Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 44 45 46 47 48 49 50 51 52 ... 173
Перейти на страницу:

Bo Im­pe­rium nie wie­dzia­ło, co zro­bić z tymi ludź­mi. Czy za­trzy­mać ich na gra­ni­cy, czy przy­jąć u sie­bie. W pierw­szym przy­pad­ku wy­star­czy­ło po­cze­kać, aż ko­czow­ni­cy do­koń­czą dzie­ła, nie ry­zy­ku­jąc zbyt wie­le; krew ucie­ki­nie­rów nie spla­mi­ła­by na­wet ziem Me­ekha­nu. W dru­gim dzie­siąt­ki, może set­ki ty­się­cy uchodź­ców zna­la­zły­by się na Wscho­dzie, do­łą­cza­jąc swo­je pra­wa i zwy­cza­je do praw i zwy­cza­jów lu­dów już tu osia­dłych. I bez tego sy­tu­acja na tych te­re­nach była na­pię­ta.

Bo Wschód był dziw­ny, dziw­ny w po­rów­na­niu z in­ny­mi pro­win­cja­mi. Dzi­ki, nie­okrze­sa­ny i bar­ba­rzyń­ski. W pro­win­cjach cen­tral­nych, po­ło­żo­nych wo­kół Gór Krze­mien­nych, na Pół­no­cy czy na bę­dą­cym ko­leb­ką Im­pe­rium Po­łu­dniu, wszyst­ko już od wie­lu lat było po­ukła­da­ne, cy­wi­li­zo­wa­ne i spo­koj­ne. Nud­ne. Co praw­da gdzieś tam, w wy­so­kich gó­rach Wiel­kie­go Grzbie­tu, trwa­ły ja­kieś star­cia i prze­py­chan­ki, Po­łu­dnie też od cza­su do cza­su krwa­wi­ło, ale to było tyle co nic. Zwy­kłe przy­gra­nicz­ne szar­pa­ni­ny. Za to Wschód przy­po­mi­nał becz­kę, w któ­rej ktoś mie­sza set­kę róż­nych farb, a ktoś inny wciąż do­le­wa nowe ko­lo­ry.

Dzia­ło się tak, po­nie­waż w prze­ci­wień­stwie do Pół­no­cy, za­mknię­tej ścia­ną gór, czy Po­łu­dnia, opie­ra­ją­ce­go się o pu­sty­nię, Wschód był otwar­ty. La­ta­mi przez gra­ni­cę prze­są­cza­ły się tu róż­ne ple­mio­na i róż­ne ludy, zwa­bio­ne do­stat­kiem i bez­pie­czeń­stwem, któ­re obie­cy­wa­ły zie­mie Im­pe­rium. Bo ta, ar­bi­tral­nie wy­zna­czo­na na rze­ce gra­ni­ca, rów­nie do­brze mo­gła­by prze­bie­gać pięć­dzie­siąt mil na wschód lub za­chód. Wła­da­ją­ca kie­dyś tymi zie­mia­mi Świą­ty­nia Laal Sza­ro­wło­sej ak­cep­to­wa­ła taki stan rze­czy, tym bar­dziej że więk­szość przy­gra­nicz­nych lu­dów skła­da­ło hołd Pani Ste­pów. Więc i Im­pe­rium mu­sia­ło po­go­dzić się z fak­tem, że część wschod­nich pro­win­cji jest me­ekhań­ska tyl­ko z na­zwy.

Zwy­cza­je, wie­rze­nia, ję­zy­ki i tra­dy­cje tam­tej­szych lu­dów two­rzy­ły barw­ny ko­bie­rzec, przy­cią­ga­ją­cy prze­róż­nych wę­drow­ców, ry­zy­kan­tów i de­spe­ra­tów. Na Wscho­dzie moż­na było w kil­ka mie­się­cy do­ro­bić się ba­jecz­nej for­tu­ny – i w kil­ka go­dzin prze­grać ją w ko­ści. Moż­na było, z wia­trem w za­wo­dy i sza­blą w ręku, sza­leć po Ste­pach lub za­kła­da­jąc wła­sną stad­ni­nę, pra­co­wi­cie do­ra­biać się ma­jąt­ku, choć wte­dy trze­ba też było umieć sie­dzieć w sio­dle i strze­lać z łuku, żeby ci, któ­rzy wy­bra­li ła­twiej­szą dro­gę do pie­nię­dzy lub strycz­ka – nie ogra­bi­li cię do cna.

Z cen­tral­nych pro­win­cji ścią­ga­li tu mło­dzi szlach­ci­ce, spra­gnie­ni przy­gód i wol­no­ści; szu­ka­ją­cy szczę­ścia i ka­wał­ka wła­snej zie­mi chło­pi; rze­mieśl­ni­cy, nie­mo­gą­cy do­cze­kać się przy­ję­cia do ce­chu; nie­za­do­wo­le­ni z hie­rar­chii w gil­dii cza­ro­dzie­je; byli żoł­nie­rze, ma­ją­cy tyl­ko mie­cze i wła­sną krew do wy­na­ję­cia; po­eci; mu­zy­kan­ci i wszel­kiej ma­ści wol­ne du­chy. Z ko­lei ze wscho­du cią­gnę­ły róż­ne ple­mio­na, przy­wy­kłe od lat do tego, że rze­ka to do­bry wo­do­pój, a nie miej­sce, gdzie się pła­ci cło. We­hren­go­wie, He­ary­si, Kem-la­ne­ro­wie, Myn­go­ni i inni. Cza­sem do­cho­dzi­ło do starć i po­ty­czek, cza­sem ktoś ko­muś za­gar­nął sta­do czy ta­bun i nie za­wsze na­past­ni­ka­mi byli ko­czow­ni­cy. Jed­nak więk­szość cza­su spę­dza­no, han­dlu­jąc, wy­mie­nia­jąc wie­ści i wę­dru­jąc po Ste­pach.

Wszyst­ko zmie­ni­ło się wraz z przy­by­ciem na wschod­ni kra­niec Wiel­kich Ste­pów ple­mion okre­śla­nych jako Se-koh­land­czy­cy. Przez dwa­dzie­ścia lat pod­bi­ja­ły one miej­sco­we ludy, wcie­la­jąc je siłą do wła­sne­go kró­le­stwa przy cał­ko­wi­tej bier­no­ści Im­pe­rium. Po­tem ude­rzy­ły na pół­noc, na Ver­dan­no. A póź­niej na Me­ekhan.

Ta woj­na jesz­cze bar­dziej zmie­ni­ła ob­li­cze Wscho­du. Więk­szość miej­sco­wych ple­mion, miesz­ka­ją­cych po obu stro­nach gra­nicz­nej rze­ki, za­cho­wa­ła się lo­jal­nie w sto­sun­ku do Im­pe­rium. A przy­naj­mniej nie wspar­ła na­jeźdź­ców. Lecz kil­ka grup chęt­nie przy­łą­czy­ło się do se-koh­landz­kiej ar­mii kon­nej, ra­bu­jąc, mor­du­jąc i po­ka­zu­jąc dro­gę w głąb Me­ekha­nu. Po klę­sce Ojca Woj­ny i po­wro­cie do sta­rej gra­ni­cy, Me­ekhań­czy­cy po­stą­pi­li zgod­nie ze swo­imi zwy­cza­ja­mi: mię­so i chleb dla przy­ja­ciół, że­la­zo i ogień dla wro­gów. Nie­do­bit­ki ta­kich ple­mion jak Myn­go­ni czy Kay­ero­wie zo­sta­ły wy­pę­dzo­ne za rze­kę, We­hren­go­wie i He­ary­si otrzy­ma­li pra­wo do oby­wa­tel­stwa i swo­bod­nych wę­dró­wek wzdłuż gra­ni­cy. Nie było w tym zresz­tą zbyt­niej ła­ski, to wła­śnie spo­śród tych lu­dów ar­mia Im­pe­rium re­kru­to­wa­ła więk­szość lek­kiej jaz­dy. Gra­ni­cę uszczel­nio­no tak, jak się dało, za­kła­da­jąc co kil­ka­na­ście mil wa­row­ne obo­zy, a co kil­ka­dzie­siąt sil­ne sta­ni­ce, uzu­peł­nia­ją­ce li­nię oto­czo­nych mu­ra­mi miast i osad. Po jej za­chod­niej stro­nie zna­la­zło się kil­ka­dzie­siąt ple­mion i szcze­pów, któ­re do­cho­wa­ły wier­no­ści Im­pe­rium i któ­re – zgod­nie z nada­ny­mi przy­wi­le­ja­mi – mo­gły za­cho­wać wła­sne oby­cza­je, wie­rze­nia i tra­dy­cje.

Lecz to ro­dzi­ło pro­ble­my, o któ­rych nikt nie po­my­ślał, nie­któ­re z tych ple­mion uży­wa­ły bo­wiem ma­gii nie­ak­cep­to­wa­nej przez Wiel­ki Ko­deks. Inne mia­ły do Pani Ste­pów dość lek­ce­wa­żą­cy sto­su­nek, co do­pro­wa­dza­ło ka­pła­nów naj­więk­szej wschod­niej Świą­ty­ni do sza­łu. Jesz­cze inne nie ze­rwa­ły kon­tak­tów z miesz­ka­ją­cy­mi na wscho­dzie krew­nia­ka­mi, po­mi­mo ofi­cjal­nej po­li­ty­ki me­ekhań­skie­go tro­nu.

A wszyst­ko to z wi­szą­cą wciąż nad gło­wa­mi groź­bą ko­lej­ne­go na­jaz­du.

Wschod­nie pro­win­cje za­czy­na­ły przy­po­mi­nać ja­kąś przy­pad­ko­wo do­łą­czo­ną do Im­pe­rium kra­inę, za­miesz­ka­ną przez na wpół dzi­kie ple­mio­na, rzą­dzą­cą się dziw­ny­mi pra­wa­mi i hoł­du­ją­cą nie­cy­wi­li­zo­wa­nym zwy­cza­jom.

Tak my­śle­li po­li­ty­cy – dla nich ty­sią­ce ver­dań­skich wo­zów było tyl­ko ko­lej­nym kło­po­tem, któ­ry naj­chęt­niej zo­sta­wi­li­by na gło­wie Ojca Woj­ny. Po co pro­wo­ko­wać wciąż po­tęż­ne­go są­sia­da? Po co ścią­gać so­bie na gło­wę ty­sią­ce no­wych miesz­kań­ców, któ­rzy może wca­le nie ze­chcą pod­po­rząd­ko­wać się im­pe­rial­ne­mu pra­wu, a co gor­sza, może nie ze­chcą pła­cić po­dat­ków? Po co w ogó­le ro­bić co­kol­wiek, niech ten pro­blem sam się roz­wią­że.

Lecz me­ekhań­ską ar­mią do­wo­dził czło­wiek, któ­ry po­cho­dził ze wschod­nich ste­pów i jak po­wia­da­no, był twór­cą nie­mal ca­łej ka­wa­le­rii Im­pe­rium. I znał le­piej niż któ­ry­kol­wiek z po­li­ty­ków spo­sób my­śle­nia Ojca Woj­ny. Więc gdy pierw­sze z wo­zów za­trzy­ma­ły się przed rze­ką, prze­je­chał bród w to­wa­rzy­stwie kil­ku przy­bocz­nych i oce­nił przy­by­szów. Nie mógł nie znać ich war­to­ści jako rze­mieśl­ni­ków i ho­dow­ców koni, lecz chciał prze­ko­nać się na­ocz­nie, ja­kich lu­dzi wy­pluł z sie­bie Krwa­wy Marsz. A po­tem jed­nym ge­stem wska­zał im dro­gę na za­chód.

1 ... 44 45 46 47 48 49 50 51 52 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)