Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Meduza: Tygrys w opałach [Medusa: A Tiger by the Tail - pl]
Meduza: Tygrys w opałach [Medusa: A Tiger by the Tail - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Meduza: Tygrys w opałach [Medusa: A Tiger by the Tail - pl]

Электронная книга - «Meduza: Tygrys w opałach [Medusa: A Tiger by the Tail - pl]». Краткое содержание книги:

Umysły czterech kryminalistów zastąpiony umysłem najlepszego agenta Konfederacji. Agenci wysłani na Lilith, Cerbera i Charona odnieśli sukces. Wyrafinowany plan Konfederacji zaczął przynosić efekty.
Tarin Bul wylądował na Meduzie.
Na tej mroźnej planecie szybko dołączył do miejscowych konspiratorów, którzy zamierzali obalić znienawidzonego Lorda Talanta Ypsira; cel buntowników doskonale mu odpowiadał. Jednak połączenie, jakie stanowili obcy i tajna moc Ypsira, okazała się ponad jego siły.
Do akcji wkroczył Agent Bez Imienia, nadzorujący wszystkich czterech wysłaninników. Był zmuszony wykazać się swoimi nadzwyczajnymi umiejętnościami, gdyż wszystko sprzysięgło się przeciw niemu.
W czwartej ostatniej księdze ekscytującej tetralogii Jack Chalker doprowadza do dramatycznego zakończenia epicką konfrontację pomiędzy potężną Konfederacją a małymi — ale równie potężnymi — światami Rombu Wardena.
1 ... 44 45 46 47 48 49 50 51 52 ... 94
Перейти на страницу:

Nastąpiła jeszcze jedna runda pełnych emocji pożegnań. Wszyscy udawali, że sytuacja jest jak najbardziej normalna, ale Ching i ja byliśmy bardzo zadowoleni, kiedy wreszcie pozostawiliśmy osiedle i ludzi za sobą. Nie chodziło o to, że co z oczu, to i z serca, ale raczej o to silne wewnętrzne odczucie, które mi mówiło, że jeśli natychmiast się stamtąd nie oddalę, to nie będę tego w stanie w ogóle uczynić. Znalazłszy uczuciową bliskość i więź emocjonalną z tymi kobietami, odwracałem się teraz od nich i wracałem do pracy na rzecz systemu, w który przestałem już wierzyć. Wmawiałem sobie i Ching, że robimy to dla siebie i dla bezpieczeństwa całej planety, a nie dla jakichś sił zewnętrznych. Prawda jednak była taka, że tkwiły wciąż we mnie zarówno ta miłość do wyzwań, zakorzeniona w mojej osobowości, jak i to nieprzyjemne uczucie, że trzech moich sobowtórów — na Charonie, na Lilith i na Cerberze — prowadzi co prawda odmienny tryb życia, ale ma przed sobą identyczny cel. Nie zniósłbym przegranej, gdyby choć jeden z nich miał odnieść sukces. Żałowałem, że nie wiem czegoś więcej o nich i o ich losach.

Przynajmniej nie musieliśmy pokonywać całej drogi pieszo. Czekało na nas czworo sań zaprzężonych w oswojone vetty. Sanie były wystarczająco duże, by pomieścić nas, naszą broń, narzędzia i namioty. Vetty uniosły na nasz widok swe dziwaczne głowy i trzaskały szerokimi, płaskimi dziobami, kiedy się do nich zbliżaliśmy; był to jednak z ich strony jedynie sposób zwracania na siebie uwagi.

Sanie okazały się bardzo dobre, chociaż nie były ani szybkie, ani wygodne, tym bardziej że podróżowaliśmy miejscami po powierzchni trawiastej i skalistej, a vetty, ograniczone uprzężą, mogły się jedynie wykazać siłą, ale już nie szybkością i gracją. Podskakiwaliśmy na nierównościach drogi jak wszyscy diabli, ale i tak było to bez porównania lepsze od pieszej wędrówki z całym tym majdanem na plecach.

Ching była napięta i milcząca, najwyraźniej nie pochwalała tej wyprawy, pozostawienia innych, a szczególnie nie pochwalała moich celów. Wolałaby osiąść na miejscu, wtopić się w to czy inne spośród Wolnych Plemion i tak przeżyć swe życie. Wojna, obcy, sami Czterej Lordowie wydawali się jej w najlepszym wypadku czymś bardzo odległym, w najgorszym zaś — czymś nierealnym i niezrozumiałym. Rozumiała jednak, że ma rodzinę i że z dala od SM, Gildii i tego całego nowoczesnego meduzyjskiego społeczeństwa może czuć się wreszcie tak wolną jak nigdy przedtem. Prymitywny styl życia zupełnie jej nie przeszkadzał. Uczucie zagrożenia, uczucie, z którym się urodziła i z którym żyła — zniknęło, a Bura, Angi i ja dostarczaliśmy jej tego, czego potrzebowała.

A przecież, mimo wszystko, była tu teraz ze mną.

Starsi wspominali przepaść dzielącą Wolne Plemiona i mnie; przepaść, której zapewne nigdy nie da się zasypać. Tu natomiast wydawało mi się, że istnieje jeszcze inna przepaść i to pomimo naszej bliskości i zażyłości. Ching nie była w stanie pojąć, dlaczego ja musiałem iść; ja nie mogłem zrozumieć, dlaczego ona szła za mną, jednak ja tak samo nie mogłem stanąć na jej drodze, jak i nie mogłem pozwolić innym, by stanęli na mojej. W tym sensie wraz z mijającymi dniami, kiedy powietrze stawało się coraz mroźniejsze w drodze przez tundrę na północ, nastąpił między nami pewien rodzaj praktycznej odwilży. Nie oznaczała ona, iż się rozumiemy; powodowała natomiast wzajemny szacunek, a ten musiał nam w tej konkretnej sytuacji wystarczyć.

Przywiązaliśmy się do tej naszej małej grupki myśliwych, w której, oprócz przywódcy całej wyprawy, byli Quarl, Sitzter i Tyne. Nie ma potrzeby podkreślać, że ani Ching, ani ja nie byliśmy dobrymi czy skutecznymi myśliwymi, a ja osobiście wręcz wątpię, czy Ching byłaby zdolna zabić w celu zdobycia pożywienia, chociaż na tyle przyzwyczaiła się już do panujących zwyczajów, że była w stanie zjeść każde zwierzę, o ile tylko nie można było rozpoznać, czym ono było przedtem, wobec czego pod względem wyżywienia byliśmy całkowicie uzależnieni od naszej małej polującej grupki. Czwórka myśliwych była sympatyczna, łatwa we współżyciu, otwarta i pełna życia, ale jak ostrzegali Starsi, należeli oni do innego świata, do innej przestrzeni i do innego czasu niż ja sam. Meduza nie tylko umożliwiła życie w epoce kamienia łupanego, ona je na tym etapie zatrzymała… I proszę, jak szybko ludzie powrócili do tego prymitywnego stanu.

Ching była równie świadoma owej przepaści jak i ja sam. Zasypywano nas pytaniami dotyczącymi naszego życia i światów, z których pochodziliśmy, jednak akceptowano jedynie niewielkie partie naszych odpowiedzi. Pociągi były tym, co od czasu do czasu widywali, a ponieważ rozumieli magnetyzm naturalny w jego najbardziej podstawowej formie, byli w stanie uczynić taki wysiłek umysłowy, by przyjąć wyjaśnienie, iż to wielkie magnesy powodują ruch pociągu z punktu do punktu. Naturalnie pociągi nie działały na tej zasadzie ani nie wykorzystywały zjawiska magnetyzmu w taki właśnie sposób, jednak nie miało to istotnego znaczenia. Nie byli w stanie pojąć niczego, co dotyczyło monitorowania, psychomaszyn, komputerów, łączności na odległość, i opowieści dotyczące tych spraw przyjmowali z przymrużeniem oka. Natomiast dlaczego i w jaki sposób olbrzymie masy ludzi miałyby z własnej woli zamykać się w miastach i nigdy nie polować ani też nie odkrywać nowych terenów — to było dla nich wręcz nie do wyobrażenia.

Zaczynałem teraz rozumieć problem, przed jakim postawili mnie Starsi. Choć inteligentni i przedsiębiorczy, ci ludzie pod wieloma względami przypominali małe dzieci z pogranicza. Można by co prawda wprowadzić ich do miast, ale nie byliby oni w stanie poradzić sobie z najprostszymi, codziennymi czynnościami związanymi z życiem w nowoczesnym, technologicznym otoczeniu. Nim zdążyliby się nauczyć tego, co niezbędne — zakładając, że wcześniej nie wpadliby na przykład pod autobus — zostaliby wykryci przez władze.

Pod koniec podróży gotów już byłem zrezygnować z mojego marzenia o armii kształtozmiennych ludzi przedostających się do miast i niszczących je od wewnątrz. To nie mogło się udać. Nie mogłem obalić systemu tym sposobem. Być może w ogóle było to dla mnie zadanie niewykonalne i jako takie powinno być ono pozostawione innym. Bo tacy na pewno istnieli. Krega nigdy nie powiedział, że jestem jedynym agentem, i byłoby niemądrze z ich strony, gdyby wszystko uzależnili od jednej tylko osoby. Ktoś przecież szkolił i wyposażał opozycję; chociaż więc jej członkowie nie byli obecnie skuteczni, to przywództwo niewątpliwie musiało być bardzo kompetentne. Będą próbować i próbować, aż odkryją właściwą kombinację czynników. Miałem przynajmniej taką nadzieję. Ta planeta była zbyt dobrze zorganizowana i system był zbyt szczelny, by mógł to wszystko obalić jeden samotny człowiek.

Nie zmniejszało to jednak wagi innych celów. Miejsce, do którego zdążaliśmy, wiązało się z tym wszystkim, co wydarzyło się wcześniej; wiązało się z przyczynami, dla których się tu w ogóle znalazłem, i bez wątpienia wiązało się z ostatecznym losem mojej osoby, losem mojej rodziny… I losem samej Meduzy. Wiedzę na ten temat należało zdobyć i to nie licząc się z żadnymi kosztami.

Kiedy ujrzeliśmy góry, musieliśmy porzucić nasze sanie i zamienić się w tragarzy. Widok gór okazał się wielce mylący. Pozostały nam bowiem jeszcze trzy dni trudnego, niebezpiecznego marszu, z czego ostatni dzień po… niepewnym lodzie. Ostatnie polowanie nie było zbyt udane, a musieliśmy przecież zostawić co nieco na ofiarę dla Matki Meduzy. Od tej chwili znalezienie pożywienia mogło więc być jedynie kwestią szczęśliwego trafu.

Naga, lodowa pustynia leżąca przed nami była dość przerażająca. W górze, na dalekiej północy, zlodowacenie było wszechobecne — całość to jedna wielka pokrywa lodowa — z poszarpanymi blokami lodu, zwalonymi jeden na drugi, które praktycznie uniemożliwiały jakiekolwiek podróżowanie, z wyjątkiem pieszej wędrówki, a i to musiało być niesłychanie trudne. Powietrze było rześkie i czyste, ale wiał ciągły wiatr i bardzo często występowały burze, pędzące przed sobą ostre kryształki lodu.

1 ... 44 45 46 47 48 49 50 51 52 ... 94
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)