Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Meduza: Tygrys w opałach [Medusa: A Tiger by the Tail - pl]
Meduza: Tygrys w opałach [Medusa: A Tiger by the Tail - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Meduza: Tygrys w opałach [Medusa: A Tiger by the Tail - pl]

Электронная книга - «Meduza: Tygrys w opałach [Medusa: A Tiger by the Tail - pl]». Краткое содержание книги:

Umysły czterech kryminalistów zastąpiony umysłem najlepszego agenta Konfederacji. Agenci wysłani na Lilith, Cerbera i Charona odnieśli sukces. Wyrafinowany plan Konfederacji zaczął przynosić efekty.
Tarin Bul wylądował na Meduzie.
Na tej mroźnej planecie szybko dołączył do miejscowych konspiratorów, którzy zamierzali obalić znienawidzonego Lorda Talanta Ypsira; cel buntowników doskonale mu odpowiadał. Jednak połączenie, jakie stanowili obcy i tajna moc Ypsira, okazała się ponad jego siły.
Do akcji wkroczył Agent Bez Imienia, nadzorujący wszystkich czterech wysłaninników. Był zmuszony wykazać się swoimi nadzwyczajnymi umiejętnościami, gdyż wszystko sprzysięgło się przeciw niemu.
W czwartej ostatniej księdze ekscytującej tetralogii Jack Chalker doprowadza do dramatycznego zakończenia epicką konfrontację pomiędzy potężną Konfederacją a małymi — ale równie potężnymi — światami Rombu Wardena.
1 ... 49 50 51 52 53 54 55 56 57 ... 94
Перейти на страницу:

— Ale myśli i obrazy były takie dziwne… Skinąłem głową.

— Dlatego właśnie nazywamy ich obcymi. Znaleźliśmy się w umyśle tak różnym od naszego własnego, mającego z naszym tak niewiele wspólnych cech, że mogliśmy co prawda słyszeć się nawzajem, być może nawet być siebie nawzajem świadomi, ale jednak nie mogliśmy nawiązać prawdziwej łączności. Gdybyście urodziły się niewidome, a potem pokazano by wam przez chwilę zdjęcie lasu zrobione z lotu ptaka, nie wyjaśniając, z czym macie do czynienia, byłoby to przeżycie zbliżone do tego, którego tutaj doświadczyliśmy.

— A jak… czujemy się… teraz?

— W jakiś sposób ta łączność uwrażliwiła nas na organizmy Wardena. Kiedy doszło do kontaktu z tamtym umysłem, działo się to w jakiś sposób za pośrednictwem „wardenków”. A kiedy ten kontakt zerwaliśmy, nasze mózgi nauczyły się już, jak podtrzymywać kontakt z tymi „wardenkami”, które znajdują się w naszych ciałach. Skarbie, my nie zmieniliśmy się ani trochę. Wszyscy na Meduzie są właśnie tacy. My tylko należymy do tej nielicznej grupy, która jest tego świadoma.

— Hej, Tari! Spójrz na mnie! — zawołała Hono. Obróciliśmy się i aż oniemieliśmy z zachwytu. Nie zobaczyliśmy bowiem Hono, a tylko piękną, majestatyczną boginię, uosobienie wdzięku, piękna i siły… ujrzeliśmy anioła. — Właśnie to sobie wyobraziłam i przekazałam swemu ciału ten obraz… i to się stało!

Tak po prostu, pomyślałem sobie. Tak po prostu.

Resztę ranka spędziliśmy na eksperymentowaniu i odkryliśmy, że niewiele jest rzeczy, których nie możemy zrobić, jeśli tylko mamy taką wolę. Włosy pojawiały się i znikały, płeć ulegała zmianie w tę i z powrotem, a cały ten proces przypominał film w zwolnionym tempie. Stawałeś się tym, kim chciałeś być, a obecni mogli obserwować przebieg tych zmian. W pewnym sensie przypominało to nowy gatunek sztuki. Nawet masa wydawała się nieważna; „war — denki” nie tylko słuchały poleceń, ale potrafiły w razie potrzeby zmniejszać rozmiary czy tworzyć nowe komórki z energii. Oczywiście łatwiej było tworzyć dodatkową materię niż jej się pozbywać, ponieważ pozbycie się masy było bardzo bolesne, dla niektórych jednak ta cena nie była za wysoka.

Ponieważ dokonanie takich zmian wymagało olbrzymiej wiedzy z biologii, biofizyki, biochemii i tak dalej, wiedzy, której żadne z nas nie posiadało, stało się dla nas oczywiste, iż „wardenki” przekładały wizje psychiczne na rzeczywistość, korzystając z ogromnej wiedzy, która znajdowała się gdzieś poza nami. Ale gdzie? — zastanawiałem się. Musiał gdzieś istnieć jakiś ogromny i bardzo szybki komputer, który dostarczał informacji tym naszym stworzonkom. Po prostu musiał.

Czy to, z czym połączyliśmy się ubiegłej nocy, nie było przypadkiem takim właśnie komputerem? Komputerem obcych, którego program byłby dla nas tak niezrozumiały i tak skomplikowany, że on sam robiłby na nas wrażenie jakiejś boskiej istoty? Nie była to najgorsza teoria i jeśli była w miarę poprawna, to ten komputer musiał się gdzieś tu znajdować. To z kolei oznaczało, że organizm Wardena nie był tworem naturalnym, ale czymś sztucznym, wprowadzonym do środowiska tych czterech światów. A kto, jeśli nie te dranie tam na lodzie, mógł tego dokonać?

Byli więc tutaj, pod wodą — być może z własnego wyboru — wtedy, kiedy pojawiła się pierwsza grupa badawcza. Nie odkryli tego miejsca; byli tutaj od zawsze. Czy to oznaczało, że mogli robić to samo, co my, tyle że znacznie lepiej? Być może dysponowali połączoną mocą wszystkich czterech światów: zmianą kształtów, wymianą ciał czy umysłów, umiejętnością tworzenia i niszczenia samą siłą woli…

Jeśli to jednak było prawdą, to po co im tamte roboty? Po co w ogóle wchodzili w układy z Czterema Lordami, nie wspominając już o ich niejawnej wojnie przeciw Konfederacji? I po co ta zabawa w kotka i myszkę na lodzie?

Czym sprawy stawały się jaśniejsze, tym bardziej wydawały się zagmatwane. Ten problem mnie fascynował i miałem nadzieję spędzić nad nim jeszcze sporo czasu, ale tylko w sensie intelektualnym. Moja przysięga była szczera i to miała być moja ostatnia misja… choć ze wspaniałą nagrodą.

— Rozmawialiśmy z Bogiem i uczynił nas swoimi aniołami! — wołała Quarl z dumą i radością, a inni wydawali się podzielać tę opinię. Tylko bardziej praktyczna Hono, od początku zresztą należąca do wątpiących i posiadająca szersze horyzonty od innych — wykazywała znacznie większą wstrzemięźliwość. Chociaż i ona nie mogła do końca opanować radości wynikającej z posiadania tej mocy, która się przecież okazała tak dobra, jak obiecywano, o ile nie znacznie lepsza.

— Przyszło mi do głowy, że Starsi również tu byli i że oni też otrzymali ten dar — powiedziała do mnie. — Obrzydliwe stare dziady.

Domyśliłem się, co chciała powiedzieć, czyniąc tę ostatnią uwagę, podobna bowiem myśl wpadła także i mnie do głowy. Chociaż umiejętność ta może słabnąć wraz z wiekiem czy z powodu braku regularnych ćwiczeń, to jednak trudno mi było w tym momencie zaakceptować wygląd Starszych jako coś innego niż tylko teatralną fasadę. Inni też wydawali się rozumieć implikacje tej sytuacji, a ja z przyjemnością naskoczyłem na nich.

— Pomyślcie tylko, co to oznacza — ostrzegałem. — Z mocy tej można korzystać wyłącznie w razie konieczności i tylko dla czyjegoś dobra, a nie po to, by straszyć czy zabawiać się kosztem innych. Została wam powierzona święta moc, której nie można przekazać innym. Wszyscy na nią zapracowaliśmy. A teraz musimy powrócić do domu i używać jej mądrze.

To ich nieco otrzeźwiło. Przynajmniej miałem taką nadzieję. Chciałem wyruszyć jak najszybciej, korzystając z reszty dnia. Nowa moc czy nie, nie zamierzałem przemierzać tamtego kawałka lodu po nocy, wiedząc, że nasi przerażający przyjaciele czekają tam na nas; nie chciałem też spędzać jeszcze jednej nocy na tej górze. Następnym razem „połączenie” może być przecież znacznie łatwiejsze i nie należało teraz narażać się na dodatkowe ryzyko, tym bardziej że niektórym spośród nas niewiele już brakowało do pełnego szaleństwa.

— Wobec tego idziemy. — Hono podniosła włócznię z ziemi. Zastanowiłem się przez chwilkę.

— Nie. Może jeszcze nie. Pozwólcie mi wpierw na przeprowadzenie małego eksperymentu. Zbierzcie się na odwagę i nie dziwcie się zbytnio, jeśli mi się nie powiedzie. — Spojrzałem na Ching, puściłem do niej oko, po czym skoncentrowałem się, wykorzystując całą swą długą praktykę w dziedzinie kontroli nad własnym umysłem i auto — hipnozy.

Natychmiast zacząłem się zmieniać. Wiedziałem, że tak się dzieje, widziałem to, czułem to; i już w momencie, kiedy ten proces się rozpoczął, byłem przekonany, że moje przesłanie jest odpowiednie i wystarczające.

Pozostała siódemka, włącznie z Ching, obserwowała w zdumieniu transformację, świadczącą o tym, iż przeczucia mnie nie myliły. Gdzieś w tym wardenowskim komputerze zapisane były również plany wielkiego latającego stworzenia.

— Co to takiego? — zawołało kilka zaniepokojonych osób.

— A skąd niby mam wiedzieć? — zaskrzeczałem w odpowiedzi. — W każdym razie ma to szpony, by móc porwać i rozszarpać ofiarę, i to potrafi latać. Spróbujcie wykorzystać swoje możliwości, stańcie się takimi stworzeniami, jak ja to uczyniłem, i miejcie choć trochę wiary. A potem polecimy nad tą lodowatą pustynią do domu.

Sama ta myśl, jednodniowego, szybkiego lotu zamiast trzydniowego marszu, wystarczyła. Mogłem teraz w innych zobaczyć tę istotę, którą ja sam się stałem. Ogromne, bo ludzkich rozmiarów, czarne ptaki z dziwnie człowieczymi oczyma, z potężnymi łapami zakończonymi zakrzywionymi szponami, zdolnymi porwać i rozerwać ofiarę na strzępy.

1 ... 49 50 51 52 53 54 55 56 57 ... 94
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)