Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Bo Imperium nie wiedziało, co zrobić z tymi ludźmi. Czy zatrzymać ich na granicy, czy przyjąć u siebie. W pierwszym przypadku wystarczyło poczekać, aż koczownicy dokończą dzieła, nie ryzykując zbyt wiele; krew uciekinierów nie splamiłaby nawet ziem Meekhanu. W drugim dziesiątki, może setki tysięcy uchodźców znalazłyby się na Wschodzie, dołączając swoje prawa i zwyczaje do praw i zwyczajów ludów już tu osiadłych. I bez tego sytuacja na tych terenach była napięta.
Bo Wschód był dziwny, dziwny w porównaniu z innymi prowincjami. Dziki, nieokrzesany i barbarzyński. W prowincjach centralnych, położonych wokół Gór Krzemiennych, na Północy czy na będącym kolebką Imperium Południu, wszystko już od wielu lat było poukładane, cywilizowane i spokojne. Nudne. Co prawda gdzieś tam, w wysokich górach Wielkiego Grzbietu, trwały jakieś starcia i przepychanki, Południe też od czasu do czasu krwawiło, ale to było tyle co nic. Zwykłe przygraniczne szarpaniny. Za to Wschód przypominał beczkę, w której ktoś miesza setkę różnych farb, a ktoś inny wciąż dolewa nowe kolory.
Działo się tak, ponieważ w przeciwieństwie do Północy, zamkniętej ścianą gór, czy Południa, opierającego się o pustynię, Wschód był otwarty. Latami przez granicę przesączały się tu różne plemiona i różne ludy, zwabione dostatkiem i bezpieczeństwem, które obiecywały ziemie Imperium. Bo ta, arbitralnie wyznaczona na rzece granica, równie dobrze mogłaby przebiegać pięćdziesiąt mil na wschód lub zachód. Władająca kiedyś tymi ziemiami Świątynia Laal Szarowłosej akceptowała taki stan rzeczy, tym bardziej że większość przygranicznych ludów składało hołd Pani Stepów. Więc i Imperium musiało pogodzić się z faktem, że część wschodnich prowincji jest meekhańska tylko z nazwy.
Zwyczaje, wierzenia, języki i tradycje tamtejszych ludów tworzyły barwny kobierzec, przyciągający przeróżnych wędrowców, ryzykantów i desperatów. Na Wschodzie można było w kilka miesięcy dorobić się bajecznej fortuny – i w kilka godzin przegrać ją w kości. Można było, z wiatrem w zawody i szablą w ręku, szaleć po Stepach lub zakładając własną stadninę, pracowicie dorabiać się majątku, choć wtedy trzeba też było umieć siedzieć w siodle i strzelać z łuku, żeby ci, którzy wybrali łatwiejszą drogę do pieniędzy lub stryczka – nie ograbili cię do cna.
Z centralnych prowincji ściągali tu młodzi szlachcice, spragnieni przygód i wolności; szukający szczęścia i kawałka własnej ziemi chłopi; rzemieślnicy, niemogący doczekać się przyjęcia do cechu; niezadowoleni z hierarchii w gildii czarodzieje; byli żołnierze, mający tylko miecze i własną krew do wynajęcia; poeci; muzykanci i wszelkiej maści wolne duchy. Z kolei ze wschodu ciągnęły różne plemiona, przywykłe od lat do tego, że rzeka to dobry wodopój, a nie miejsce, gdzie się płaci cło. Wehrengowie, Hearysi, Kem-lanerowie, Myngoni i inni. Czasem dochodziło do starć i potyczek, czasem ktoś komuś zagarnął stado czy tabun i nie zawsze napastnikami byli koczownicy. Jednak większość czasu spędzano, handlując, wymieniając wieści i wędrując po Stepach.
Wszystko zmieniło się wraz z przybyciem na wschodni kraniec Wielkich Stepów plemion określanych jako Se-kohlandczycy. Przez dwadzieścia lat podbijały one miejscowe ludy, wcielając je siłą do własnego królestwa przy całkowitej bierności Imperium. Potem uderzyły na północ, na Verdanno. A później na Meekhan.
Ta wojna jeszcze bardziej zmieniła oblicze Wschodu. Większość miejscowych plemion, mieszkających po obu stronach granicznej rzeki, zachowała się lojalnie w stosunku do Imperium. A przynajmniej nie wsparła najeźdźców. Lecz kilka grup chętnie przyłączyło się do se-kohlandzkiej armii konnej, rabując, mordując i pokazując drogę w głąb Meekhanu. Po klęsce Ojca Wojny i powrocie do starej granicy, Meekhańczycy postąpili zgodnie ze swoimi zwyczajami: mięso i chleb dla przyjaciół, żelazo i ogień dla wrogów. Niedobitki takich plemion jak Myngoni czy Kayerowie zostały wypędzone za rzekę, Wehrengowie i Hearysi otrzymali prawo do obywatelstwa i swobodnych wędrówek wzdłuż granicy. Nie było w tym zresztą zbytniej łaski, to właśnie spośród tych ludów armia Imperium rekrutowała większość lekkiej jazdy. Granicę uszczelniono tak, jak się dało, zakładając co kilkanaście mil warowne obozy, a co kilkadziesiąt silne stanice, uzupełniające linię otoczonych murami miast i osad. Po jej zachodniej stronie znalazło się kilkadziesiąt plemion i szczepów, które dochowały wierności Imperium i które – zgodnie z nadanymi przywilejami – mogły zachować własne obyczaje, wierzenia i tradycje.
Lecz to rodziło problemy, o których nikt nie pomyślał, niektóre z tych plemion używały bowiem magii nieakceptowanej przez Wielki Kodeks. Inne miały do Pani Stepów dość lekceważący stosunek, co doprowadzało kapłanów największej wschodniej Świątyni do szału. Jeszcze inne nie zerwały kontaktów z mieszkającymi na wschodzie krewniakami, pomimo oficjalnej polityki meekhańskiego tronu.
A wszystko to z wiszącą wciąż nad głowami groźbą kolejnego najazdu.
Wschodnie prowincje zaczynały przypominać jakąś przypadkowo dołączoną do Imperium krainę, zamieszkaną przez na wpół dzikie plemiona, rządzącą się dziwnymi prawami i hołdującą niecywilizowanym zwyczajom.
Tak myśleli politycy – dla nich tysiące verdańskich wozów było tylko kolejnym kłopotem, który najchętniej zostawiliby na głowie Ojca Wojny. Po co prowokować wciąż potężnego sąsiada? Po co ściągać sobie na głowę tysiące nowych mieszkańców, którzy może wcale nie zechcą podporządkować się imperialnemu prawu, a co gorsza, może nie zechcą płacić podatków? Po co w ogóle robić cokolwiek, niech ten problem sam się rozwiąże.
Lecz meekhańską armią dowodził człowiek, który pochodził ze wschodnich stepów i jak powiadano, był twórcą niemal całej kawalerii Imperium. I znał lepiej niż którykolwiek z polityków sposób myślenia Ojca Wojny. Więc gdy pierwsze z wozów zatrzymały się przed rzeką, przejechał bród w towarzystwie kilku przybocznych i ocenił przybyszów. Nie mógł nie znać ich wartości jako rzemieślników i hodowców koni, lecz chciał przekonać się naocznie, jakich ludzi wypluł z siebie Krwawy Marsz. A potem jednym gestem wskazał im drogę na zachód.