Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]
- Автор: Хайнлайн Роберт Энсон
- Год: 1992
- Язык: польский
- Год: Rebis
- ISBN: 83-05202-43-9
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]». Краткое содержание книги:
— Do tego wszystko się sprowadza, Steve. Być może są to fałszywe znaki ucisku przed końcem świata, a może te cuda zwiastują Paruzję, nadejście Chrystusa. Tak czy inaczej zbliżamy się do końca świata. Czy narodziłeś się ponownie?
— Hmm. Nie mogę tego potwierdzić. Zostałem ochrzczony dawno temu, kiedy byłem za młody, aby mieć coś do powiedzenia w tej sprawie. Nie chodzę do kościoła, czasem tylko, na ślub czy pogrzeb kogoś znajomego. Nawet jeśli moje grzechy zostały kiedyś zmyte, to teraz jestem już trochę przybrudzony. Nie sądzę, żebym miał szanse.
— Jestem pewien, że nie masz, Steve. Posłuchaj. Nadchodzi koniec świata. Już wkrótce wróci Chrystus. Najpilniejsze, co ty — i każdy! — musi zrobić, to udać się ze swymi kłopotami do Jezusa, obmyć się w Jego krwi i ponownie się w Nim narodzić. Nie będzie żadnego ostrzeżenia. Trąba zabrzmi i albo znajdziesz się w ramionach Jezusa bezpieczny i szczęśliwy na wieki, albo zostaniesz wrzucony do ognia i siarki, aby tam cierpieć przez całą wieczność. Musisz być przygotowany.
— Kurczę! Alec, czy myślałeś kiedykolwiek o zostaniu kaznodzieją?
— Kiedyś myślałem.
— Powinieneś zrobić więcej niż myśleć. Powinieneś nim zostać. Powiedziałeś to tak, jakbyś wierzył w każde słowo.
— Bo wierzę.
— Tak też myślałem. W dowód uznania dla ciebie porządnie się nad tym zastanowię. Mam jednak nadzieję, że nie urządzą dnia sądu dzisiaj, ponieważ muszę dowieźć swój ładunek na miejsce. Hazel! Przynieś mi rachunek, kochanie! Muszę się zabierać ze swoim pudłem.
Trzy befsztyki z dodatkami kosztowały 3. 90. Sześć piw dodało do rachunku 60 centów. Steve zapłacił złotą pięciodolarówką — monetą, której nigdy nie widziałem poza kolekcją numizmatyczną. Miałem ochotę się jej przyjrzeć, ale nie potrafiłem wymyślić żadnego powodu.
Hazel przyjrzała się monecie.
— Rzadko dostajemy tu złoto — zauważyła. — Głównie srebro i trochę papieru, choć szef nie lubi papierowych pieniędzy. Czy jesteś pewien, że chcesz to wydać, Steve?
— Znalazłem Zaginionego Holendra.
— Jak sobie życzysz. I tak nie zostanę twoją piątą żoną.
— Miałem na myśli jedynie tymczasowy związek.
— To też odpada. Nie za złotą pięciodolarówkę.
Pogrzebała w kieszeni i wyjęła stamtąd srebrną półdolarówkę.
— Oto twoja reszta, mój drogi.
Odepchnął ją w jej stronę.
— Co możesz zrobić za pięćdziesiąt centów?
Podniosła monetę i schowała ją do kieszeni.
— Napluć ci w oko. Dziękuję. Dobranoc wam. Fajnie, że do nas wpadliście.
Podczas mniej więcej trzydziestu pięciu mil drogi do Flagstaff Steve zadawał nam pytania na temat światów, które poznaliśmy, nie czyniąc jednak żadnych komentarzy. Mówił tylko tyle, ile było potrzeba, aby zachęcić nas do rozmowy. Zainteresował go zwłaszcza mój opis sterowców, odrzutowców i „aeroplanos”, lecz również inne szczegóły techniczne go fascynowały. Telewizja wydała mu się znacznie bardziej niewiarygodna niż maszyny latające — mnie zresztą też. Jednakże Margrethe zapewniła go, że widziała telewizor na własne oczy, a ją trudno posądzić o kłamstwo. Mnie można wziąć za oszusta, ale nie Margrethe. Jej głos i sposób bycia są niezwykle przekonywające.
We Flagstaff, tuż przed autostradą 66, Steve zjechał na pobocze i zatrzymał samochód, nie wyłączając silnika.
— To koniec — powiedział, jeśli uparliście się, żeby jechać na wschód. Gdybyście zdecydowali się udać na północ, z chęcią was podwiozę.
— Musimy się dostać do Kansas, Steve — odparłem.
— Wiem o tym. Prowadzi tam wiele dróg, ale sześćdziesiątka szóstka jest najlepsza… choć naprawdę nie mam pojęcia, po co ktokolwiek miałby jechać do Kansas. To tamto skrzyżowanie, przed nami. Trzymajcie się prawej strony I idźcie prosto przed siebie. Nie możecie go nie zauważyć. Uważajcie tylko na szyny. Kolej do Santa Fe. Gdzie macie zamiar dziś spać?
— Nie mamy żadnych planów. Będziemy iść naprzód, zanim nie złapiemy następnej okazji. Jeśli nic nie złapiemy, a zmorzy nas sen, prześpimy się przy drodze. Jest ciepło.
— Alec, posłuchaj rady wuja. Nie będziesz dziś spał na pustyni. Teraz jest ciepło, ale rano zrobi się piekielnie zimno. Może tego nie zauważyłeś, ale przez całą drogę z Phoenix wspinaliśmy się coraz wyżej. Jeśli nie załatwią cię jaszczurki Gila, zrobią to pchły piaskowe. Musicie wynająć pokój.
— Steve, nie mogę tego zrobić.
— Pan o was zadba. Wierzysz w to, prawda?
— Tak — odpowiedziałem sztywnym tonem — wierzę. (Pomaga on jednak tym, którzy pomagają sobie sami.)
— Pozwól mu więc to zrobić. Maggie, czy zgadasz się z Alekiem, co do tego całego końca świata?
— Z pewnością nie mogę się nie zgodzić!
— Hmm. Alec, naprawdę się nad tym zastanowię… zacznę jeszcze dziś od czytania Biblii Gideona. Na tę imprezę nie chciałbym się spóźnić. Idźcie wzdłuż autostrady, szukając miejsca z wywieszką „pokoje do wynajęcia”. Nie „motel” ani „gospoda”, ani słowa o materacach Simmonsa czy łazienkach do własnego użytku, po prostu „pokoje”. Jeśli zażądają więcej niż dwa dolary, odejdźcie. Targujcie się, a może dostaniecie pokój za jednego dolara.
Nie słuchałem go uważnie, ponieważ byłem coraz bardziej zdenerwowany. Jak się mieliśmy targować? Wiedział, że nie mam ani grosza. Czyżby mi nie uwierzył?
— A więc do widzenia — ciągnął Steve. — Alec, czy mógłbyś otworzyć drzwi, nie chcę wysiadać z samochodu.
— Już się robi. — Otworzyłem drzwi i wysiadłem na zewnątrz, po czym przypomniałem sobie o dobrych manierach.
— Steve, pragnę ci podziękować za wszystko. Obiad, piwo i podwiezienie. Niech Bóg nad tobą czuwa i ma cię w swojej opiece.
— Dziękuję. Poczekaj chwilę. — Sięgnął do kieszeni, wyciągając z niej wizytówkę. — To moja wizytówka. Właściwie to adres córki. Kiedy dotrzesz do Kansas, wyślij pocztówkę, żebym wiedział, jak się wam powiodło.
— Zrobię to.
Wziąłem wizytówkę i wyciągnąłem rękę po Margrethe, aby pomóc jej wysiąść.
Steve powstrzymał ją.
— Maggie! Czy nie pocałujesz starego Steve’a na pożegnanie?
— No jasne, Steve!
Odwróciła się na siedzeniu, kierując się twarzą w jego stronę.
— Tak lepiej. Alec, lepiej odwróć się plecami.
Nie zrobiłem tego, lecz próbowałem nie zwracać na to uwagi, choć jednocześnie spoglądałem na nich kącikiem oka.
Gdyby potrwało to jeszcze pół sekundy dłużej, wyciągnąłbym ją z tej kabiny własnoręcznie. Muszę jednak przyznać, że Steve nie zmuszał Margrethe do niczego. Całowała go z własnej woli tak, jak żadna zamężna kobieta nie powinna całować obcego mężczyzny.
Wytrzymałem to.
Wreszcie się skończyło. Pomogłem jej wysiąść i zatrzasnąłem za nią drzwi. Steve zawołał: — Pa, pa, dzieciaki! — i jego ciężarówka ruszyła w drogę. Nabierając prędkości, zatrąbił jeszcze dwukrotnie.
— Alec, jesteś na mnie zły — stwierdziła Margrethe.
— Nie. Zaskoczony. Zdziwiony. Nawet zszokowany. Rozczarowany. Zasmucony.
— Odczep się ode mnie!
— Co?
— Steve podwiózł nas dwieście pięćdziesiąt mil. Kupił nam porządny obiad i nie wyśmiał nas, gdy opowiedzieliśmy mu niedorzeczną historię, a teraz ty kręcisz nosem i robisz świętoszkowate miny, ponieważ pocałowałam go, żeby okazać mu, że doceniam to, co zrobił dla mnie i dla mojego męża. Nie pozwalam ci na to, słyszysz?