Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]
- Автор: Лори Хью
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Albatros
- ISBN: 978-83-06-03097-1
- Переводчик: Jacek Konieczny
- Жанр: Шпионские детективы
Электронная книга - «Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]». Краткое содержание книги:
Zresztą mniej przejmowałem się tym, czy ktoś nas śledzi, niż tym, czy może podsłuchać naszą rozmowę. Wybraliśmy Clardiges przypadkowo, co gwarantowało, że nikt nie zainstalował wcześniej podsłuchu. Siedziałem tyłem do sali, tak więc jakiekolwiek mikrofony kierunkowe okazałyby się bezużyteczne. Nalałem nam po dużym kieliszku zupełnie znośnego wina Pouilly-Fuisse, które wybrała Ronnie, i zacząłem mówić.
Zacząłem od informacji o śmierci ojca Sary i tego, że byłem jej świadkiem. Chciałem szybko mieć najgorszą część z głowy; wrzucić Ronnie na głęboką wodę, a później powoli holować ją do brzegu, pozwalając, aby naturalny hart ducha pozwolił jej poradzić sobie z sytuacją. Jednocześnie nie chciałem, aby pomyślała, że się boję, ponieważ nie przysłużyłoby się to żadnemu z nas.
Zniosła tę wiadomość dobrze. Lepiej niż solę, która leżała nietknięta na talerzu z żałosną miną „Czy powiedziałem coś nie tak?”, dopóki kelner jej nie porwał.
Zanim skończyłem opowieść, kwartet smyczkowy porzucił Mozarta na rzecz motywu przewodniego z Supermana, a butelka po winie leżała do góry dnem w kubełku. Wiedziałem, że Ronnie ma ochotę wyjść i zadzwonić do kogoś, walnąć w coś pięścią albo wykrzyczeć na ulicy, że świat jest okrutny i dlaczego wszyscy udają, że tak nie jest, tylko spokojnie jedzą, robią zakupy i się śmieją. Wiedziałem, że tego chciała, ponieważ ja chciałem dokładnie tego samego, odkąd zobaczyłem, jak przez pokój przeleciał Aleksander Woolf rozstrzelany przez idiotę uzbrojonego w karabin. Wreszcie przemówiła drżącym z gniewu głosem.
— A więc zamierzasz to zrobić, prawda? Zrobisz to, co ci każą?
Wzruszyłem lekko ramionami.
— Tak, Ronnie, to właśnie zamierzam zrobić. Nie mam na to ochoty, ale inne rozwiązania są nieco gorsze.
— I to ma być powód?
— Tak. Z tego właśnie powodu większość ludzi decyduje się na większość rzeczy. Jeżeli nie zrobię tego, co ml każą, prawdopodobnie zabiją Sarę. Zabili już jej ojca, więc nie będą musieli porywać się na coś nowego.
— Ale zginie wielu ludzi.
Miała w oczach łzy i gdyby nie to, że akurat pojawił się kelner i próbował nam opchnąć kolejną butelkę pouilly, prawdopodobnie bym ją przytulił. Zamiast tego wziąłem ją za rękę.
— Ludzie i tak by zginęli — powiedziałem, wściekły na siebie, że moje słowa brzmią jak jedna z paskudnych pogadanek Barnesa. — Znaleźliby kogoś na moje miejsce albo wymyślili inny sposób. Rezultat byłby taki sam, z tą różnicą, że Sara przypłaciłaby to życiem. Z takimi ludźmi mamy do czynienia.
Ponownie spuściła wzrok i widziałem, że przyznaje mi rację. Mimo to chciała wszystko posprawdzać, jak ktoś, kto wyjeżdża na długi czas z domu. Zawór gazu zamknięty, telewizor wyłączony z prądu, lodówka rozmrożona.
— No a ty? — zapytała po chwili. — Jeżeli ci ludzie są tacy, jak opowiadasz, co się z tobą stanie? Zabiją cię, prawda? Czy im pomożesz, czy nie, prędzej czy później cię zabiją?
— Zapewne spróbują, Ronnie. Nie potrafiłbym cię okłamać w tej kwestii.
— A w jakiej kwestii mógłbyś mnie okłamać? — rzuciła szybko, ale chyba nie chciała, żeby to tak zabrzmiało.
— Różni ludzie próbowali już mnie w przeszłości zabić, Ronnie — wyjaśniłem — ale im się nie udało. Wiem, że uważasz mnie za próżniaka, który nie potrafi nawet zrobić zakupów, ale potrafię zadbać o siebie w inny sposób — przerwałem, aby zobaczyć, czy się uśmiechnie. — Jeżeli inne sposoby zawiodą, znajdę sobie jakąś elegancką babeczkę ze sportowym samochodem, która o mnie zadba.
Podniosła wzrok i niemal się uśmiechnęła.
— Jedną już znalazłeś — powiedziała i wyjęła portmonetkę.
Zaczęło padać, a ponieważ Ronnie zostawiła opuszczony dach w swoim tvr, musieliśmy pognać co sił w nogach Mayfair, aby uratować skórzane siedzenia.
Mocowałem się właśnie z zapięciem dachu, próbując wykombinować, jak zakryć piętnastocentymetrową szczelinę między stelażem a przednią szybą, kiedy poczułem czyjąś dłoń na ramieniu. Starałem się zareagować na tyle naturalnie, na ile to było możliwe.
— A kim ty niby, kurwa, jesteś? — odezwał się głos.
Wyprostowałem się powoli i obróciłem głowę. Był — mniej więcej mojego wzrostu, niewiele młodszy, ale znacznie zamożniejszy. Koszulę kupił u jednego ze znanych krawców na Jermyn Street, garnitur uszył mu na miarę jakiś krawiec na Savile Row, a głos wykształcił w jednej z droższych prywatnych szkół. Ronnie wystawiła głowę z bagażnika, gdzie składała ochronny pokrowiec.
— Philip — stwierdziła, co mnie w zasadzie nie zaskoczyło.
— Kto to, kurwa, jest? — powtórzył Philip, wciąż patrząc na mnie.
— Jak się masz, Philip?
Starałem się być miły. Naprawdę się starałem.
— Spierdalaj — powiedział.
Odwrócił się do Ronnie.
— Czy to ten palant, który pił moją wódkę?
Gromadka turystów w jaskrawych anorakach zatrzymała się i uśmiechnęła do nas, mając nadzieję, że tak naprawdę tworzymy paczkę dobrych przyjaciół. Ja również miałem taką nadzieję, ale czasami nadzieja to za mało.
— Philip, proszę, nie bądź nudny.
Ronnie zatrzasnęła bagażnik i podeszła do nas. Dynamika sytuacji zmieniła się nieco i miałem nadzieję, że uda mi się wycofać, zostawiając ich samych. Ostatnią rzeczą, na którą miałem ochotę, było wplątanie się w cudze — problemy przedmałżeńskie, jednak Philip nie miał zamiaru odpuścić.
— Gdzie się, kurwa, wybierasz? — zapytał, unosząc lekko podbródek.
— Zejdź mi z drogi — odparłem.
— Daj spokój, Philip.
— Ty gnoju! Za kogo ty się, kurwa, uważasz?
Wyciągnął prawą rękę i chwycił mnie za klapy marynarki. Trzymał je mocno, ale nie na tyle, aby obligowało go to do wszczęcia bójki. Poczułem ulgę. Spojrzałem na jego dłoń, po czym przeniosłem wzrok na Ronnie. Dawałem jej szansę na rozładowanie sytuacji.
— Philip, nie bądź głupi — powiedziała.
Trudno rzecz jasna o gorszy dobór słów. Kiedy mężczyzna zostanie zapędzony w kozi róg, ostatnią rzeczą, która może go uspokoić, jest kobieta mówiąca: „Nie bądź głupi”. Gdybym to ja znalazł się na jej miejscu, powiedziałbym, że jest mi przykro, pogłaskał go po czole, uśmiechnął się lub zrobił cokolwiek innego, byle tylko zatamować strumień hormonów.
— Zadałem pytanie — nie ustępował Philip. — Za kogo ty się uważasz? Wypijasz mój alkohol, obsikujesz moje terytorium?
— Puść mnie, proszę — powiedziałem. — Pognieciesz mi marynarkę.
Widzicie, jak rozsądnie się zachowywałem? Nie pognębiłem go, nie wyzywałem go na pojedynek, nie stanąłem do walki ani nic w tym stylu. Wykazałem jedynie zwyczajną troskę o stan marynarki. Jak mężczyzna wobec mężczyzny.
— Gówno mnie obchodzi twoja marynarka, ofermo.
I to by było na tyle. Po wypróbowaniu wszystkich możliwych środków dyplomatycznych i ich odrzuceniu przez drugą stronę, postanowiłem uciec się do przemocy.
Najpierw spróbowałem go odepchnąć, ale naturalnie stawił opór. W związku z tym odsunąłem się i przekręciłem w bok. W tej sytuacji musiał zgiąć nadgarstek, aby nie puścić klap mojej marynarki. Przytrzymałem jego dłoń, uniemożliwiając rozluźnienie uchwytu, a drugim przedramieniem oparłem się delikatnie na wyprostowanym łokciu. Jeżeli was to ciekawi, jest to jedna z technik aikido zwana Nikkyo i pozwala praktycznie bez wysiłku zadać przeciwnikowi niewiarygodny ból.