Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Meduza: Tygrys w opałach [Medusa: A Tiger by the Tail - pl]
Meduza: Tygrys w opałach [Medusa: A Tiger by the Tail - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Meduza: Tygrys w opałach [Medusa: A Tiger by the Tail - pl]

Электронная книга - «Meduza: Tygrys w opałach [Medusa: A Tiger by the Tail - pl]». Краткое содержание книги:

Umysły czterech kryminalistów zastąpiony umysłem najlepszego agenta Konfederacji. Agenci wysłani na Lilith, Cerbera i Charona odnieśli sukces. Wyrafinowany plan Konfederacji zaczął przynosić efekty.
Tarin Bul wylądował na Meduzie.
Na tej mroźnej planecie szybko dołączył do miejscowych konspiratorów, którzy zamierzali obalić znienawidzonego Lorda Talanta Ypsira; cel buntowników doskonale mu odpowiadał. Jednak połączenie, jakie stanowili obcy i tajna moc Ypsira, okazała się ponad jego siły.
Do akcji wkroczył Agent Bez Imienia, nadzorujący wszystkich czterech wysłaninników. Był zmuszony wykazać się swoimi nadzwyczajnymi umiejętnościami, gdyż wszystko sprzysięgło się przeciw niemu.
W czwartej ostatniej księdze ekscytującej tetralogii Jack Chalker doprowadza do dramatycznego zakończenia epicką konfrontację pomiędzy potężną Konfederacją a małymi — ale równie potężnymi — światami Rombu Wardena.
1 ... 51 52 53 54 55 56 57 58 59 ... 94
Перейти на страницу:

Pozostałem w nich przez jakiś czas, zastanawiając się, co robić dalej. Bez wątpienia zabawa skończyła się już w momencie, w którym Tyne chwyciła mackę tamtego żołnierza obcych, a oni ściągnęli nagle posiłki wyposażone w ich odpowiednik naszej broni ręcznej. Sposób, w jaki ci strzelcy korzystali ze swej broni, wskazywał na to, że życie pojedynczych osobników nie ma większego znaczenia. Ja jednak nie byłem tak całkiem o tym przekonany. Wiązka promieni była bardzo szeroka i jeśli była to broń bojowa, to bardziej nadawałaby się do stosowania podczas większych bitew albo do rażenia nadchodzących po lodzie. Nie, musiała to być broń obezwładniająca, co oznaczało, że w tej chwili obcy robią zapewne porządki na powierzchni lodu, szukając oznak życia u nieprzytomnych ofiar i to zarówno swoich, jak i naszych.

To, że są zabójcami, wynikało z ich wcześniejszych zachowań, nie sądziłem jednak, by byli zabójcami bezwzględnymi. Po cóż bowiem dawaliby swoim ofiarom jakiekolwiek szansę, zakładając naturalnie, iż te ofiary nie zagrażały ich życiu?

Wiedziałem, że muszę rzucić na to wszystko okiem raz jeszcze; raz, a może i kilka razy. Wynurzyłem się więc ostrożnie z osłony chmur, pełen napięcia i gotów w każdej chwili skryć się w nich na powrót. Tak jak się spodziewałem, jakiś tuzin obcych pracował na lodzie, układając ciała w rzędzie i badając je bardzo dokładnie. Widziałem ciała trzech obcych, a także ciała naszych; zauważyłem też, że te ostatnie zaczynają powracać do swej ludzkiej postaci. Nikt mnie nie dostrzegł, a ja nie zniżałem się zanadto, tylko powróciwszy pod osłonę chmur, zataczałem szerokie koła nad miejscem wydarzeń.

Doliczyłem się tam na dole sześciu ciał półptaków — półludzi, co oznaczało, że oprócz mnie jeszcze jednemu udało się ujść; nie byłem jednak w stanie stwierdzić komu. Byłem niemal pewien, że Ching została trafiona i to martwiło mnie najbardziej. Lubiłem Hono i pozostałych, ale oni przecież sprowadzili to nieszczęście na siebie sami, i to pomimo moich wysiłków, i teraz nie można już było ich uratować. Miałem jednak nadzieję, że wraz z nadejściem ciemności obcy staną się nieco mniej czujni, a ja zyskam szansę, by porwać im Ching. Nie miałem pojęcia, czy ona jeszcze żyje i czy żyją pozostali, ale musiałem założyć, iż przetrwali, przynajmniej do czasu, kiedy nie przekonam się namacalnie, że jest inaczej. Pozostawało tylko pytanie, jak długo będę w stanie utrzymać dotychczasową kondycję fizyczną i dotychczasowy poziom energii.

Króciutkie wypady spod osłony chmur pokazały, że niektórzy spośród nich żyli jeszcze. Poruszali się od czasu do czasu, a wówczas szybka macka albo jedno z czterech nożycowatych odnóży wyrastających z tułowia, przyciskała ich ciała błyskawicznym ruchem do lodu.

Skoro żyło jedno, to mogli żyć wszyscy. Taką miałem nadzieję. Olbrzymia umiejętność samonaprawy, jaką posiadaliśmy, oznaczała bowiem, iż samo przetrwanie było niemal równoznaczne z dojściem do normalnej kondycji fizycznej.

Obcy byli w swoim działaniu bardzo profesjonalni i bardzo metodyczni, jednak w mojej opinii zbyt lekko traktowali ludzi, którzy potrafili przemienić się w inne istoty, być może w nich samych. W każdym razie ja bym tak postąpił — przemienił się, gdybym był tam na dole. Natomiast większość spośród znajdujących się tam jeńców — a wszyscy wrócili już do swej ludzkiej postaci — ograniczyła się jedynie do przybrania pozycji siedzącej. Ponieważ nie przypominali oni jednak moich pięćdziesięciu pięciu owiec z tamtych kanałów, musiało to oznaczać, że skoro nie dokonali takiej transformacji i nie podjęli walki, to widocznie było to, z jakichś powodów, zupełnie niemożliwe. Jeśli organizm Wardena był, jak podejrzewałem, jedynie pewnego rodzaju przedłużeniem komputera obcych, to najwyraźniej wyłączono lub odcięto połączenie pomiędzy jeńcami i tym komputerem. Pozostawało pytanie: na co czekają obcy? Gdyby zamierzali po prostu zabić swoich jeńców, mogli to uczynić już dawno i udać się tam, gdzie jest im najwygodniej. Jeśli jednak zamierzali zabrać ich na jakieś przesłuchanie, to powinienem zauważyć przygotowania do transportu, którym przewieźliby ich do bezpieczniejszej i pewniejszej kwatery. Wyglądało na to, iż na coś czekają. Choć strażnikami okazali się również profesjonalnymi, to jednak ich pozycje i broń rozmieszczone były w taki sposób, że mogłem dostrzec Ching w grupce więźniów na lodzie. Wiedziałem wszakże, że nie wyrwę jej teraz stamtąd.

A jednak czekałem, czekałem poza zasięgiem ich wzroku, z niechęcią myśląc o opuszczeniu Ching tak długo, jak długo istniała maleńka choćby szansa udzielenia jej pomocy. Jeśli ona miała być ceną, którą by przyszło zapłacić za to całe odkrycie, to cena ta była zbyt wysoka.

Wreszcie okazało się, na co czekali. I było to zupełnie nie to, czego oczekiwałem. Z południa nadleciał wielki helikopter transportowy, przystosowany specjalnie do mroźnego klimatu. Na jego kadłubie migały czerwone i zielone lampki, a dwa wielkie reflektory omiatały lód słupami światła. Obserwowałem ten pojazd z rosnącym niepokojem. A potem ujrzałem na jego boku znaki SM. Zbliżył się do grupy i wisiał kilka centymetrów nad powierzchnią lodu, który był zbyt cienki, by utrzymać jego ciężar. Powoli, gęsiego, funkcjonariusze SM wychodzili na lód, trzymając w dłoniach pistolety laserowe. Nie kiwnęli nawet głową w kierunku strażników, tylko podeszli wprost do więźniów i zaczęli ładować ich brutalnie, jednego po drugim, do wnętrza helikoptera.

Pomimo że helikopter był wystarczająco obszerny, by pomieścić wszystkich pasażerów, to jednak niewątpliwie jego powrót musiał być teraz wolniejszy niż droga w tę stronę. Miałem nadzieję, iż będę w stanie podążać za nim, a przynajmniej zorientować się, co jest celem podróży, nim zabraknie mi energii. Pojazd uniósł się powoli, zawisł na wysokości jakichś czterdziestu metrów i trzymając się poniżej warstwy chmur, ruszył przed siebie. Podążyłem ostrożnie za nim. Wkrótce jednak stało się dla mnie jasne, iż nie dam rady. W pewnym momencie, tuż przed wejściem silnika na pełne obroty, udało mi się zbliżyć do pojazdu powietrznego na tyle, by odczytać z herbu SM nazwę miasta, w którym mieściła się jego baza.

Centrum.

Nigdy nie byłem w Centrum ani też nie spotkałem nikogo, kto by tam był, ale słyszałem o nim przeróżne historie. Mapa w mojej głowie poinformowała mnie, że leży ono daleko na południu, niemal na samym równiku, na zachodnim wybrzeżu, w odległości ponad dziesięciu tysięcy kilometrów. Niemożliwe, żeby helikopter przyleciał stamtąd — zabrałoby mu to wiele dni, uwzględniwszy jego średnią prędkość — ale Gray Basin znajdowało się całkiem blisko, jakieś trzysta pięćdziesiąt czy czterysta kilometrów na południe, dwie godziny lotu obciążonym helikopterem.

Wykonałem więc zwrot i skierowałem się ku Gray Basin, wpierw wprost na południe, tak żeby wykorzystać ewentualnie występujące po drodze punkty orientacyjne. Dotarcie do miasta, nawet z pomocą sprzyjających prądów powietrznych i dobrej pogody — a żadnego nie mogłem być pewny — i tak musi mi zabrać więcej niż dwie godziny. A przecież nie miałem najmniejszego pojęcia, na jak długo jeszcze starczy mi sił.

W ciemności dołączył do mnie jakiś cień. Byłem już bardzo zmęczony i kompletnie przygnębiony; leciałem zupełnie instynktownie i automatycznie, inaczej zauważyłbym go wcześniej. Kiedy zrównał się ze mną, nie zrobiłem nawet żadnego uniku — tak byłem wyczerpany, na szczęście wszelkie tego typu manewry okazały się zbędne.

— Tari?

— To ty, Quarl?

— Tak. Do diabła, tak mi przykro, Tari.

— Nam wszystkim jest przykro. Mnie jest przykro, tobie jest przykro, a pozostałym jest szczególnie przykro… I nic to nie zmieni. Jest jak jest, Quarl. I od tego musimy zacząć.

1 ... 51 52 53 54 55 56 57 58 59 ... 94
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)