Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
— Kardynał! — zawołała pani Bonacieux — widziałeś kardynała?
— Wezwał mnie — odparł dumnie kramarz.
— I poszedłeś do niego, nieostrożny człowieku!
— Muszę powiedzieć, ze nie miałem wyboru, znajdowałem się bowiem między dwoma strażnikami. Co prawda, ponieważ nie znałem wówczas Jego Eminencji, byłbym zachwycony, gdybym mógł tej wizyty uniknąć.
— Źle cię więc potraktował, groził ci?
— Wyciągnął do mnie rękę i nazwał mnie swym przyjacielem — swym przyjacielem! Słyszysz, żono? Jestem przyjacielem wielkiego kardynała!
— Wielkiego kardynała!
— Czyżbyś mu przypadkiem odmawiała prawa do tego tytułu?
— Nie odmawiam mu niczego, ale powiadam ci, że fawor ministra jest rzeczą przelotną i trzeba być szalonym, by przywiązywać się do ministrów; są większe potęgi, które nie wspierają się na kaprysie ani na przypadkach, i z tymi potęgami należy się łączyć.
— Przykro mi bardzo, żono, ale nie znam większej potęgi nad potęgę wielkiego człowieka, któremu mam zaszczyt służyć.
— Służysz kardynałowi?
— Tak, i jako jego sługa nie pozwolę, byś brała udział w spiskach przeciw bezpieczeństwu ojczyzny i była narzędziem w rękach kobiety, która nie jest Francuzką i ma serce hiszpańskie. Na szczęście wielki kardynał czuwa nad wszystkimi i wie wszystko.
Bonacieux powtarzał słowo po słowie zdanie, zasłyszane od hrabiego Rocheforta; ale biedna kobieta, która liczyła na swego męża i w tej myśli zaręczyła za niego królowej, zadrżała widząc niebezpieczeństwo, jakiego uniknęła, i własną niemoc. Jednakże znając słabość; a przede wszystkim chciwość swego męża, nie traciła nadziei, iż osiągnie swój cel.
— Ach, więc jesteś stronnikiem kardynała, mój panie! — zawołała. — Więc służysz partii tych, co prześladują twoją żonę i znieważają twoją królową!
— Sprawy osobiste nie znaczą nic wobec spraw publicznych. Jestem po stronie tych, którzy ratują Państwo — rzekł z emfazą Bonacieux.
Był to inny frazes hrabiego Rocheforta, który Bonacieux zapamiętał sobie i uznał za stosowne w tej chwili przytoczyć.
— A wiesz, co to jest państwo, o którym mówisz? — rzekła pani Bonacieux wzruszając ramionami. — Niech ci wystarczy, że jesteś zwykłym mieszczaninem, i idź z tymi, którzy mogą ci zapewnić większe korzyści.
— Ho, ho — rzekł Bonacieux uderzając ręką po pękatej sakiewce, która wydała dźwięk metaliczny — a co powiesz na to, pani kaznodziejko?
— Skąd masz te pieniądze?
— Nie domyślasz się?
— Od kardynała?
— Od niego i mego przyjaciela, hrabiego Rocheforta.
— Hrabiego Rocheforta? Ależ to on właśnie mnie porwał!
— To być może, żono.
— I bierzesz pieniądze od tego człowieka?
— A czy sama nie powiedziałaś mi, że porwanie miało charakter ściśle polityczny?
— Tak, ale porwano mnie po to, bym zdradziła moją dostojną panią, bym na torturach uczyniła wyznania, które mogą splamić jej honor, a nawet narazić jej życie.
— Żono — podjął Bonacieux — twoja dostojna pani jest przewrotną Hiszpanką i kardynał postąpił słusznie.
— Mężu — rzekła młoda kobieta — wiedziałam, że jesteś tchórzem, skąpcem i głupcem, ale nie wiedziałam, że jesteś niegodziwcem!
— Żono — powiedział Bonacieux, który nigdy nie widział pani Bonacieux w gniewie i chciał uniknąć kłótni małżeńskiej — żono, co mówisz?
— Mówię, że jesteś nędznikiem! — ciągnęła pani Bonacieux, która zauważyła, że słowa jej zaczynają wywierać wpływ na męża. — Ach, więc zajmujesz się polityką! I to na domiar polityką kardynalską! Sprzedajesz za pieniądze dało i duszę diabłu.
— Nie diabłu, ale kardynałowi.
— To jedno i to samo! — zawołała młoda kobieta. — Kto mówi: Richelieu, mówi: Szatan.
— Zamilknij, zamilknij, mogą cię słyszeć.
— Tak, masz rację, wstydziłabym się za ciebie.
— Ale czego żądasz ode mnie? Powiedz!
— Powiedziałam już: byś wyjechał natychmiast i wykonał lojalnie zadanie, którym cię zaszczycam; pod tym warunkiem zapomnę o wszystkim i wybaczę; więcej — wyciągnęła rękę — zwrócę ci moją przyjaźń.
Bonacieux był tchórzem i skąpcem, ale kochał swoją żonę: poczuł wzruszenie.
Mężczyzna pięćdziesięcioletni nie może długo żywić urazy do kobiety mającej dwadzieścia trzy lata.
Widząc, że się waha, pani Bonacieux rzekła:
— A więc postanowiłeś?
— Ależ, moja kochasiu, zastanów się, czego ode mnie żądasz! Londyn jest daleko od Paryża, bardzo daleko, i może to zadanie jest niebezpieczne.
— Cóż z tego, jeśli unikniesz niebezpieczeństwa!
— Wysłuchaj mnie, żono — rzekł kramarz — odmawiam stanowczo: boję się intryg. Byłem w Bastylii, brrr, jaka jest okropna! Na samą myśl o tym od razu dostaję gęsiej skórki. Grożono mi torturami. Czy wiesz, co to są tortury? Pakują ci między nogi drewniane koły, aż kości pękają! Nie, stanowczo nie jadę. Do licha, czemu nie jedziesz sama? Doprawdy, zdaje się, że myliłem się dotychczas: ty jesteś mężczyzną, i to najbardziej zawziętym!
— A ty jesteś babą, nędzną babą, głupią i nikczemną. Ach, więc się boisz! Dobrze więc, jeśli nie wyruszysz natychmiast, zostaniesz aresztowany na rozkaz królowej i każę cię wtrącić do tej Bastylii, której się tak obawiasz.
Bonacieux zamyślił się głęboko; ważył w skupieniu dwa zagrażające mu gniewy, gniew kardynała i gniew królowej; gniew kardynała przeraził go bez porównania bardziej.
— Każ mnie aresztować na rozkaz królowej, a ja odwołam się do Jego Eminencji.
Pani Bonacieux zrozumiała nagle, że posunęła się zbyt daleko, i przeraziła się. Spoglądała przez chwilę z trwogą na tę tępą twarz, na której malowała się niezłomna decyzja, decyzja przerażonego głupca.
— Dobrze więc, dosyć tego! — rzekła. — Być może zresztą, masz rację: mężczyzna lepiej zna się na polityce od kobiety, zwłaszcza zaś ty, mężu, coś rozmawiał z kardynałem. Jednakże ciężko to znieść — dodała — że mój mąż, człowiek, na którego uczucie, zdawało się, mogłam liczyć, odnosi się do mnie tak niełaskawie i nie chce zaspokoić moich fantazji.
— Ponieważ twoje fantazje mogą zaprowadzić zbyt daleko — odparł Bonacieux z triumfem — mam się przed nimi na baczności.
— Ustępuję więc — rzekła młoda kobieta z westchnieniem — nie mówmy już o tym.
— Gdybyś mi choć powiedziała, co mam robić w Londynie — podjął Bonacieux, przypomniawszy sobie trochę za późno, że Rochefort polecił mu poznać tajemnice żony.
— To ci zgoła niepotrzebne — powiedziała młoda kobieta, której jakaś instynktowna nieufność nakazywała teraz się cofać — chodzi o drobnostkę, zwykły kaprys kobiecy, o sprawunek, na którym można by dobrze zarobić.
Ale im bardziej broniła się młoda kobieta, tym bardziej Bonacieux nabierał przekonania, że sekret, którego nie chciała mu zwierzyć, ma wielkie znaczenie.
Postanowił więc natychmiast biec do hrabiego de Rochefort i powiedzieć mu, że królowa szuka posłańca do Londynu.
— Przepraszam, ale muszę cię opuścić, droga żono — powiedział — nie wiedząc bowiem, że przyjdziesz, umówiłem się z przyjacielem; wrócę zaraz i jeśli zechcesz poczekać na mnie pół godziny, przyjdę tu po ciebie, gdy tylko skończę rozmowę, i odprowadzę cię do Luwru, zaczyna się bowiem ściemniać.
— Dziękuję ci, mężu — odparła pani Bonacieux — nie jesteś dość dzielny, by pomóc mi w czymkolwiek, wrócę do Luwru sama.