Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Meduza: Tygrys w opałach [Medusa: A Tiger by the Tail - pl]
Meduza: Tygrys w opałach [Medusa: A Tiger by the Tail - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Meduza: Tygrys w opałach [Medusa: A Tiger by the Tail - pl]

Электронная книга - «Meduza: Tygrys w opałach [Medusa: A Tiger by the Tail - pl]». Краткое содержание книги:

Umysły czterech kryminalistów zastąpiony umysłem najlepszego agenta Konfederacji. Agenci wysłani na Lilith, Cerbera i Charona odnieśli sukces. Wyrafinowany plan Konfederacji zaczął przynosić efekty.
Tarin Bul wylądował na Meduzie.
Na tej mroźnej planecie szybko dołączył do miejscowych konspiratorów, którzy zamierzali obalić znienawidzonego Lorda Talanta Ypsira; cel buntowników doskonale mu odpowiadał. Jednak połączenie, jakie stanowili obcy i tajna moc Ypsira, okazała się ponad jego siły.
Do akcji wkroczył Agent Bez Imienia, nadzorujący wszystkich czterech wysłaninników. Był zmuszony wykazać się swoimi nadzwyczajnymi umiejętnościami, gdyż wszystko sprzysięgło się przeciw niemu.
W czwartej ostatniej księdze ekscytującej tetralogii Jack Chalker doprowadza do dramatycznego zakończenia epicką konfrontację pomiędzy potężną Konfederacją a małymi — ale równie potężnymi — światami Rombu Wardena.
1 ... 47 48 49 50 51 52 53 54 55 ... 94
Перейти на страницу:

A na szczycie głowy mają ogromne paszcze…

Po tym moim niezdarnym cięciu mieczem zaprzestały jednak zabawy. Najwidoczniej nie zamierzały podejmować żadnego ryzyka teraz, kiedy wstrząśnięto nieco ich pewnością siebie. To wycie mogło być co prawda dla nich jedynie normalnym krzykiem bólu, jednak przetłumaczone na język ludzki oznaczało coś bardzo jednoznacznego: nie znoszą żadnych skaleczeń.

Ataki stały się znacznie ostrożniejsze i o wiele rzadsze i dzięki temu łatwiej się było przed nimi obronić. Tymczasem i śnieg wydawał się przerzedzać. Zobaczyliśmy, że znajdujemy się już bardzo blisko podnóża góry. Z okrzykiem ruszyliśmy ku niej biegiem, co prawda ryzykując bardziej, ale biegliśmy ostrożnie i zygzakiem, zmniejszając tym samym szansę tych stworzeń na planowany atak. Poza tym lód był tu już grubszy i wspierał się o bok góry, a to utrudniało ewentualny pościg. Zastanawiałem się, czy te stwory potrafią się poruszać na lądzie, i doszedłem do wniosku, że jest to więcej niż prawdopodobne.

Kiedy ostatnie z nas dotarło już do stałego lądu, choć zlodowaciałe górskie zbocze nie różniło się na oko wyglądem od zamarzniętego morza, wszyscy padliśmy na śnieg wyczerpani fizycznie i psychicznie.

— Nareszcie bezpieczni! — Westchnęła Ching.

Nagle od strony lodu dobiegł nas brzęczący dźwięk, nieprawdopodobnie głośny i obrzydliwy. Ostrożnie poczołgałem się wraz z Hono w tamtym kierunku, żeby zobaczyć, co jest jego źródłem.

— Łucznicy! — krzyknęła Hono. — One nas gonią!

Całe napięcie psychiczne powróciło, a łucznicy zerwali się na równe nogi i przesunęli w naszym kierunku. Śnieg ciągle padał, ale niewielki, dzięki czemu widoczność wynosiła około kilometra. Widzieliśmy więc, jak cztery z tych stworzeń wznoszą się ponad lód i grupują w jednym miejscu, utrzymując się w powietrzu tak elegancko, jak gdyby były pojazdami na antygrawitony czy też helikopterami.

Dołączyła do nas Ching, a ujrzawszy to co my, aż jęknęła.

— Czy oni używają jakiegoś rodzaju pasów do latania, czy co?

Pokręciłem z podziwem głową.

— Nie sądzę, skarbie. Te dranie mają skrzydła!

— A gdzie są macki? — Zmarszczyła brwi. — Te takie ogromne…?

Hono wyciągnęła ramię.

— Zobacz… ciągle tam są. Tyle że w jakiś sposób wciągnięte do wnętrza głowy i tworzą teraz niepełny pierścień z rogów. Rogów demona!

— Są poza zasięgiem mojego łuku — odezwała się sfrustrowana Quarl. — Zbliżą się czy nie?

— Nie jestem pewna — odparła Hono. — Ale zaczyna mi to działać na nerwy. Wolałabym, żeby się na coś zdecydowały.

— Już się zdecydowały — powiedziałem cicho. — Chcą nam pokazać, do czego są zdolne. Nie przypuszczam, żeby się tu wypuściły… Myślę, że jest to raczej demonstracja, która ma na celu pokazanie nam, że będą tu na nas czekać, kiedy będziemy wracać.

Hono kręciła z podziwem głową.

— Jakie stworzenia mogą być aż tak wariackie? Po części stworzenia morskie, częściowo latające i pełzające insekty; a to, co tam zwisa, to macka czy ogon?

— Są tym wszystkim po trosze i jeszcze pewnie czymś więcej — odparłem. — Są istotami żywymi, oddychającymi i myślącymi, a wyglądają tak, jakby je stworzyła jakaś komisja po to tylko, by mogły przetrwać w każdym środowisku, przy każdej pogodzie, w każdych warunkach klimatycznych; na każdym lądzie i w każdym morzu. Podejrzewam, że mogłyby żyć na każdej ze znanych mi planet, w znanym mi dość szerokim zakresie temperatury i rodzajów atmosfery. Czuję przed nimi lęk jak cholera.

— To nie są żadne demony — oznajmiła Hono spokojnym głosem, całkowicie mnie zaskakując. — Nie wiem, czym są, ale nie są demonami.

— Tu masz bez wątpienia rację. — Skinąłem głową. — Są inteligentną, pełną niespodzianek, mądrą rasą gdzieś z głębi kosmosu.

Ching przyglądała mi się z miną wyrażającą mieszaninę szoku i zdziwienia.

— To są więc owi obcy, o których opowiadałeś?

— Przynajmniej niektórzy z nich. Przypuszczam, iż ci są celowo hodowani dla takich właśnie celów. Produkowani, by przetrwać w tutejszych warunkach i zabić każdego, kto tylko się nawinie. Jeśli my potrafimy korzystać z inżynierii genetycznej, to nie ma powodów, by oni nie mogli pójść o jeden krok dalej.

— Ale wtedy mieliby przecież tę miastową broń albo coś jeszcze gorszego — zauważył Sitzter. — Jeśli mają coś takiego, to dlaczego po prostu nie rozwalą nas na odległość?

Sam się nad tym zastanawiałem. Przecież takie narażanie się na niebezpieczeństwo bez wsparcia jakichś odpowiedników naszych pistoletów laserowych czy czegoś takiego, co mogłoby nas załatwić w jednej chwili, nie miało najmniejszego sensu.

— Być może… wiem, że to zabrzmi idiotycznie, ale być może tych rzeczy nie wolno im tu używać — zasugerowałem. — Wygląda na to, że z jakichś powodów nie chcą też zbliżać się do samej góry, i dlatego uważam, że jesteśmy tu bezpieczni… W każdym razie aż do podróży powrotnej. — Odwróciłem się i popatrzyłem na imponującą Górę Boga całą niemal pokrytą w tej chwili chmurami. — To może w takim razie sprawdzimy, dlaczego ta góra jest taka niezwykła?

Hono uśmiechnęła się.

— Dlaczego nie, skoro już tutaj jesteśmy?

Wspinaliśmy się zboczem, oddalając się od obcych i wkrótce brzęczenie przycichło, a potem zupełnie umilkło. Nie wiem, co zamierzali zrobić moi współtowarzysze, ja jednak zdecydowanie nabrałem szacunku dla tych członków Wolnych Plemion, którzy tutaj kiedyś dotarli i stąd powrócili. Nie dziwota, że zostali potem we własnych plemionach otoczonymi szacunkiem kapłanami i szamanami.

Instrukcje dotyczące zachowania się po dotarciu do świętej góry były dość niejasne — wspiąć się na pewną odległość od terenów płaskich, spędzić tam jedną noc i… to właściwie wszystko.

Straciliśmy niemal cały ekwipunek, z wyjątkiem broni i wykonanych z włosia zwierzęcego ubrań i butów połączonych z rakietami śnieżnymi. Te ostatnie musieliśmy teraz zdjąć, by ułatwić sobie wspinaczkę. Po niecałych dwóch godzinach dotarliśmy do niewielkiego, w miarę płaskiego kawałka zbocza, gdzie obnażona skała była ciemniejsza i wyglądała na znacznie bogatszą w minerały niż inne tego typu skały na Meduzie. Przewieszka skalna powyżej dawała pewną osłonę, przy założeniu, że leżący na niej śnieg pozostanie niewzruszony, i miejsce to wyglądało na odpowiednie do rozbicia obozu. Wiatr się wzmógł, śnieg zaczął ponownie gęstnieć, nie było więc sensu posuwać się dalej, skoro do zmierzchu pozostało już niewiele czasu. Rozejrzeliśmy się jednak dokładnie po naszej malutkiej fortecy i stwierdziliśmy, że nie jesteśmy pierwszymi, którzy tu biwakują. Na fragmentach odkrytej skały odkryliśmy na przykład jakieś wyżłobione wzory, jakiegoś rodzaju petroglify, z których większość była jednak tak zniszczona, że nie można było z nich nic odczytać.

Ching zafascynowana oglądała te rysunki.

— Jak sądzisz… czym je wyrzeźbiono? Linie są tak głębokie i równe, iż robią wrażenie, jak gdyby wykonano je jakąś bronią czy też za pomocą maszyny.

Skinąłem głową, ale nie potrafiłem jej odpowiedzieć.

Petroglify zajęły nas przez jakąś godzinę. Tymczasem wiatr znacznie się wzmógł, wokół rozpętała się śnieżna zawieja i zaczęło się ściemniać. Nasza ocalała ósemka zbiła się w gromadkę, nie po to jednak, by rozmawiać, ale dla dodania sobie otuchy.

— Wiesz, myślałam sobie o tych obcych — powiedziała Ching, przytulając się do mnie.

1 ... 47 48 49 50 51 52 53 54 55 ... 94
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)