Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Meduza: Tygrys w opałach [Medusa: A Tiger by the Tail - pl]
Meduza: Tygrys w opałach [Medusa: A Tiger by the Tail - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Meduza: Tygrys w opałach [Medusa: A Tiger by the Tail - pl]

Электронная книга - «Meduza: Tygrys w opałach [Medusa: A Tiger by the Tail - pl]». Краткое содержание книги:

Umysły czterech kryminalistów zastąpiony umysłem najlepszego agenta Konfederacji. Agenci wysłani na Lilith, Cerbera i Charona odnieśli sukces. Wyrafinowany plan Konfederacji zaczął przynosić efekty.
Tarin Bul wylądował na Meduzie.
Na tej mroźnej planecie szybko dołączył do miejscowych konspiratorów, którzy zamierzali obalić znienawidzonego Lorda Talanta Ypsira; cel buntowników doskonale mu odpowiadał. Jednak połączenie, jakie stanowili obcy i tajna moc Ypsira, okazała się ponad jego siły.
Do akcji wkroczył Agent Bez Imienia, nadzorujący wszystkich czterech wysłaninników. Był zmuszony wykazać się swoimi nadzwyczajnymi umiejętnościami, gdyż wszystko sprzysięgło się przeciw niemu.
W czwartej ostatniej księdze ekscytującej tetralogii Jack Chalker doprowadza do dramatycznego zakończenia epicką konfrontację pomiędzy potężną Konfederacją a małymi — ale równie potężnymi — światami Rombu Wardena.
1 ... 50 51 52 53 54 55 56 57 58 ... 94
Перейти на страницу:

— I co teraz? — zapytał ktoś.

— Pozwólcie „wardenkom” robić swoje! — krzyknąłem. — Chcemy latać, to polecimy! Ruszyłem niezgrabnie spod osłony skalnej i poczułem uderzenie silnego wiatru. Ściana skalna nie opadała tu pionowo, jednak pokryte lodem zbocze było dość strome. Jeśli mi coś nie wyjdzie, to znajdę się tam na dole w roli rozpłaszczonego insekta, to pewne. A przecież musiałem być tym pierwszym. Kontrola psychiczna i autohipnoza zapewnią mi spokój i pewność siebie tak tutaj niezbędne, a których tak bardzo brakuje innym. Jeśli ja wystartuję i polecę, wiara nie będzie już im potrzebna i będzie mogła być zastąpiona przez wolę.

Przez chwilę się koncentrowałem, potem popatrzyłem przed siebie i zobaczyłem, że powietrze w rzeczywistości dzieli się na wyraźne warstwy i zawirowania. Nie wyglądało ono jednak jak ciało stałe — mogłem przez nie widzieć — ale raczej prezentowało różnice faktury: tu miękkość, ówdzie jasna przejrzystość.

— Startujcie silnym skokiem pod wiatr! — zawołałem i zebrawszy całą odwagę, skoczyłem, rozkładając jednocześnie swoje ogromne skrzydła.

Skoczyłem pod kątem, ledwie unikając zderzenia z wystającymi partiami zbocza, i jedynie kontrola psychiczna pozwoliła mi uniknąć momentu paniki i będącego jej rezultatem upadku. W dół, ciągle w dół, a potem wyluzowanie napięcia i — tak jak im powiedziałem — pozwolić „wardenkom”, zastępującym ptasie instynkty, przejąć prowadzenie. Zbliżyłem się do podnóża góry, a potem poszybowałem w górę pod kątem prostym wprost w puste, wypełnione chmurami niebo! Leciałem!

Ching, co trzeba jej oddać, szybko przemogła swoje zdumienie i poszła w me ślady, a ja obserwowałem nerwowo z góry jej poczynania. Dziwne, ale poszło jej znacznie łatwiej niż mnie. Być może, pomyślałem sobie, wiara odgrywa tu jednak większą rolę niż sądziłem. A potem, jedno po drugim, startowali pozostali, podczas gdy ja krążyłem niespokojnie, czekając na nich.

Kiedy znaleźli się w powietrzu, większość nie była w stanie opanować radości i bawiła się jak małe dzieci, robiąc pętle i beczki i czerpiąc z tego wiele uciechy. Musiałem wreszcie interweniować i zbierając ich w jedno stadko, przypomnieć:

— Mamy przed sobą długą drogę… nie marnujcie energii. Nie jesteście nieśmiertelni; jesteście tylko potężni!

— I silni — krzyknęła Hono. — Jesteśmy prawdziwie błogosławieni! — Zaakceptowała jednak moje przywództwo; utworzywszy więc ścisły szyk, skierowaliśmy się nad lód.

Nie zamierzałem podróżować na niskim pułapie. Owszem, lecieliśmy teraz dość blisko ziemi, bo nie wiedziałem, jak poradzą sobie nowicjusze z tak dużymi i ciężkimi ciałami podczas ewentualnej burzy.

Ponieważ te stwory na lodzie mogły nas widzieć, jeśli nas oczekiwały albo jeśli miały jakiś prosty skaner radarowy, chciałem, byśmy nabrali szybkości i oddalili się od nich tak daleko, jak to tylko było możliwe. Pomocne w tym były prądy powietrzne; choć mieliśmy nieco kłopotów z kontrolą lotu, to jednak były takie poziomy, gdzie mogliśmy odpoczywać, pozwalając się nieść prądom, i oszczędzać w ten sposób energię.

— A oto i nasze demony! — warknęła Hono, patrząc w dół, ku zachodowi. — Wygląda na to, że to ta sama czwórka. Chyba nas nie widzą.

— I niech tak zostanie — odparłem. — Nie mamy ani czasu, ani doświadczenia, by się z nimi potykać.

— Zabili czworo naszych! — zaprotestował gniewnie Sitzter. — I kto wie, ilu jeszcze innych? Jesteśmy potężni, silni i pobłogosławieni przez Matkę Meduzę! Powinniśmy pomści? nasze siostry i naszych braci!

— Nie! — krzyknąłem. — Do diabła, jeśli my to wszystko potrafimy robić, to one tym bardziej!

Jednak moje ostrzeżenie przyszło zbyt późno. Szaleństwo, które przychodzi wraz z mocą, i religijna żarliwość, podsycona tam na górze, zyskały przewagę; w końcu, jakkolwiek by było, byli myśliwymi. Najpierw Sitzter, za nim Hono i wreszcie pozostali odłączyli się i skierowali w dół, ku ciemnym postaciom poniżej.

Zwiększyłem szybkość i wykonałem niebezpieczny zwrot, usiłując przeciąć im drogę i zawrócić.

— To szaleństwo — wrzasnąłem, jednak słowa moje nie zrobiły na nich żadnego wrażenia… a obcy już nas spostrzegli.

Hono prowadziła, jak przystało na prawdziwego myśliwego i przywódcę grupy. Zanurkowała w kierunku ciemnych kształtów. Obcy błyskawicznie wystrzelili w powietrze i rozproszyli się, a potem utworzyli, przećwiczony najwyraźniej już wcześniej szyk w kształcie rombu, szyk, pozwalający przyjść z pomocą każdemu z sąsiadów. Miałem przedziwne uczucie, że mam oto do czynienia z zawodowcami, takimi, którzy wielokrotnie już znajdowali się w podobnej sytuacji. Przyszło mi nagle do głowy, że ta czwórka to zarówno przynęta dla jakiejś subtelnej pułapki, jak i sposób na zniechęcenie ludzi do masowych pielgrzymek na świętą górę.

Hono zbliżała się do prowadzącego obcego, którego skafander próżniowy wraz z jakimś plecakiem był teraz doskonale widoczny. Obcy nie pozwolił jej jednak zanadto się zbliżyć. Wszystkie te obce istoty wyglądały teraz autentycznie dziwacznie, szczególnie że ich macki nie wystawały teraz bardziej niż jakieś pięćdziesiąt centymetrów, a były one przecież długie na trzy metry i wydawały się niezależne od siebie. Hono nadlatywała do unoszącego się w miejscu obcego z ogromną szybkością, ale tamten ani drgnął i czekał, aż ten wielki ptak znajdzie się tuż przy nim. I wówczas, nagle, stwór przesunął się kilka metrów w bok, powodując, że Hono chybiła celu i nie mogła wyhamować nadmiernego pędu. Wystrzeliły wtedy macki i to nie tylko te, które należały do celu ataku, ale i macki najbliższego sąsiada. Nie chybiły, niestety. Hono zawirowała w miejscu, a wielkie pióra posypały się na wszystkie strony. Straciła równowagę i runęła w dół jak kamień.

Quarl i Sitzter lecieli tuż za nią, a pozostała trójka za nimi. I nagle niebo wypełniło się masą piór i krzykiem, i wyciągniętymi na pełną długość, wijącymi się mackami, używanymi niezależnie i z wielką wprawą.

Zbliżyłem się i ja, zauważając kątem oka, że Ching powtarza me ruchy, by spróbować odwrócić uwagę nieprzyjaciela. Udało mi się tego dokonać do pewnego stopnia, zwróciłem bowiem na siebie uwagę jednego z obcych — dotychczas całkowicie pochłoniętego walką z atakującymi z furią wielkimi ptakami, co spowodowało lukę w ich szczelnym szyku typu „macka — do — macki”. Zamiast wykorzystać to jako sposobność do ucieczki, Tyne i Sitzter zaatakowali pozbawionego asekuracji obcego. Tyne chwyciła jedną z wężowatych macek w swe szpony i — mimo że właściwie nie wiadomo było kto trzymał kogo, szarpnęła mocno. Obcy zawył przeszywającym głosem, a to oznaczało już koniec zabawy.

Kilkunastu jego współbraci wyskoczyło nagle ponad lód. Każdy z nich trzymał pomiędzy dwiema przednimi mackami jakieś urządzenie w kształcie rowerowej kierownicy. Z urządzeń tych trysnęły strumienie energii, przy czym nowo przybyli nie zwracali zupełnie uwagi na to, czy rażą swoich czy wrogów.

To wystarczyło. Tyne poszła w dół wraz ze swym obcym, a wkrótce dołączył do niej Sitzter i dwójka pozostałych. Doszedłem do wniosku, że nic nie mogę zrobić, i ruszyłem w kierunku widocznego powyżej i z boku wału chmur. Nagle usłyszałem krzyk Ching: — „Tari, uważaj!” — na co zareagowałem natychmiast, bezwładnie opadając, robiąc obrót i zmieniając kierunek lotu. Jednak podczas wykonywania tego manewru dostrzegłem, jak przeznaczona dla mnie wiązka promieni uderza w Ching i strąca jaw dół. Wykonałem wówczas pełen zwrot w górę i natrafiwszy na sprzyjający prąd, wystrzeliłem jak rakieta w chmury.

1 ... 50 51 52 53 54 55 56 57 58 ... 94
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)