Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Meduza: Tygrys w opałach [Medusa: A Tiger by the Tail - pl]
Meduza: Tygrys w opałach [Medusa: A Tiger by the Tail - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Meduza: Tygrys w opałach [Medusa: A Tiger by the Tail - pl]

Электронная книга - «Meduza: Tygrys w opałach [Medusa: A Tiger by the Tail - pl]». Краткое содержание книги:

Umysły czterech kryminalistów zastąpiony umysłem najlepszego agenta Konfederacji. Agenci wysłani na Lilith, Cerbera i Charona odnieśli sukces. Wyrafinowany plan Konfederacji zaczął przynosić efekty.
Tarin Bul wylądował na Meduzie.
Na tej mroźnej planecie szybko dołączył do miejscowych konspiratorów, którzy zamierzali obalić znienawidzonego Lorda Talanta Ypsira; cel buntowników doskonale mu odpowiadał. Jednak połączenie, jakie stanowili obcy i tajna moc Ypsira, okazała się ponad jego siły.
Do akcji wkroczył Agent Bez Imienia, nadzorujący wszystkich czterech wysłaninników. Był zmuszony wykazać się swoimi nadzwyczajnymi umiejętnościami, gdyż wszystko sprzysięgło się przeciw niemu.
W czwartej ostatniej księdze ekscytującej tetralogii Jack Chalker doprowadza do dramatycznego zakończenia epicką konfrontację pomiędzy potężną Konfederacją a małymi — ale równie potężnymi — światami Rombu Wardena.
1 ... 46 47 48 49 50 51 52 53 54 ... 94
Перейти на страницу:

Przestałem być dla siebie najważniejszą osobą w życiu. Trzy inne osoby były ważniejsze i przysiągłem sobie, że nigdy o tym nie zapomnę. Po złożeniu tej cichej przysięgi, zapadłem wreszcie w zdrowy, choć nieco niespokojny sen.

Następny ranek był brzydki. Nadciągnęły szare chmury wraz ze względnie cieplejszym powietrzem i ta pogoda zapowiadała śnieg. Hono nie była zachwycona tą perspektywą, podobnie jak cała reszta, ale miała bardzo pragmatyczny stosunek do zaistniałej sytuacji.

— Mamy do wyboru dwie możliwości — oznajmiła, kiedy zebraliśmy się o świcie. — Albo przeczekać tu jeden dzień, albo przeć naprzód w kierunku góry. Co wy na to?

Tyne, która zazwyczaj niewiele się odzywała, podjęła właściwie decyzję za nas wszystkich.

— Nadchodzi nieprzyjemna pogoda, prawdopodobnie jakiś front. Wiadomo, że tutaj burze i zamiecie mogą trwać całe dni, a nawet tygodnie, jeśli tylko zaistnieją odpowiednie po temu warunki. Skoro tak, to nasze szansę wzrastają na stałym lądzie, na górze raczej niż tutaj, niezależnie od tego, jak okropnie to wszystko może wyglądać w tym momencie.

— Wobec tego idziemy — oznajmiła Hono. — Czy ktoś myśli inaczej? — Rozejrzała się wokół, ale nikt się nie odezwał. Szczerze mówiąc, w tej chwili wszyscy chcieliśmy już mieć to za sobą. Nawet ci najpobożniejsi mruczeli dziś rano pod nosem, że święte miejsca powinny być nieco łatwiej dostępne.

Jeśli zaś chodzi o moją osobę, to Ching wyczuła we mnie pewną zmianę. Sądzę, że udało mi sieją przekonać, iż nie jest to jakieś spontaniczne nawrócenie, ale autentycznie nowe podejście do zaistniałej sytuacji. Niemniej wszystkie moje myśli skupione teraz były na świętej górze. Trudna do osiągnięcia, owszem, i bardzo niebezpieczna; cóż za szczęśliwy traf, że w ogóle ktoś ją odkrył. Doskonałe miejsce na bazę obcych, być może nawet na całą ukrytą placówkę czy miasto.

Wyruszyliśmy pod gęstniejącymi na niebie chmurami i wkrótce cali pokryci byliśmy kryształkami lodu, choć śnieg jeszcze nie zaczął padać. Ostatni odcinek był względnie łatwy w porównaniu z trudami dnia poprzedniego, jednakże gładź lodu oznaczała, że jest on bardzo cienki, a woda pod nim cieplejsza, i przez to marsz stał się o wiele bardziej ryzykowny.

Zdążyło nadejść południe i zaczął padać śnieg, nim cokolwiek się wydarzyło.

Wyglądało to jak tamte dziury i tak byśmy to zapewne potraktowali, gdyby nie fakt, że ta tutaj rozwarła się tuż przede mną i miałem bezpośredni widok na to, co się dzieje.

Yorder nie wpadła pod lód w naturalnie słabszym punkcie pokrywy lodowej; została wciągnięta pod lód przez coś, co się pod nim znajdowało. Szła przede mną. W pewnej chwili zatrzymała się i obejrzała na mnie… i coś — nie byłem w stanie stwierdzić co — przebiło ten lód tuż pod nią i wessało ją w otwór z potworną siłą.

Nadbiegli pozostali, ale nie mogli nic zdziałać. Ja jednak wyciągnąłem swój prymitywny miecz i przykucnąwszy rozglądałem się wokół.

— Są pod lodem! — krzyknąłem. — Ruszajcie się! Nie zatrzymujcie się, bo skruszą lód i nas dopadną! Te dranie są bardzo szybkie!

I rzeczywiście były. Ledwie zdążyłem wyprostować się i ruszyć dalej, kiedy lód wokół nas dosłownie eksplodował, podczas gdy wichura i śnieżyca przybrały znacznie na sile. Nasza ósemka ustawiła się w szyku obronnym i kontynuowała marsz.

— Atakują w sposób przypadkowy! — krzyknęła Hono. — Tari ma rację… ruszać się żwawo!

Podążaliśmy spiesznie naprzód, podczas gdy nieprzyjaciel prowadził z nami wojnę psychologiczną. Wykorzystując wirujący śnieg jako osłonę, „demony” wyskakiwały w górę i kruszyły lód w miejscach zupełnie przypadkowych wszędzie wokół nas — przed nami, za nami, z obydwu stron — ukazując od czasu do czasu swe ciemne kształty na tle wszechobecnej bieli.

Unikają jak mogą ewentualnego zranienia…

Tak naprawdę to bawiły się jedynie z nami i sądzę, że wszyscy byli tego świadomi. Prawdopodobnie to tylko patrol, włóczący się po okolicy oddziałek wartowniczy; były znudzone, a my dostarczyliśmy im rozrywki.

Kilkakrotnie ciemne kształty zatrzymywały się na powierzchni na tyle długo, że nasi trzej pozostali przy życiu łucznicy mogli wypuścić swe strzały; trafienie jednak w cokolwiek w takich warunkach było praktycznie niemożliwe.

Niezależnie od tego, czy była to gra, czy też coś więcej, podłe warunki pogodowe nie ułatwiały także zadania patrolowi „demonów”. Nie sądziłem, by widzieli w nich lepiej od nas, i nawet jeśli mieli tam na dole jakieś urządzenia wykrywające czy naprowadzające, to albo one nie działały, albo też pogoda skutecznie zakłócała ich działanie. Najwyraźniej nie wolno im było korzystać z nowoczesnej broni; wieści o jej ewentualnym użyciu dotarłyby bowiem do innych członków Wolnych Plemion, obalając tym samym ową „demoniczną” legendę.

Mimo wszystko bardzo chciałem zobaczyć jednego z nich. Nie dziwota, że żadne nasze obserwacje i monitorowanie niczego nie wykryły; nie dziwiło mnie także i to, że potrzebna im była strefa życia zbliżona wymaganiami do ludzkiej, a mimo to nie byli w stanie poruszać się w niej bez obszernych kombinezonów. Oddychające powietrzem i żyjące w wodzie ssaki! Jakże bym chciał zobaczyć któregoś z nich!

Życzenie moje zostało spełnione, kiedy nagle tuż przede mną pokrywa lodowa pękła i wystrzeliła do góry, a pewne siebie stworzenie z rykiem wywaliło połowę swego cielska na powierzchnię. Było tak blisko, że ciąłem moim mieczem, trafiając w koniec wijącej się macki. Powietrze wypełniło potworne wycie, które odbiło się echem po lodzie, a stwór zniknął w wodzie z błyskawiczną wręcz szybkością. Ja zaś niemal żałowałem, że to moje życzenie zostało spełnione.

Gruszkowata głowa okolona była bardzo długimi mackami, co najmniej trzymetrowymi, pokrytymi tysiącami drobnych przyssawek. Poniżej macek znajdowały się dwa ogromne sercowate organy z jakiejś wilgotnej, połyskującej tkanki, które według mnie musiały być oczami. W miejscu połączenia głowy z tułowiem zauważyłem co najmniej dwie pary łodygowatych ramion czy odnóży zakończonych nożycowa — tymi szponami. Skóra robiła wrażenie żyjącej istoty; kropkowana, obrzydliwie żółta i purpurowa wydawała się w ciągłym ruchu, chociaż wrażenie to mogła wywołać spływająca z niej woda. Stworzenie bez wątpienia zasługiwało na nazwę demona; było najbardziej groteskowym monstrum, jakie w życiu widziałem. Ewolucja, która doprowadziła do powstania takich istot, musiała mieć zaiste brutalną naturę i jeśli one nie były maszynami do zabijania, to oznaczało, że nic w naturze nimi nie było.

Chociaż dostrzegłem tylko górną partię ciała tego stworzenia, to nie miałem najmniejszych wątpliwości, że Starsi mieli rację — przynajmniej sam korpus pokryty był jakąś metaliczną powłoką, przypominającą chitynowy pancerz insekta. Jednak nigdy przedtem nie widziałem szkieletu zewnętrznego wyposażonego w metalowy pierścień, od którego odchodziłyby jakieś próżniowe przyłącza.

Nie zatrzymałem się dłużej, by pogadać z tym stworzeniem czy żeby przekazać moje wrażenia innym, jednak w tej chwili byłem już pewien, że znajduję się po właściwej strome. Nie widziałem paszczy czy nosa, ale ryk, jaki usłyszałem, dowodził, że w tamtych partiach to stworzenie musi być również nieźle wyposażone.

1 ... 46 47 48 49 50 51 52 53 54 ... 94
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)