Rozstaje zmierzchu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #10
- Год: 2004
- Язык: польский
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:
— Zostaw nas — polecił Ajimburze Poszukujący, chowając płytkę, gdy już się upewnił, że Karede ją rozpoznał.
Mały człowieczek pozostał nieruchomy w kuckach, toteż Poszukujący z zaskoczenia uniósł brwi. Nawet mieszkańcy Wzgórz Kaensada wiedzieli, że rozkaz Poszukujących ma moc prawną. No cóż, może ci z nieco odleglejszych fortów niewiele wiedzieli o Poszukujących, jednak Ajimbura z pewnością o nich słyszał.
— Zaczekaj na zewnątrz — rzucił ostro Karede i służący wstał gorliwie, mrucząc pod nosem: „Słyszę cię i jestem ci posłusznym, wielki”. Zanim wszakże wyszedł, otwarcie studiował oblicze Poszukującego, wyraźnie dając przybyszowi do zrozumienia, że zapamięta jego twarz. Być może z powodu takiego zachowania ktoś go pewnego dnia skróci o głowę.
— Cenna rzecz, lojalność — oświadczył jasnowłosy mężczyzna, utkwiwszy po wyjściu Ajimbury wzrok w blacie biurka. — Zostałeś włączony w plany Lorda Yulana, panie Generale Sztandaru Karede? Nie spodziewałem się, że Yulan wciągnie w tę sprawę Straż Skazańców.
Furyk zdjął dwa, mające formy lwów, spiżowe przyciski do map i leżąca na blacie mapa Tar Valon zwinęła się w rulon. Druga czekała dopiero na rozwinięcie.
— Musisz sam zapytać Lorda Yulana, Poszukujący. Lojalność wobec Kryształowego Tronu jest cenniejsza nad życie, trzeba zatem wiedzieć, kiedy należy zachować milczenie. Im więcej ktoś prawi na jakiś temat, tym więcej dowie się od niego osoba, która niczego wiedzieć nie powinna.
Nikt oprócz przedstawicieli rodziny cesarskiej nie upominał Poszukujących i nie podważał ich zadań, jednak przybysz nie wydawał się poruszony słowami Furyka. Po chwili usiadł w miękkim fotelu i złożył dłonie, spoglądając nad nimi na Karede’a, który miał teraz wybór — przestawić krzesło albo siedzieć niemal tyłem do mężczyzny. Większość ludzi ogromnie się deprymowała, mając za plecami Poszukującego. Większość denerwowałaby się nawet, przebywając z Poszukującym w jednym pokoju. Furyk ukrył uśmieszek i nie przestawił krzesła, odwrócił jedynie nieco głowę. Potrafił kątem oka dostrzec wiele szczegółów.
— Pewnie jesteś dumny ze swoich synów — oświadczył Poszukujący. — Dwaj poszli za tobą do Straży Skazańców, trzeciego wymienia się wśród najznakomitszych zmarłych. Twoja żona byłaby z nich bardzo dumna.
— Jak brzmi twoje imię, Poszukujący?
Odpowiedziała mu ogłuszająca cisza. Nieliczni ośmielali się besztać Poszukujących, lecz jeszcze mniej osób pytało ich o imiona.
— Mor — odparł w końcu przybysz. — Almurat Mor.
Więc to tak, Mor! Mężczyzna o tym nazwisku, przodek gościa Furyka, zjawił się wraz z Luthairem Paendragiem. Zatem Poszukujący miał powody do dumy. Z braku dostępu do książek genealogicznych, do których nie wolno było zaglądać żadnym da’covale, Karede nie wiedział, czy opowieści o jego własnych przodkach są prawdziwe — może jego antenat towarzyszył kiedyś na przykład wielkiemu Arturowi Jastrzębie Skrzydło? Fakt ten nie miał jednak zbytniego znaczenia, gdyż ludzi, którzy zamiast wybrać samodzielność, usiłowali się wybić dzięki zaszczytom przodków, często skracano o głowę. Szczególnie da’covale.
— Mów mi Furyk. Obaj wszak stanowimy własność Kryształowego Tronu. Czego ode mnie chcesz, Almuracie? Sądzę, że na pewno nie przybyłeś dyskutować o mojej rodzinie.
Gdyby synowie Furyka mieli kłopoty, ten mężczyzna na pewno nie wspomniałby o nich tak szybko, a Kalii nie można już było pomóc. Kątem oka Karede widział na twarzy Poszukującego oznaki walki wewnętrznej, chociaż mężczyzna bardzo się starał zachować kamienne oblicze. Mor wyraźnie przestał panować nad przeprowadzanym przesłuchaniem... Czyżby oczekiwał, że na błysk jego płytki z krukiem i wieżą generał Straży Skazańców będzie po byle poleceniu gotów wbić sobie sztylet w serce?
— Posłuchaj pewnej historii — zaczął powoli. — I powiedz mi, co o niej sądzisz. — Jego spojrzenie przylgnęło do Furyka, jakby zostało przyklejone i przez długą chwilę Poszukujący wpatrywał się, oceniał, szacował generała niczym prezentowanego na sprzedaż niewolnika. — Dotarła do nas przed kilkoma dniami. — Do „nas”, czyli do Poszukujących Prawdy. — Pochodzi od miejscowego ludu, o ile wiemy, choć nie znaleźliśmy jeszcze jej źródła. Przypuszczalnie... jakaś mówiąca z seandarańskim akcentem dziewczyna okradała ze złota i biżuterii kupców tutaj, w Ebou Dar. Ktoś wymienił tytuł Córki Dziewięciu Księżyców. — Mor skrzywił się ze wstrętem i na moment ścisnął palce tak mocno, że aż ich koniuszki zbielały. — Nikt z miejscowych najwidoczniej nie ma pojęcia, co ów tytuł oznacza, jednak opis dziewczyny jest znacząco dokładny. Znacząco wierny! Nikt też nie pamięta, ażeby słyszał tę plotkę przed nocą... nocą, po której znaleziono zamordowaną Tylin — dokończył, dla określenia czasu wybierając najmniej nieprzyjemne zdarzenie.
— Seandarański akcent — powtórzył Karede tępo, a Poszukujący skinął głową. — Ta pogłoska doszła do naszych ludzi. — Nie było to pytanie, lecz Mor ponownie potwierdził. Żaden miejscowy nie mógłby wymyślić ani akcentu z Seandar, ani wiernego opisu dziewczyny. Ktoś grał zatem w bardzo niebezpieczną grę. Niebezpieczną dla niego samego i dla Imperium. — Jak w Pałacu Tarasin przyjęto ostatnie wydarzenia?
Do tej pory między służącymi byli Słuchacze, prawdopodobnie nawet między eboudariańskimi służącymi, a Słuchacze przekazywali Poszukującym wszystko, co obiło im się o uszy.
Mor oczywiście odpowiednio zrozumiał pytanie. Nie było żadnej potrzeby wzmiankować kwestii, których nie powinni poruszać. Odpowiedział zatem obojętnie.
— Świta Wysokiej Lady Tuon zachowuje się, jakby nic się nie wydarzyło. Z jednym wyjątkiem. Anath, jej Mówczyni Prawdy, udała się do samotni, powiedziano mi wszakże, iż nie jest to dla niej zachowanie niezwykłe. Sama Suroth prywatnie jest jeszcze bardziej zrozpaczona, niż to okazuje publicznie. Niewiele sypia, warczy na faworytów i zleca swojej służbie zajmowanie się błahostkami. Codziennie skazuje na śmierć jednego Poszukującego, póki sprawy się nie wyjaśnią. Dziś odwołała swój rozkaz, zrozumiała bowiem, że może jej nie starczyć Poszukujących. — Lekko wzruszył ramionami, może sugerując bezradność, może ulgę. — To jest zrozumiałe. Jeśli zostanie pociągnięta do odpowiedzialności, będzie się modliła o Śmierć Dziesięciu Tysięcy Łez. Inni przedstawiciele Krwi, którzy wiedzą, co zaszło, rozglądają się uważnie na wszystkie strony. Niektórzy nawet po cichu czynią na wszelki wypadek przygotowania do pogrzebu.
Karede wolałby inną reakcję ze strony tego mężczyzny. Był przyzwyczajony, że się go obraża — nauczył się tego podczas szkolenia — ale coś takiego... Odepchnął krzesło, wstał i usiadł na krawędzi biurka. Mor gapił się na niego nieruchomo, napięty, gotów do obrony w razie ataku. Furyk zrobił głęboki wdech, starając się zapanować nad gniewem.
— Dlaczego przyszedłeś do mnie, skoro wierzysz, że w porwaniu brała udział Straż Skazańców? — Wysiłek utrzymania głosu na spokojnym poziomie generał o mało nie przypłacił śmiercią przez uduszenie. Odkąd oddziały pierwotnej Straży Skazańców przysięgały na trupa Luthaira Paendraga, że będą bronić jego syna, nigdy wśród Strażników nie doszło do zdrady! Nigdy!
Mor odprężył się znacząco, kiedy pojął, że Karede nie zamierza go zabić, przynajmniej nie w tej chwili, a jednak czoło zrosiły mu kropelki potu.
— Mówi się, że ludzie ze Straży Skazańców potrafią dostrzec nawet oddech motyla. Masz coś do picia?