące iskierki krystalicznych okruchów, niski nierówny sufit… Prawdziwa jaskinia, lekko ucywilizowana masywnymi meblami i sztucznymi pochodniami, wąska i długa, z licznymi wnękami, w których kryły się niskie okrągłe stoliki. Było sporo wolnych miejsc.