Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
Ale pierwszy ptak, który został trafiony, wydał z siebie jakiś skrzek i całe stado zakręciło nagle, umykając przed deszczem strzał, które posłali w jego kierunku żołnierze.
— Cicho tam — powiedział Grek, gdy jego brzuch odezwał się znowu. — I tak skończy się na serze i plackach z pszennej mąki.
Przed kolacją, jak zwykle, odbywała się lekcja szermierki Gorgidas z konsternacją zauważył, że zaczyna mu się to podobać. Znajdował jakąś zwierzęcą przyjemność w tym, że czuł jak jego ciało uczy się prawidłowych odruchów: na cięcie z góry, pchnięcie w brzuch, atak na nogi… Ćwiczenia były jak videssańska gra planszowa, która pozorowała wojnę, ale tu oprócz umysłu zaangażowane były również ręce i stopy.
Stopy — w końcu czuł się na tyle pewnie, by praca nóg znaczyła coś więcej niż tylko stanie prosto.
— Wkrótce, zabójca — powiedział Skylitzes, unikając pchnięcia.
— Nie chcę być zabójcą — upierał się Grek. Skylitzes zignorował to i podszedł bliżej, by pokazać mu, jak zbił uderzenie. Małomówny oficer z Videssos był dobrym nauczycielem; lepszym niż byłby Viridoviks — pomyślał Gorgidas. Bardziej cierpliwy i systematyczny niż raptusowaty Celt, pamiętał o tym, że jego uczniowie byli jeszcze niedoświadczeni. Tam, gdzie Viridoviks wyrzuciłby ręce do góry ze zniechęcenia, Skylitzes gotów był powtórzyć paradę, pchnięcie czy odejście, nawet i trzydzieści razy, gdyby była taka potrzeba, dopóki nie zostały opanowane.
Kiedy Gorgidas już skończył, poszedł wykąpać się do strumienia, pozostawiając na łasce Skylit-zesa Pikridosa Goudelesa. Skylitzes męczył biurokratę o wiele bardziej niż Gorgidasa. Grek zastanawiał się, do jakiego stopnia było to spowodowane tym, że był lepszym od Goudelesa szermierzem, a do jakiego tym, że Goudeles i żołnierz nie darzyli się zbytnią sympatią. Słyszał wrzask Goudelesa, gdy Skylitzes walnął go po rękach — dostawało mu się teraz za tę arktyczną poezję.
Zielonobrązowa żaba, nie większa od połowy kciuka Gorgidasa, siedziała w krzaku rosnącym nad brzegiem strumienia. Gdyby nie zapiszczała nagle, nigdy by jej nie zauważył. Pogroził jej palcem.
— Cicho — rzucił groźnie — bo wszyscy nasi Khamorthci umrą ze strachu. — Jego żołądek znów dał znać o sobie. — I ty z nimi.
Następnego dnia dotarli do sporej rzeki. Psoes twierdził, że jest to Kouphis.
— To najdalsze miejsce na stepie Pardraji, do którego dotarłem — powiedział.
— Jesteśmy w połowie drogi do Arshaum albo prawie w połowie — oznajmił Arigh, a Skylitzes przytaknął. Niewiele mówił o swoich podróżach, ale jeśli znał język arshaum równie dobrze jak język khamorth, to prawdopodobnie zajechał o wiele dalej niż tylko do Kouphis.
Rzeka płynęła z północy na południe. Jechali w górę jej biegu, szukając brodu, i zrównali się z czymś, co wyglądało jak kupa kamieni do budowy, usypana na drugim brzegu. Gorgidas na ich widok podrapał się po głowie; skąd mogły się wziąć na środku płaskiej i pustej równiny? Dwóch spośród żołnierzy Psoesa słyszało o kopcach, ale nie pomogli mu wiele — nazywali je „łajnem bogów”. Skylitzes roześmiał się cicho.
— Albo Khamorthów — powiedział przyciszonym głosem, tak aby nie usłyszeli go ludzie Psoesa. — To pozostałości po videssańskich fortecach; po dwustu latach, kiedy wyłącznie je łupiono, a nikt nie zajmował się ich utrzymaniem.
— Co? — zdziwił się Gorgidas. — Imperium panowało kiedyś na tych ziemiach?
— Nie, nie — wyjaśnił Skylitzes. — To był dar od Autokratora dla potężnego khagana. Ale kiedy khagan umarł, jego synowie pokłócili się, i nomadzi znowu zaczęli żyć w klanach.
Pikridos Goudeles spojrzał na drugi brzeg Kouphis i sam wybuchnął śmiechem.
— To? Ta kupa kamieni to Szaleństwo Khoirosphaktesa?
— Też o tym wiedziałeś? — zapytał Gorgidas, uprzedzając Lankinosa Skylitzesa; wydawało się, że żołnierz nie bardzo wierzył w to, by Goudeles znał się na czymkolwiek.
Biurokrata przewrócił oczami i był to gest, który pomimo znoszonych ciuchów, w które szybko zamieniły się jego eleganckie szaty, przyniósł ze sobą atmosferę stolicy.
— Czy o tym wiedziałem? Mój ciekawski przyjacielu, w videssańskich szkołach księgowości to paradygmat nieprawidłowego porównania kosztów i zysków. Te niesamowite ilości złota wyrzucone w błoto tylko po to, żeby przywieźć tu architektów z Imperium i najlepszy kamień! I po co? Sam zobaczysz — pokręcił głową. — Nie mówiąc już o słoniu.
— Słoniu? — zapytali chórem Grek i Skylitzes. W Videssos tak jak i w Rzymie, były to rzadkie zwierzęta, żyjące gdzieś na nieznanych ziemiach za Morzem Żeglarzy.
— Tak, w rzeczy samej. Jeden z posłów khagana widział go, chyba w menażerii, i opowiedział o tym swojemu panu. No i nie było innego wyjścia, tylko barbarzyńca musiał sam go zobaczyć. I Autokrator Khoirosphaktes, który pił tyle, że nie bardzo odróżniał rzeczywistość od swoich majaków, kazał mu go wysłać. Och, to złoto! — oszczędna dusza Goudelesa zdawała się cierpieć najgorsze męki.
— Co tam złoto, człowieku! — wykrzyknął Gorgidas. — Co khagan zrobił ze słoniem?
— Przyjrzał mu się i odesłał z powrotem, oczywiście. A co ty byś zrobił?
— Och, dupek ze mnie, pospieszyłem się i narobiłem niezłego bigosu — mruknął zirytowany Viridoviks, opierając ręce na biodrach. Atramentowociemna noc zaczęła w końcu zamieniać się w kolejny szary poranek, i Celt zorientował się ze zdegustowaniem, że jechał cały czas na wschód, od momentu kiedy tylko opuścił Varatesha. Przymrużył lekko oczy. — Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło — powiedział sobie. — Tak jest. Temu kurduplowi nie przyjdzie nigdy do głowy, żeby jechać za mną w tę stronę; nie ma mnie chyba za takiego głupka.
Przygryzł wąsy namyślając się, i skręcił na południe, zamierzając objechać obóz Varatesha wielkim łukiem — miał spore poważanie dla wodza banitów.
— Powinienem był się pięknie odpłacić temu synowi parszywego szczura, chociaż nawet nie zabił moich kumpli — powiedział na głos, żeby znowu usłyszeć dobrą galijską mowę wychodzącą z jego ust. — Któregoś dnia bardziej mi zaszkodzi, bez dwóch zdań.
Koń, który zaczął pogryzać trawę w czasie tego krótkiego postoju, podniósł łeb i zarżał, głośno protestując, kiedy jego linka znowu się naprężyła.
— Tylko nie mów mi teraz nie — mruknął do niego Gal, wciąż nieszczęśliwy. — Za późno na twoje żale, tak jak i na moje.
Gdy zbliżał się już dzień, słońce zaczęło wreszcie przebijać się przez ciężkie, burzowe chmury.
— No, chwała bogom — powiedział Viridoviks, i rozejrzał się dokoła, szukając tęczy. Nie znalazł. — Pewnie ta kanalia Avshar ją ukradł — wymruczał, i nie był to tylko żart.
Na swój sposób, deszcz, chmury i mgła były mu pomocne, bo ograniczały pole widzenia i dzięki nim nie musiał radzić sobie z wielkimi przestrzeniami stepu — o jedno zmartwienie mniej. Ale w miarę jak pogoda się poprawiała, odsłaniał się przed nim coraz większy obszar i coraz dalej odsuwał się horyzont. Zupełnie jak podczas jego pierwszych dni na stepie, czuł się maleńkim punkcikiem wędrującym przez nieskończoność.
— Gdyby na niebie była tylko jedna, maciupka gwiazdka, nie byłaby bardziej samotna niż ja — stwierdził i wywrzaskiwał nie kończące się piosenki, by odpędzić smutek.
Dziki okrzyk radości, który wydał na widok stada bydła, pasącego się daleko na południu, zaalarmował jego konie. Po chwili jednak zamilkł, zastanawiając się co było gorsze — żadni sąsiedzi, czy źli sąsiedzi.