Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Серия: Ludzie jak bogowie #1
- Год: 1972
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]». Краткое содержание книги:
— Gwiazdoloty znów nas popędzają! — powiedział Leonid. — Zabieramy skrzynkę i odlatujemy.
12
Droga do gwiazdolotu zabrała nam kilka minut. Kiedy planetolot zniknął we wnętrzu „Pożeracza Przestrzeni”, oba statki szybko oddaliły się od Sigmy. Twarz Wiery zapuchła od płaczu. O nic nas nie pytała, gdyż widziała na ekranie naszą walkę z niewidzialnymi. Zapytałem, czemu zakazano nam dalszych poszukiwań. Musiało się wydarzyć coś okropnego, skoro porzuciliśmy Andre na pastwę losu!
— Przestrzeń pełna jest zakłóceń grawitacyjnych odpowiedziała Wiera. — Deszyfratory przechwyciły grawigram niewidzialnych. Na szczęście złamaliśmy ich kod i odczytaliśmy tę wiadomość. Sądząc z doniesienia, Andre na planecie już nie ma. „Wzięliśmy jednego kamiennopalczastego. Niszczyciel numer sto trzydzieści zginął. Wycofujemy się do bazy. Możliwe są wszelkie niespodzianki. Natychmiast zabierzcie nas. Pora już skończyć z planetą”.
Wszyscy członkowie załogi wolni od wachty byli w sali obserwacyjnej. Obok mnie usiadła Wiera. Milczeliśmy czekając na nowe wiadomości. Potem przysiadła się do nas Olga, która przekazała dowództwo Leonidowi na czas jego wachty.
— Eli, kochany — powiedziała Olga. — Wszyscy cierpimy. Taka okropna śmierć…
— Porwanie — odparłem. — Andre nie zginął, lecz został porwany. Zapamiętaj to, Olgo.
Olga nic na to nie odparła. Ja również nie chciałem nic mówić. Słowa nie mogły pomóc ani pocieszyć. Nie wiedzieliśmy przecież rzeczy najważniejszej: gdzie jest Andre! Może gdzieś w pobliżu, niewidzialny i niedostępny? Zacisnąłem zęby z wściekłości i rozpaczy.
— Uspokój się, Eli — powiedziała Wiera. — Nie trzeba tak rozpaczać.
I wtedy pojawiła się kula Niszczycieli. Pojawiła się dokładnie tak, jak to opisywali kosmonauci z „Mendelejewa”. Wyskoczyła z niebytu i zwalniając stopniowo bieg pomknęła ku powierzchni Sigmy. Wstrzymaliśmy oddech i nie odrywaliśmy od niej wzroku.
— Co oni robią! — wykrzyknęła po chwili Wiera. — Musimy im przeszkodzić, to potworne!
Kula leciała teraz nad powierzchnią Sigmy. Nikt nie zauważył, kiedy jej lot przekształcił się w grawitacyjny atak na planetę. Wszystko, co się na niej znajdowało miasta, lasy, równiny — nagle poderwało się do góry, jakby przeorane gigantycznym pługiem. Na Sigmie podnosiła się ogromna fala przypływowa, z tym tylko, że nie była to fala oceaniczna, lecz fala twardej masy planetarnej, skał i gruntu. Ciężkie chmury pyłu zasnuły unicestwianą planetę. Żaden wybuch wulkanu, żadna eksplozja atomowa nie spowodowałaby takich potwornych zniszczeń, jak jeden oblot groźnej kuli wokół planety. Musi minąć wiele tysięcy lat, zanim Sigma znów będzie nadawać się do życia.
Krążownik wroga skrył się za krawędzią Sigmy i przeorywał z kolei jej odwrotną stronę.
— Leonidzie! — krzyczała Wiera. — Żądam interwencji!… Zatrzymaj ich siłą!
— Nie! — krzyknąłem. — Nie, Wiero! Na Sigmie nie ma już życia, a w kuli lub w jej pobliżu jest Andre. Nie wszystko jeszcze stracone i możemy go uratować!
— Zresztą już za późno na pomoc dla Sigmy — dorzucił Leonid. — Nie spodziewaliśmy się, że ich statek jest zdolny do podobnych działań. Niewykluczone, że z nami spróbują postąpić tak samo.
— Jesteście gotowi do odparcia ataku? — spytała Wiera, która zdołała się opanować.
— Gotowi. Allan donosi, że jego anihilatory czekają tylko na rozkaz. Atak na nas nie wyjdzie bandycie na zdrowie.
— Jeżeli trzeba będzie walczyć, pamiętajcie, że na tamtym statku jest Andre.
Statek wrogów wynurzył się zza tarczy Sigmy i już kładł się w powrotny kurs, kiedy nas zauważył. Natychmiast zawrócił i począł się do nas zbliżać. Leonid i Allan uruchomili anihilatory masy. Substancja aktywna zamieniła się w przestrzeń. Ani Allan, ani Leonid z ostrożności nie włączyli otaczających nas ciał kosmicznych do reakcji rozkładu masy. Nie było to na razie potrzebne, bo wrogi krążownik, lecący z szybkością niemal świetlną, nie zbliżał się do nas nawet o kilometr. Wytwarzaliśmy taką ilość pustki kosmicznej, że nie zdołał się przez nią przebić. Mogło się pozornie wydawać, że nasze statki dysponujące przewagą szybkości uciekały co sił przed pościgiem. Jeżeli Niszczyciele sami nie opanowali techniki anihilacji substancji, to nie mogli się domyślić, iż w rzeczywistości nie zamierzaliśmy nawet ruszać z miejsca.
MUK rozszyfrował grawigram krążownika: „Widzę obcy statek. Nie mogę się do niego zbliżyć. Atakować z wielkiej odległości nie mogę. Przechodzę w nadświetlną, aby wejść w stożek ciosu”.
— Przechodzą w nadświetlną! — krzyknęła Wiera. — Niech przechodzą — odezwał się Leonid. — Im szybciej rwą się ku nam, tym energiczniej ich odrzucamy. Na razie nie widzę zbytniego niebezpieczeństwa.
Nie podzielałem optymizmu Leonida. Krążownik po przejściu do obszaru nadświetlnego stał się nie tylko niewidoczny, lecz również umknął spod naszej kontroli. Nie wiedząc, o ile wyprzedza światło, nie mogliśmy być pewni skuteczności obrony anihilacyjnej. Statek Zływrogów mógł się przebić w takiej sytuacji przez tarczę nieustannie generowanej pustki.
Leonid mnie uspokoił:
— Odrzucimy go, nawet nie wiedząc, gdzie się znajduje. A jeżeli się zbliży, zdążymy zawsze realnie uciec nie wdając się w walkę.
Wkrótce Niszczyciele pojęli, że niczego nie osiągną, i po zahamowaniu znów stali się widzialni. MUK rozszyfrował kolejny meldunek:
„Atak się nie powiódł. Zabieram bazę ekranowanych i wracam do eksadry”.
Zaraz po tym krążownik zniknął równie nagle, jak się pojawił. Razem z nim zniknęła ostatnia nadzieja na wyzwolenie Andre, który unoszony przez kosmicznych zbójców mknął do wnętrza Plejad, gdzie stacjonowała ich eskadra. Jeżeli naturalnie jeszcze żył…
13
Byłem tak zmęczony, że zasnąłem w fotelu. Przyśnił mi się Andre i obudziłem się z krzykiem. Oba gwiazdoloty szły w obszarze nadświetlnym kursem niewidzialnej kuli. Dowiedziałem się, że postanowiono odszukać tajemniczą eskadrę wrogów, a po jej wykryciu działać zależnie od okoliczności. Przemyślawszy wszystko, z ciężkim sercem uświadomiłem sobie, że nie ma prawie szans na uratowanie Andre.
Po zniknięciu Andre cała jego praca przypadła na mnie. Razem z Lusinem cały ranek spędziliśmy na badaniu szczątków obu wrogów i rozszyfrowywaniu nagrań prądów mózgowych sześcioskrzydłych. W południe ostatni mieszkaniec nieszczęsnej Sigmy zmarł. Umieściliśmy jego zwłoki w środowisku konserwującym, aby przywieźć je na Ziemię w nienaruszonym stanie. Pracowałem z pasją, ale czasami dosłownie sztywniałem gubiąc myśli i tracąc orientację. Wówczas Lusin delikatnie pociągał mnie za rękaw lub gładził po ramieniu. Jego przyjazne współczucie wracało mi siły.
W przerwie odwiedziliśmy Truba. Anioł popłakiwał i wycierał oczy szczątkami skrzydeł. Przeżywał nasze wspólne nieszczęście otwarcie, nie kryjąc się z tym tak jak my.
— Czy nasi wczorajsi przeciwnicy podobni są do tych, którzy zwalczali Galaktów przebywających niegdyś na waszej planecie? — zapytałem.
— Od razu pojąłem, że to oni. Od razu, od razu… — odparł i cały się najeżył. Poruszał się z trudem, ale sprawiał wrażenie gotowego do nowego boju.
— Bitwy jeszcze będą — pocieszyłem go. — Wątpię, aby ludzkość mogła współistnieć z tymi potworami. Musisz się teraz leczyć, aby nabrać sił do walki. Zgodnie z prognozą skrzydła ci odrosną lepsze od starych.
— Stoimy? — zapytał. — Gdzie jesteśmy?