Demony Leningradu [calibre 3.42.0]
- Автор: Przechrzta Adam
- Год: 2011
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 978-83-7574-617-4
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Demony Leningradu [calibre 3.42.0]». Краткое содержание книги:
W końcu słyszysz jakieś szmery, zgrzyt łopat. Ktoś klnie, wyciągając z wieka gwoździe. Po chwili możesz już spojrzeć w gwiazdy – trumnę zawsze wykopują w nocy. Oznajmiają ci, że jesteś wyleczony, zdałeś test. Od dzisiaj skoczysz w każdą ciemną dziurę, niezależnie od tego, jak ciasna by była, będziesz walczył w najgłębszym mroku bez cienia strachu. Wyleczyli cię medycy ze szkoły Pawłowa. Usunęli z twojej głowy ten dziecinny, niegodny oficera wywiadu strach. Skurwysyny.
– Majorze...
Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że Nikonow coś do mnie mówi.
– Tak?
– Jak długo to trwało?
– Dobę.
– Trochę krótko – mruknął. – Z drugiej strony, jeśli łączyło się to z jakimiś emocjami...
Moja mina musiała mu zdradzić, że sprawa łączyła się – a jakże! – z emocjami.
– Mózg pozbawiony normalnych bodźców stara się je zastąpić, sam wytwarza złudzenia dźwięku, wizje. Jest mu to potrzebne do prawidłowego funkcjonowania – kontynuował.
– Ale to... pozbawienie bodźców miało miejsce dawno temu!
– Nie szkodzi. Jakiekolwiek głębsze emocje mogły spowodować powrót anormalnej aktywności mózgu.
– Ale te wizje się spełniały co do joty!
Nikonow oddalił moje zastrzeżenie lekceważącym gestem.
– A jak myślicie, co to takiego intuicja? Skąd się biorą przeczucia? Nasz umysł nieustannie odbiera tysiące sygnałów, większość z nich na poziomie podświadomości: dźwięki, zapachy, gesty. Dlaczego czasem bez żadnego logicznego wytłumaczenia jesteśmy o czymś przekonani? Ot, wracamy do domu, w progu wita nas z uśmiechem żona, rzuca się na szyję. A my od razu wiemy, że zdradziła, suka. Z całkowitą, stuprocentową pewnością. Może to zapach jej skóry, inny niż normalnie, po tym jak gziła się z obcym samcem? Może jakiś gest? Nerwowy tik? Uśmiech o ułamek milimetra szerszy, niż powinien być? W gruncie rzeczy na poziomie biologii jesteśmy zwierzętami, majorze Razumowski. Każdemu z nas bliska jest rola łowcy i ofiary. Są chwile, kiedy nasze zmysły działają ze wzmożoną, niedostępną nam na co dzień sprawnością. I wówczas właśnie otrzymujemy sygnał. Dochodzi do nas z głębokiej, ciemnej otchłani podświadomości, z pominięciem logiki. I informuje o zagrożeniu...
– W takim razie co ze mną? Co z moim zdrowiem?
– Nic wam nie dolega – wzruszył ramionami Nikonow. – Jeśli chcecie, zrobię wam jutro dodatkowe badania: morfologię, rentgen. Chociaż nie spodziewam się niczego nadzwyczajnego. I wy także się nie spodziewajcie.
– No dobrze – westchnąłem. – Miałbym jeszcze jedną prośbę, doktorze.
– Tak?
– Znacie łacinę, prawda?
Nikonow spojrzał na mnie zaskoczony, najwyraźniej do tej pory żołnierze Armii Czerwonej nie zamęczali go pytaniami o języki obce...
– Owszem – przyznał ostrożnie. – Na tyle, ile powinien znać ją lekarz.
– A francuski?
– O co wam chodzi? – Zmarszczył brwi wyraźnie zaniepokojony.
– Jesteście podejrzewani, doktorze, o szpiegostwo na rzecz Cesarstwa Rzymskiego! – odburknąłem zniecierpliwiony. – Moglibyście odpowiedzieć na moje pytanie?
– Nie zdziwiłbym się, gdyby rzeczywiście mnie o to oskarżono – odciął się Nikonow. – Słyszałem już o dziwniejszych rzeczach.
– No więc?
– Znam ten język. Moja babka była Francuzką.
– Macie może jakieś... słowniki?
– Mam. To nie jest zabronione. Przynajmniej na razie...
Pominąłem milczeniem niespecjalnie śmieszny dowcip lekarza.
– Mógłbym je od was pożyczyć? Na jakieś dwa tygodnie?
– Oczywiście. Dam je wam jutro, w klinice.
– Podobno możecie zajmować się tylko sekcjami zwłok. A zachowujecie się tak, jakby możliwość przeprowadzenia tych testów, podobnie jak fakt, że będziecie dobrze widziani w klinice, były oczywiste?
Przez chwilę Nikonow wyglądał na zmieszanego.
– Jak by wam to powiedzieć... – zaczął niepewnie. – Jeśli chodzi o poziom przedrewolucyjnego i obecnego wykształcenia medycznego, istnieją pewne... różnice. Moi młodsi koledzy świetnie zdają sobie z nich sprawę. I dość często proszą mnie o konsultacje. Zatem jeżeli ja potrzebuję przysługi... – zawiesił znacząco głos.
No tak, teraz wszystko było jasne: kołczakowiec nie kołczakowiec, w środowisku medycznym Nikonow nadal cieszył się uznaniem. No i dobrze, ten fakt jakoś podniósł mnie na duchu. Może doktor ma rację i tak naprawdę nic mi nie jest? Bo na myśl, że moje wizje mogą mieć coś wspólnego z wydarzeniami w Leningradzie, biły na mnie zimne poty. Nie chciałem skończyć, polując na serca mieszkańców Moskwy...
– Jeśli chodzi o tłumaczenie jakiegoś tekstu, może mógłbym pomóc? – zaproponował Nikonow, wracając do tematu.
– Dziękuję, sam dam radę.
– Jak sobie życzycie, majorze.
Pewnie, że mógłbyś pomóc, pomyślałem. Tylko że ja nie mogę ci pokazać tego tekstu. A najwyższy czas spróbować dowiedzieć się czegoś więcej o „świętej chorobie”. Do archiwum wojennoj razwiedki powędrował oryginał, fotokopie dokumentu zatrzymałem dla siebie. Problem polegał na tym, że choć uczyłem się i łaciny, i francuskiego, moje umiejętności w tym zakresie były co najwyżej mierne. Gdyby żył Saszka Riumin... Tak, wiedziałem o wspomnianej przez Nikonowa różnicy poziomów. Wiedziałem też, że w mieszkaniu Saszki znalazłbym potrzebne mi słowniki. Ale wtedy musiałbym spojrzeć w oczy żonie kapitana Riumina... Lepiej pożyczyć je od Nikonowa. Bo i z biblioteką lepiej nie ryzykować; a nuż jakaś bibliotekarka komsomołka doniesie gdzie trzeba, że niejaki major Razumowski studiuje obce języki... Tak, zostaje tylko Nikonow.
– Zatem do jutra, doktorze – pożegnałem się uprzejmie.
– Gospodin major – skłonił się lekko Nikonow.
– Gospoda oficery... – zagaiłem odprawę.
Urwałem, widząc płonące wściekłością oczy Wiery. Dziewczyna nie przyjęła najlepiej wiadomości, że została wyłączona ze śledztwa. Cóż, panna Turkuł była dobrym żołnierzem, ale jeśli chodzi o subordynację, musiała się jeszcze wiele nauczyć. Wezwałem ją wraz z chłopakami, pragnąc osłodzić to rozczarowanie. Zaczynałem pojmować, że nie podjąłem chyba najmądrzejszej decyzji.
– Gospoda oficery...
– ...spasjom Impieratora – zaproponował Drozd.
Ryknęliśmy śmiechem, panna Turkuł próbowała utrzymać powagę, ale i ona w końcu zachichotała. Rzeczywiście, chyba zbyt długo miałem do czynienia z osobami pokroju Nikonowa, jeszcze trochę i nie tylko zacznę używać zwrotu „panowie” zamiast „towarzysze”, ale i zamienię radzieckie pagony na carskie epolety...
– Niestety, trochę się spóźniliście z tą ofertą, dorogoj graf – odpowiedziałem. – No dobra, cisza już, cisza. – Uniosłem ostrzegawczo dłoń.