Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
— No, bo jeśli ja widzę ich, to nie ma siły; oni muszą widzieć mnie. Och, czy ten mały Grek nie byłby teraz dumny, słysząc jaki ze mnie logiczny facet?
Jego rozumowanie zostało nagrodzone, jeśli to odpowiedni. słowo, w ciągu kilku minut. Grapa Khamorthów wysypała się spoza swojego bydła, i pokłusowała w jego stronę.
— No i co oni teraz zrobią, jak znajdą jakiegoś obcego z tymi końmi i w ogóle? — zapytał sam siebie, ale odpowiedz której również sam sobie udzielił, wcale mu się nie podobali W dodatku przypomniał sobie ciężkie łuki, jakich używali nomadzi, i jeszcze bardziej sposępniał.
Żałował, że nie ma ze sobą swojego hełmu i płaszcza ze szkarłatnej skóry, dzięki którym mógłby zrobić odpowiednie wrażenie na nadjeżdżających koczownikach. Jego ubrani, podróżne było zabłocone, wilgotne i podarte — przyjrzał się sobie z niesmakiem.
— Taa… Wyglądam jak prawdziwy pastuch — powiedział ponuro. Jeszcze raz przeklął Varate-sha. Banita, skrupulatny złodziej, ukradł tylko Gala i jego miecz.
Na tę myśl ryknął śmiechem — jego niespokojny duch nic mógł poddawać się ponuremu nastrojowi zbyt długo. Ze skoczył z konia, ściągnął przez głowę swą poszarpaną tunikę i wygrzebał się z workowatych spodni. Nagi, z mieczem w dłoni, czekał na przeciwnika.
— Teraz będą się mieli nad czym zastanawiać — powiedział, wciąż uśmiechając się szeroko. Delikatny wiatr dotykał jego skóry. Wcale nie czuł się dziwnie, przygotowując się do walki zupełnie bez okrycia. Od niepamiętnych czasów bardowie śpiewali pieśni o Celtach, którzy szli do bitwy nadzy, nie chcąc żadnej innej zbroi, jak tylko walecznego szaleństwa. Zagrzewając się do walki bojowymi okrzykami, ruszył w kierunku nomadów.
Uśmiech spełzł mu z twarzy, kiedy zobaczył strzały nałożone już na ich podwójnie wygięte łuki, ale nie zastrzelono go od ręki. Khamorthci gapili się na niego — co to za wariat, ten blady, rudowłosy gigant? Zaczęli gwałtownie rozmawiać ze sobą. Jeden pokazał ręką na krocze Viridoviksa i powiedział coś, co na pewno nie należało do uprzejmości i wszyscy się roześmiali. Ciekawość nie mogła ich jednak powstrzymać na długo — strzały ponownie skierowały się na Gala.
Zrobił jeszcze jeden duży krok do przodu, a nomadzi naprężyli cięciwy.
— Czy któryś z was, karaluchy, mówi przypadkiem po videssańsku? — krzyknął, przyjmując wyzywającą postawę.
Niestety, żaden z nich nie mówił językiem Imperium. Jednak dzięki wymianie zdań jaka nastąpiła po jego pytaniu, domyślił lic, który z nich jest dowódcą. Był to szczupły mężczyzna o twardych rysach twarzy, którego kręcona broda opadała mu aż na piersi.
— Ty! — wrzasnął Celt, wskazując mieczem tegoż właśnie Khamortha. Nomada spojrzał na niego wrogo.
— Tak, ty, ty, pieprzący owce śmierdzielu! — powiedział Viridoviks, powtarzając obelgę swoim ohydnym khamorthckim. Gdy nomada powoli się czerwienił, Gal gestami zachęcał go do zejścia z konia i zmierzenia się z nim w pojedynku.
Wiedział jakie ryzyko podejmuje. Jeśli dominacja Khamortha nad jego towarzyszami była nie do podważenia, mógł on po prostu rozkazać im zastrzelić Celta i odjechać, nie robiąc sobie kłopotu. Ale jeśli nie… Jeźdźcy przyglądali się uważnie swojemu dowódcy. Milczenie zaczynało być denerwujące.
Nomada warknął coś — był wściekły, a nie przestraszony. Przypominał Viridoviksowi łasicę, gdy ześliznął się z konia — jego ruchy były płynne, szybkie i celowe — Celt zrozumiał, że nie będzie miał łatwego zadania. Shamshir nomady wysunął się ze skórzanej pochwy, która pokryta była polichromowanymi wizerunkami zwierząt, poskręcanymi misternie w khamorthckim stylu. Przesunął się do przodu, przyglądając się bacznie Galowi.
Zakrzywiony miecz spotkał się z prostym, i Viridoviks cofnął się o krok przy pierwszym starciu.
Naprawdę szybki jak łasica — pomyślał. Sparował atak na udo, potem odsunął rękę, by uniknąć następnego cięcia. Uśmiechając się teraz, bawiąc się walką, Khamorth ruszył do przodu, by z nim skończyć — powstrzymało go proste pchnięcie Celta — nie na darmo Viridoviks spędził tyle lat z Rzymianami. Ale jego miecz, w odróżnieniu od ostrza Skaurusa, nie był zakończony ostrym jak brzytwa szpicem, i gruba, skórzana koszula nomady okazała się wystarczającą osłoną. Khamorth zaklął i sam cofnął się o krok…
Po tym, jak zaskoczyli się nawzajem swoimi umiejętnościami, walczyli niestrudzenie przez dłuższą chwilę, obaj wypatrując jakiegoś błędu przeciwnika. Viridoviks zasyczał, gdy sam koniec zakrzywionego ostrza przeciągnął po jego piersiach cienką linię, potem przeklął głośno swoją nie-zdarność, kiedy miecz Khamortha znowu go dosięgnął, tym razem naznaczając lewe ramię. Jego przodkowie, zdecydował, byli skończonymi głupkami — walcząc nago miało się po prostu za wiele do pilnowania. Nomada pozostawał nietknięty. Viridoviks był silniejszy od Khamortha i dalej sięgał, ale na dłuższą metę. szybkość liczyła się bardziej.
— Dobrze, w takim razie musimy się szybko uwinąć powiedział do siebie i skoczył na nomadę, zasypując go deszczem ciosów zadawanych ze wszystkich kierunków, próbując zdobyć przewagę wyłącznie dzięki sile mięśni. Jego przeciwnik odtańczył na bok, lecz pośliznął się na rozrobionym błocie i musiał rozpaczliwie blokować opadające nań ostrze Viridoviksa. Sparował uderzenie, ale jego miecz wyleciał w po wietrze i wbił się nie opodal w ziemię.
— Ahh… — powiedzieli Khamorthci ze swych koni.
Choć Viridoviks sądził, że ich dowódca pozostaje już na jego łasce, nie miał najmniejszego zamiaru go zabijać — nietrudno było się domyślić, co nomadzi mogli z nim potem zrobić. Ale kiedy ruszył pewnym krokiem do przodu, by na znak zwycięstwa wyciągnąć nóż zza pasa mężczyzny, Khamorth uderzył go w nadgarstek twardym brzegiem dłoni i jego własny miecz wypadł mu z odrętwiałych nagle palców.
— Nie, nie rób tego, ty barbarzyńska małpo! — krzyknął Gal, gdy jego wróg sięgnął po sztylet. Rzucił się na niego, obejmując go niedźwiedzim uściskiem. Khamorth bódł niczym koza, uderzając czubkiem głowy w podbródek Viridoviksa. Celt ujrzał gwiazdy i wypluł krew z przegryzionego języka, ale jego lewa ręka trzymała prawy nadgarstek nomady jak kleszcze. Uderzył swojego przeciwnika w tył karku — być może nie było to sportowe zagranie, ale za to skuteczne. W końcu Kha-morth osunął się w błoto z cichym jękiem.
Cały pokryty potem, Viridoviks odzyskał swój miecz i odwrócił się do jeźdźców. Gapili się na niego, równie jak on niepewni.
— Nie zabiłem go, widzicie — powiedział Gal, gestem wskazując ich dowódcę. — Choć przez następnych parę dni będzie tego żałował. — Wciąż miewał okropne bóle głowy od ciosu Varatesha.
Przykucnął przy nomadzie, który zaczął właśnie odzyskiwać przytomność. Pozostali wojownicy podnieśli ostrzegawczo łuki.
— Nie chcę mu zrobić żadnej krzywdy — wyjaśnił Viridoviks. Nie rozumieli z tego ani trochę więcej niż z jego poprzedniej mowy, ale rozluźnili się nieco, gdy zobaczyli, że pomaga ich kompanowi usiąść. Barbarzyńca jęczał i trzymał głowę w dłoniach, wciąż tylko na wpół przytomny.
Jeden z Khamorthów podał swój łuk sąsiadowi, zsiadł z konia i podszedł do Viridoviksa, rozkładając przed sobą puste ręce. Wskazał na Celta.
— Ty — powiedział. Viridoviks skinął głową; to było słowo, które znał. Nomada pokazał na stepowe konie, które prowadził Gal. — Gdzie? — zapytał. Powtórzył to kilka razy, pomagając sobie gestami, aż Viridoviks zrozumiał.