Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]
Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]

Электронная книга - «Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]». Краткое содержание книги:

Drugi tom cyklu „Temeraire” — niezwykłego połączenia fantasy i powieści historycznych z czasów napoleońskich.
Kapitan Laurence i Temeraire, nowicjusze w brytyjskim Korpusie Powietrznym, odegrali decydującą rolę w bitwie pod Dover, przyczyniając się do odparcia francuskiej inwazji. Niestety, wkrótce wpadają w kłopoty. Kiedy Chińczycy dowiadują się, że Temeraire — niezwykle rzadki smok, którego podarowali Napoleonowi — dostał się w ręce Anglików, wysyłają do Londynu gotową na wszystko delegację, aby go odzyskać. Laurence jednak odmawia współpracy. Za nieposłuszeństwo grozi mu szubienica, więc wbrew własnej woli musi wyruszyć z Temeraire’em w długą i niebezpieczną podróż na Daleki Wschód. Na dworze chińskiego cesarza czekają go jeszcze bardziej szokujące niespodzianki…
1 ... 43 44 45 46 47 48 49 50 51 ... 88
Перейти на страницу:

— Nie, tylko… No cóż, wydawało mi się, że kogoś widziałem, kiedy poszedłem odwrócić klepsydrę. Ale kiedy się odezwałem, on zniknął. Jestem pewny, że to był Chińczyk, i och, twarz miał taką bladą!

— To oczywiste, że widział pan jednego ze służących, którzy nie znają naszego języka. Zobaczył pana, przestraszył się i ukrył, bo pomyślał, że za coś go pan objedzie. Mam nadzieję, że nie jest pan przesądny, panie Tripp. Coś takiego można tolerować u marynarzy, ale nie u oficera. — Powiedział to surowym i stanowczym tonem, licząc na to, że w ten sposób zniechęci chłopaka do rozpowszechniania tej opowieści. A jeśli Tripp ze strachu nie zaśnie do rana, to tym lepiej.

— Tak, sir — powiedział posępnie Tripp. — Dobranoc, sir.

Laurence kontynuował spacer po pokładzie. Szedł wolnym krokiem, bo nie było go stać na nic więcej. Żołądek mu się uspokoił. Chciał zrobić kolejne kółko, ale klepsydra prawie się już przesypała, a on nie chciał rozczarować Temeraire’a i wstać zbyt późno. Jednakże kiedy zbliżył się do dziobowego luku, nagle coś mocno grzmotnęło go w plecy. Zachwiał się, potknął i poleciał do przodu na stopnie zejściówki.

Odruchowo chwycił poręcz, obrócił się i odszukał na oślep stopień, przytrzymując się drabiny. Z gniewem spojrzał do góry i omal znowu nie zleciał, ujrzawszy trupio bladą, zniekształconą twarz w ciemności i wbite w niego oczy.

— Dobry Boże — powiedział z przejęciem.

Po chwili rozpoznał Feng Li, służącego Yongxinga, i znowu wstrzymał oddech: tamten wyglądał tak dziwnie, ponieważ wisiał w luku do góry nogami, sam bliski upadku.

— Co ty wyprawiasz, do cholery? Czemu się skradasz po pokładzie? — zapytał Laurence, po czym złapał jego rękę i podsunął ją do poręczy, tak by Feng Li mógł się przytrzymać. — Do tej pory powinieneś już nauczyć się utrzymywać równowagę.

Feng Li tylko spojrzał na niego bez słowa, a potem stanął na nogi, zsunął się po drabinie obok Laurence’a i zniknął w dole, zmierzając pewnie do kwater chińskich służących, tak szybko, że wydawało się, iż po prostu rozpłynął się w powietrzu. Kiedy odwrócił twarz, dzięki ciemnogranatowemu strojowi i czarnym włosom był niemal niewidzialny w ciemności.

— Przynajmniej nie mogę winić Trippa — powiedział głośno Laurence i już z większą wyrozumiałością pomyślał o obawach chłopaka.

Ruszył do kajuty, lecz ze wstydem czuł, że jego serce wciąż mocno bije.

Rankiem następnego dnia Laurence obudził się i usłyszał zaniepokojone głosy i tupot stóp. Pospieszył na pokład i zobaczył, że reja fokbrombramsela leży na pokładzie, złamana na pół, a ogromny żagiel jest częściowo owinięty wokół nadbudówki. Temeraire był jednocześnie zakłopotany i zasmucony.

— Nie chciałem — powiedział przez nos, zupełnie nie swoim głosem, i znowu kichnął, lecz tym razem zdołał odwrócić łeb na zewnątrz: wybuch wzburzył kilka fal, które uderzyły lekko o lewą burtę.

Keynes już wchodził na pokład z torbą i po chwili przyłożył ucho do piersi Temeraire’a.

— Hm.

Tylko tyle powiedział, nasłuchując w różnych miejscach, aż wreszcie Laurence zniecierpliwił się i zażądał wyjaśnień.

— Och, to przeziębienie, bez dwóch zdań. Nic tu nie da się zrobić, trzeba przeczekać i zaaplikować lekarstwo na kaszel, kiedy się zacznie. Jeśli dobrze słyszę, to płyn przemieszcza się kanałami, przez które wychodzi też boski wiatr — powiedział w zamyśleniu Keynes. — Ta cecha anatomiczna jest nam zupełnie nieznana. Szkoda, że nigdy nie przeprowadziliśmy sekcji osobnika tej rasy.

Temeraire cofnął się, nastroszył krezę i prychnął, czy raczej spróbował to zrobić. Śluz z jego nozdrzy trysnął prosto na głowę Keynesa. Laurence odskoczył w porę, ale lekarza nie było mu specjalnie żal, bo uznał jego uwagę za wielce nietaktowną.

— Nic mi nie jest, możemy lecieć — wychrypiał Temeraire i spojrzał błagalnie na Laurence’a.

— Może teraz krótki lot, a potem jeszcze jeden po południu, jeśli się nie zmęczysz — zaproponował Laurence, patrząc na Keynesa, który bezskutecznie starał się zetrzeć śluz z twarzy.

— Nie, kiedy jest tak ciepło, może latać normalnie, jeśli tylko ma na to ochotę. Nie ma się co nad nim rozczulać — rzekł Keynes, oczyściwszy sobie w końcu oczy. — Tylko przypnij się mocno, bo kichnie i cię zrzuci. Pójdę już.

Ostatecznie więc Temeraire udał się na długi lot: Allegiance kurczył się pośród bezmiaru błękitnej wody, a ocean wyglądał jak tafla wysadzanego klejnotami szkła, kiedy zbliżali się do brzegu, starych, poszarpanych klifów, opadających łagodnie do wody pod płaszczem roślinności, otoczonych u podstawy pasem ostrych szarych głazów, o które rozbijała się woda. Tu i tam rozciągały się połacie białego piasku, choć nie na tyle duże, by Temeraire mógł na nich wylądować, gdyby zapomnieli o ostrożności, lecz poza tymi miejscami rozciągała się zbita gęstwina drzew, mimo iż przez niemal godzinę lecieli w głąb lądu.

Był to samotny i monotonny lot, niczym podróż nad otwartym oceanem; zamiast fal, wiatr pośród liści, inny rodzaj ciszy. Temeraire rozglądał się z zapałem, kiedy od czasu do czasu słyszał jakiś krzyk zwierzęcia, lecz nie mógł niczego zobaczyć poprzez grubą warstwę koron drzew.

— Czy nikt tu nie mieszka? — zapytał w końcu.

Być może mówił cicho z powodu przeziębienia, lecz Laurence również czuł się zobowiązany do zachowywania ciszy, więc odpowiedział łagodnie:

— Nikt. Polecieliśmy zbyt daleko. Nawet najbardziej zahartowane plemiona żyją wzdłuż wybrzeża i nie zapuszczają się w głąb lądu. Żyje tam dużo dzikich smoków i innych zwierząt, zbyt niebezpiecznych, by stawić im czoło.

Lecieli dalej w milczeniu przez jakiś czas. Słońce prażyło niemiłosiernie i Laurence opuścił głowę na pierś, uwięziony gdzieś między jawą a snem. Temeraire sam pilnował kursu, a wolne tempo nie wpływało na jego wytrzymałość. Kiedy Laurence ocknął się po kolejnym kichnięciu Temeraire’a, słońce minęło już zenit, co oznaczało, że spóźnią się na obiad.

Laurence zaproponował, żeby już zawrócili, a Temeraire nie zaprotestował i nawet odrobinę szybciej poleciał z powrotem. Wyprawili się tak daleko, że stracili z oczu brzeg, więc musieli się kierować kompasem Laurence’a, gdyż żadne charakterystyczne punkty nie wyłaniały się z masy zieleni. Ucieszyli się na widok gładkiej krzywizny oceanu i Temeraire od razu się ożywił, gdy znaleźli się nad wodą.

— Przynajmniej już się nie męczę, chociaż jestem chory — powiedział i wzniósł się trzydzieści stóp do góry w wyniku głośnego kichnięcia, do złudzenia przypominającego strzał armatni.

Zapadał już zmrok, kiedy wrócili na pokład Allegiance, i Laurence stwierdził, że przegapili coś więcej niż obiad. Poprzedniej nocy jeszcze jeden marynarz poza Trippem zauważył Feng Li na pokładzie, z tym samym rezultatem, i podczas nieobecności Laurence’a opowieść o duchu obiegła okręt, dziesięciokrotnie wyolbrzymiona i wsparta faktami. Na nic zdały się jego wyjaśnienia, załoga była już zupełnie przekonana: trzej mężczyźni przysięgali, że w nocy widzieli ducha, który tańczył gigę na rei foka, przepowiadając zagładę okrętu; inni z nocnej wachty utrzymywali, że duch unosił się nad takielunkiem przez całą noc.

Liu Bao dolał jeszcze oliwy do ognia. Wysłuchawszy opowieści podczas wizyty na pokładzie następnego dnia, pokręcił głową i orzekł, że ten znak świadczy o tym, iż ktoś z obecnych na pokładzie niemoralnie potraktował kobietę. To mogło dotyczyć niemal wszystkich mężczyzn na pokładzie. Marynarze zaczęli szeptać o cudzoziemskich, zbyt pruderyjnych duchach i z niepokojem omawiać tę sprawę podczas posiłków. Każdy usiłował przekonać siebie i towarzyszy, że z pewnością to nie on ponosi za to winę, bo jego występek był całkiem niewinny, a poza tym zawsze chciał się z nią ożenić i zrobi to od razu po powrocie.

1 ... 43 44 45 46 47 48 49 50 51 ... 88
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)