Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]
- Автор: Лори Хью
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Albatros
- ISBN: 978-83-06-03097-1
- Переводчик: Jacek Konieczny
- Жанр: Шпионские детективы
Электронная книга - «Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]». Краткое содержание книги:
Wyskoczyłem z łóżka i pobiegłem do kuchni, gdzie zastałem Ronnie przypalającą bekon na patelni. Dym z kuchenki igrał z wpadającymi przez okno promieniami słońca, a BBC Radio 4 szemrało gdzieś w pobliżu. Włożyła na siebie moją jedyną czystą koszulę, co trochę mnie zirytowało, ponieważ trzymałem ją na specjalną okazję, na przykład dwudzieste pierwsze urodziny wnuków — ale dobrze w niej wyglądała, więc dałem sobie spokój.
— Jaki lubisz bekon?
— Chrupiący — skłamałem, zaglądając jej przez ramię. Raczej nie mogłem powiedzieć nic innego.
— Mógłbyś zaparzyć kawę — rzuciła, odwracając się do patelni.
— Kawa. Racja.
Zacząłem odkręcać pokrywkę słoika z kawą rozpuszczalną, ale Ronnie cmoknęła z niezadowoleniem i skinęła w stronę kredensu, na którym wróżka zakupowa zostawiła w nocy wszelkiego rodzaju pyszności.
Otworzyłem lodówkę i zastałem w środku świat należący do innego człowieka. Jajka, ser żółty, jogurt, steki, mleko, masło, dwie butelki białego wina. Rzeczy, których — nie miałem w swojej lodówce od trzydziestu sześciu lat. Nalałem wodę do czajnika i go włączyłem.
— Pozwolisz, że zwrócę ci za te wszystkie rzeczy — zaproponowałem.
— Ojej, dorośnij.
Próbowała rozbić jajko jedną ręką o krawędź patelni i spieprzyć jajecznicę. A ja nie miałem pieprzu.
— Nie powinnaś być już w galerii? — zapytałem, wsypując do kubka Ciemną Prażoną Mieszankę Śniadaniową Melforda. Wszystko to było bardzo dziwne.
— Zadzwoniłam i powiedziałam Terry'emu, że zepsuł mi się samochód. Nawaliły hamulce i nie wiem, jak bardzo się spóźnię.
Zastanowiłem się nad tym przez chwilę.
— Skoro nawaliły ci hamulce, to chyba powinnaś dotrzeć tam przed czasem.
Zaśmiała się i postawiła przede mną talerz z czymś czarnym, białym i żółtym. Potrawa wyglądała w sposób niedający się opisać i smakowała przepysznie.
— Dziękuję, Thomas.
Szliśmy przez Hyde Park bez specjalnego celu, trzymając się przez chwilę za ręce, później jednak puściliśmy je, jakby trzymanie się za ręce wiązało się z podjęciem bardzo poważnej decyzji życiowej. Słońce zagościło tego dnia nad miastem i Londyn wyglądał imponująco.
— Za co mi dziękujesz?
Ronnie spuściła wzrok i kopnęła coś, czego prawdopodobnie tam nie było.
— Za to, że ostatniej nocy nie próbowałeś się ze mną kochać.
— Nie ma za co.
Naprawdę nie wiedziałem, co według niej powinienem powiedzieć, nie wiedziałem nawet, czy w ten sposób zaczynała rozmowę, czy ją kończyła.
— Dziękuję, że mi dziękujesz — dodałem, przechylając szalę na korzyść końca.
— Och, zamknij się.
— Nie, naprawdę — powiedziałem. — Naprawdę bardzo to doceniam. Nie próbuję się kochać z milionami kobiet każdego dnia i żadna nawet nie piśnie na ten temat słowa. To bardzo miła odmiana.
Spacerowaliśmy jeszcze przez jakiś czas. Gołąb podleciał w naszą stronę, ale w ostatnim momencie wystrzelił w bok, jakby nagle zorientował się, że nie jesteśmy osobami, za które nas uważał. Przez Rotten Row przebiegła kłusem para koni z ubranymi w tweedowe marynarki mężczyznami na grzbiecie. Zapewne Kawaleria Przyboczna. Konie wyglądały na dość inteligentne.
— Masz kogoś, Thomas? — zapytała Ronnie. — Aktualnie.
— Mówisz o kobietach, jak przypuszczam.
— Tak właśnie. Sypiasz z jakimiś?
— Przez sypianie rozumiesz… ?
— Albo odpowiesz mi natychmiast na to pytanie, albo zawołam policjanta.
Uśmiechała się. Z mojego powodu. Sprawiłem, że się uśmiechała i było to miłe uczucie.
— Nie, Ronnie, nie sypiam w tej chwili z żadnymi kobietami.
— A z mężczyznami?
— Ani z mężczyznami. Ani ze zwierzętami. Ani z żadnym gatunkiem drzew iglastych.
— Dlaczego nie, jeżeli mogę zapytać? Nawet jeżeli nie mogę.
Westchnąłem. Tak naprawdę sam nie znałem odpowiedzi na to pytanie, ale nawet przyznanie się do tego, nie wybawiłoby mnie z opresji. Zacząłem mówić, nie bardzo wiedząc, do jakich wniosków dojdę.
— Ponieważ seks wywołuje więcej zmartwień, niż daje przyjemności. Ponieważ mężczyźni i kobiety mają inne — pragnienia i jedno z nich zawsze w końcu czuje się zawiedzione. Ponieważ nieczęsto ktoś mi to proponuje, a ja nienawidzę sam tego proponować. Ponieważ nie jestem w tym zbyt dobry. Ponieważ jestem przyzwyczajony do samodzielności. Ponieważ żaden inny powód nie przychodzi mi do głowy.
Zarobiłem przerwę na oddech.
— No, dobrze — mruknęła Ronnie. Odwróciła się i zaczęła iść tyłem, żeby dobrze widzieć moją twarz. — Która odpowiedź jest prawdziwa?
— B — powiedziałem. — Chcemy różnych rzeczy. Mężczyzna chce uprawiać seks z kobietą. Później chce uprawiać seks z inną kobietą. A później z jeszcze inną. Następnie ma ochotę na płatki i odrobinę snu, a później chce uprawiać seks z jeszcze inną kobietą, i tak aż do śmierci. Kobieta — uznałem, że powinienem dobierać słowa odrobinę ostrożniej, opisując płeć, do której nie należę — chce stworzyć związek. Może sypiać z wieloma mężczyznami, zanim go osiągnie, ale ostatecznie tego właśnie pragnie. To jest jej cel. Mężczyźni nie mają celów. Takich naturalnych. Więc je wymyślają i umieszczają je na drugim końcu boiska piłkarskiego. Później wymyślają piłkę nożną. Albo wywołują bójki, albo starają się wzbogacić, albo wszczynają wojny, albo wpadają na jeden z niezliczonych durnych pomysłów, aby zrekompensować sobie w ten sposób brak prawdziwych celów.
— Zawracanie głowy — prychnęła Ronnie.
— To, oczywiście, jest druga zasadnicza różnica.
— Naprawdę uważasz, że chciałabym stworzyć z tobą związek?
Podchwytliwe. Zwód, piłka nisko.
— Nie wiem, Ronnie. Nie ośmieliłbym się zgadywać, czego chcesz od życia.
— Ach, znowu pleciesz bzdury. Weź wreszcie sprawy w swoje ręce, Thomas.
— Ciebie mam wziąć w swoje ręce?
Ronnie zatrzymała się. Wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
— To już znacznie lepiej.
Znaleźliśmy budkę telefoniczną, z której Ronnie zadzwoniła do galerii. Poinformowała właściciela, że czuje się wyczerpana napięciem towarzyszącym naprawie samochodu i resztę popołudnia zamierza spędzić w łóżku. Następnie wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy na lunch do hotelu Claridges.
Wiedziałem, że w końcu będę musiał opowiedzieć Ronnie trochę o tym, co się stało, i trochę o tym, co według mnie miało się stać. Prawdopodobnie, mając na uwadze zarówno swoje, jak i jej dobro, musiałbym przy okazji trochę nakłamać, a także wspomnieć o Sarze. Z tego powodu odkładałem tę rozmowę na później.
Naprawdę polubiłem Ronnie. Może gdyby była „damą w opałach” uwięzioną w czarnym zamku na szczycie czarnej góry, zakochałbym się w niej. Ale nią nie była. Siedziała naprzeciwko mnie, trajkocząc wesoło i zamawiając solę z sałatką z rukoli, podczas gdy w holu za naszymi plecami kwartet smyczkowy w austriackich strojach narodowych pitolił jakiś kawałek Mozarta.
Rozejrzałem się po sali, szukając wzrokiem śledzących mnie tajniaków, mając jednocześnie świadomość, że tym razem mogę mieć do czynienia z więcej niż jedną ekipą. W zasięgu wzroku nie dostrzegłem żadnych oczywistych kandydatów, chyba że CIA zaczęła werbować siedemdziesięcioletnie wdowy, których twarze ktoś najwyraźniej posypał proszkiem do pieczenia.