Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #3
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: satan
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Zamilkł, popatrzył po ciemnych twarzach. Nic. Równie dobrze mógł gadać do rzeźbionych w drewnie masek.
– Dlatego powtórzę to, co powiedział Człowiek Ziemi. Góry wam sprzyjają. Podoba im się determinacja, z jaką idziecie naprzód. Nikt nigdy tego nie próbował, więc są wyjątkowo łaskawe dla waszej odwagi. Ale nie okazujcie im lekceważenia.
And’ewers wstał, wyciągnął z szafki na burcie gąsiorek i kilka kubków, nalał, rozsunął naczynia po blacie.
– Rozgadałeś się, poruczniku. Powiedziałeś przez ostatnią chwilę więcej niż od początku wędrówki. – Podniósł kubek. – Wypijmy za to.
Kenneth pociągnął, uniósł brwi. Gorzałka, mocna, o posmaku piołunu i dymu.
– Dobre. Wasze?
– Tak. Nasze. Co tak naprawdę chcesz nam powiedzieć?
Porucznik uniósł kubek do ust i przez chwilę delektował się aromatem napitku. Myślał. Verdanno nie poganiali go, patrzyli, Boutanu z czymś na kształt uprzejmego zaciekawienia, Awe’aweroh z wyraźną niecierpliwością, And’ewers spokojnie, jakby już znał odpowiedź.
– Wszystko idzie za gładko – Kenneth ubrał wreszcie swój niepokój w słowa. – Za szybko i za równo. Zanim się pojawiliście, góry wrzały, ginęli ludzie, strażnicy, chłopi, kupcy i wszyscy łączyli to z wami, z waszym przybyciem. Każdy w Kehlorenie sądził, że te zabójstwa i plotki mają podburzyć miejscowych przeciw wam, żeby w Olekadach wybuchły zamieszki. Spodziewałem się, że podczas wędrówki będziemy musieli się przebijać przez bandy rozjuszonego chłopstwa albo ci tajemniczy zabójcy uderzą na was, by i wozacka krew spłynęła po kamieniach. A tu nic, nawet góry zdają się nam sprzyjać, żadnych burz, osuwisk, lawin, a każdą przeszkodę pokonujecie z marszu. Za dobrze idzie... I chyba to mnie martwi.
– Lubisz, jak ktoś łamie sobie kości?
– Jak idzie sto tysięcy ludzi, ktoś powinien. Zwłaszcza w górach. Dlatego radzę, żebyście posłuchali mojej sugestii. Rozładujcie wozy, odciążcie je, zachowajcie ostrożność. Zwolnijcie. Dwa, trzy dni opóźnienia to lepsze niż strata setek wozów i ludzi.
Patrzyli na niego w milczeniu, beznamiętnie. Chyba użył słowa, którego nie chcieli usłyszeć. Opóźnienie.
Wreszcie And’ewers chrząknął, ponownie napełnił kubki.
– Zostawmy wszystko tak, jak jest – rzucił pojednawczym tonem. – Wy szukacie drogi, my wędrujemy tak szybko, jak się da.
Kenneth wypił jednym haustem, stuknął naczyniem o blat i bez słowa wyszedł. Wyglądało na to, że Verdanno niczego nie zrozumieli.
* * *
To, czego najbardziej się obawiał, zdarzyło się dwa dni później. Być może przyczyna tkwiła w tym, o czym wspominał And’ewers, w poczuciu, że zbliżają się do domu, w ekscytacji, rozluźnieniu, chęci przyspieszenia.
Orla Grań nie nosiła takiej nazwy tylko dlatego, że patrząc z boku, przypominała skrzydła zrywającego się do lotu orła. Była też wąska jak obrys tych skrzydeł. Przez cały dzień i całą noc Wozacy pod nadzorem budowniczego przygotowywali ją do przejazdu, usuwano kamienie, zasypywano szczeliny, tam, gdzie kąt nachylenia uniemożliwiał przejazd, z większych głazów, ubitej ziemi i belek usypano coś w rodzaju rampy wyrównującej drogę. Wiatry i deszcze z pewnością rozmyją ją w ciągu kilku miesięcy, ale na razie powinna wystarczyć.
Rankiem drugiego dnia po przebyciu wąwozu pierwsze wozy wyjechały na Orlą Grań. Kenneth przyłapał się na tym, że obserwując przechylone lekko w lewo pojazdy, mozolnie pokonujące kolejne jardy, zaciska pięści i szczęki. Do przebycia była niecała mila, najpierw w dół, w skalne siodło, potem pod górę, następnie łagodny zjazd na halę, prowadzącą wprost do ostatniej przeszkody. Drogę przystosowano dla wozów najlepiej, jak się dało w tak krótkim czasie, i nie sądził, by nawet imperialny korpus inżynieryjny mógł się spisać lepiej. A mimo to czuł, jak niepokój wzbiera mu w piersi i tłucze się pod czaszką. Zresztą nie tylko jemu.
„One wezmą, co ich”, powiedział w czasie wczorajszej narady Velergorf i nie było w tym żadnej skargi ani pretensji, choć dziesiętnik, podobnie jak większość górali, traktował góry jak żywą istotę. Potężną, czasem wrogą, lecz wrogością pozbawioną złośliwości czy perfidii. Góry po prostu nie wybaczały błędów, domagały się szacunku okazywanego każdym oddechem i myślą, a najmniejszy ślad lekceważenia karały śmiercią. I nie chodziło o jakąś mściwość obrażonego bóstwa, bo niedźwiedź, który walnie łapą natrętną muchę, nie jest mściwy. Jest po prostu niedźwiedziem.
Można mieć szczęście, ale nie można tego szczęścia nadużywać, góry zaś nie robią wyjątków dla nikogo. Żaden Nieśmiertelny nigdy nie przyjął tytułu Pana czy Pani Gór. Ani Setren, ani Anday’ya, ani Dress, ani nikt z ich rodzeństwa. Kapłani mieli wiele pokrętnych wyjaśnień na ten fenomen, lecz dla górali sprawa była jasna. Góry są zbyt dumne i nawet bogowie nie próbują tej dumie rzucić wyzwania.
Czasem tylko robią to głupi ludzie.
Wozy pokonywały grań sprawnie, jeden za drugim, zachowując niewiele większe odstępy niż na reszcie szlaku. Verdanno się spieszyli. Siodło przebyły już dwie setki pojazdów i Kenneth, obserwujący kolumnę z drugiego krańca grani, wyraźnie zobaczył chwilę, która zrodziła nieszczęście. Być może And’ewers stwierdził, że na sprawdzonej trasie mogą narzucić większe tempo, a może po prostu woźnice, mający za sobą półtora dnia czekania, uznali, że trzeba przyspieszyć, przecież już tylko kilka mil dzieliło ich od wyżyny, w każdym razie nagle na przejściu znalazło się więcej wozów. Odległości między nimi zmniejszyły się poza granicę rozsądku i wtedy Velergorf, stojący od dłuższego czasu obok porucznika, sapnął, zmarszczył brwi i rzucił jedno słowo:
– Idzie!
Szedł. Podmuch zebrał się w gardzieli doliny po prawej stronie grani, jeden z tych wiatrów, które wyznawcy Dress nazywali Oddechem Bogini. Dolina miała dobre cztery mile długości i w dalszym krańcu, szerokim na co najmniej dwie mile, zamykała ją łagodna hala. I przez tę halę przelała się, roztrącając poranne mgły, kładąc trawy i gnąc porastające krzaki, fala powietrza. Być może był to wiatr, który narodził się setki mil stąd i wpadając w Olekady, gnając między skalnymi ścianami, rozpędzał się coraz bardziej i bardziej. Dolina zwężała się wyraźnie i wicher z każdym jardem nabierał mocy, w połowie drogi już nie kładł krzaków i traw, nie głaskał ich, lecz żelazną pięścią wciskał w glebę, oporne wyrywał i unosił, pchał przed sobą ścianę mgieł.
Kenneth poderwał się, dopadł najbliższego wozu.
– Szybciej! – ryknął.
Młody Verdanno spojrzał na niego nierozumiejącym wzrokiem, porucznik machnięciem ręki wskazał zbliżającą się bestię. Wozak stracił kilka chwil na gapienie się w głąb doliny, a Kenneth już pędził wzdłuż kolumny, razem z resztą żołnierzy.
– Szybciej! Szybciej! W bok! Zjeżdżajcie w bok!
Ci, którzy zdążą się schronić za grzbietem grani, będą mieli jakąś szansę. Porucznik rzucił okiem w lewo, ściana wichru była już w połowie doliny, mieli tylko czterdzieści, może pięćdziesiąt uderzeń serca, nim do nich dotrze.