Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2005
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7469-032-4
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:
— Proszę sobie nie przeszkadzać, sierżancie — powiedział.
— Tak jest, sir.
Teraz, kiedy oddalili się od miasta, Okręt popłynął szybciej. Przez szklane okienka wpadało nawet do wnętrza trochę przyćmionego światła.
— Panie Leonardzie — odezwał się Nobby.
— Słucham.
— Dokąd płyniemy?
— Jego lordowska mość życzy sobie odwiedzić Leshp.
— No tak. Podejrzewałem, że to będzie coś takiego. Pomyślałem sobie: „Gdzie nie chciałbym się znaleźć?”, i od razu rozbłysła mi w głowie odpowiedź. Tylko że nie wydaje mi się, żebyśmy tam dotarli, a to z takiej przyczyny, że za najwyżej pięć minut odpadną mi kolana…
— Nie, słowo daję, nie będziecie musieli pedałować przez całą drogę — uspokoił go Leonard. — Jak myślicie, po co jest ten wielki świder na dziobie?
— Ten z przodu? Myślałem, że do przewiercania kadłubów wrogich okrętów…
— Co?! — Leonard odwrócił się ze zgrozą. — Zatapiać inne statki? Zatapiać statki? Z ludźmi?!
— No… tak.
— Kapralu Nobbs, jesteście wyjątkowo błędnie rozumującym młodym… człowiekiem. Wykorzystywać Okręt do zatapiania innych okrętów? To by było potworne! Zresztą żaden marynarz nie pomyślałby nawet o takim niehonorowym działaniu.
— Przepraszam…
— Ten świder, musicie wiedzieć, służy do tego, by mocować nas do przepływających jednostek, na sposób remory, ryby-przyssawki, która przyczepia się do rekinów. Kilka obrotów to wszystko, co potrzebne do stabilnego połączenia.
— Czyli… ktoś mógłby przewiercić się przez kadłub na wylot? — upewnił się Nobby.
— Tylko ktoś, kto jest bardzo niedbałym i wyjątkowo bezmyślnym młodym człowiekiem.
Fale oceanu nie nadają się może do orki, ale na skorupie rzeki Ankh, poniżej miasta, w lecie rosły niekiedy niewielkie krzewy. „Milka” sunęła wolno, zostawiając za sobą bruzdę.
— Nie może pan płynąć szybciej? — zapytał Vimes.
— No pewnie — odparł złośliwie Jenkins. — A gdzie mamy postawić dodatkowy maszt?
— Ich statek to tylko punkcik — zauważył Marchewa. — Dlaczego ich nie doganiamy?
— To większy statek niż mój, dlatego ma coś, co w żargonie technicznym określamy jako „więcej żagli”. A Klatchianie budują łódki naprawdę wąskie. No i jeszcze mamy pełne ładownie…
Urwał, ale było już za późno.
— Kapitanie Marchewa…
— Sir?
— Proszę wyrzucić wszystko za burtę — polecił Vimes.
— Byle nie kusze! One kosztują ponad sto dolarów za sz…
Jenkins zamilkł. Wyraz twarzy komendanta bardzo wyraźnie mówił, że bardzo wiele rzeczy można wyrzucić za burtę i rozsądnym posunięciem byłoby nie znaleźć się wśród nich.
— Proszę iść i ciągnąć sobie za jakieś liny, panie Jenkins — powiedział.
Patrzył, jak kapitan odchodzi, tupiąc gniewnie. W chwilę później coś chlupnęło głośno. Vimes spojrzał przez burtę; zobaczył skrzynię, która kołysała się przez chwilę na powierzchni, nim zatonęła. Łapacz złodziei… tak go nazwał Rust. To miała być obelga, ale w rzeczywistości było całkiem trafnym określeniem. Kradzież to jedyne przestępstwo, czy łupem pada złoto, niewinność, ziemia czy życie. A dla łapacza złodziei liczy się pościg…
Chlupnęło jeszcze kilka razy. Vimesowi zdawało się, że statek ruszył szybciej.
…pościg. Bo pościg jest o wiele prostszy od schwytania. Kiedy już się kogoś złapie, wszystko się komplikuje. Pościg jest czysty i swobodny. O wiele lepszy od grzebania w śladach i gapienia się na notatki. On ucieka, ja gonię. Proste.
Terier Vetinariego, tak?
— Bingely bingely biip! — odezwała się jego kieszeń.
— Nie mów — powiedział Vimes. — To pewnie coś w rodzaju „Siedemnasta zero zero. Na morzu”. Tak?
— No… nie — odparł De-terminarz. — Mam tu zapisane „Gwałtowna kłótnia z lordem Rustem”, Tu-Wstaw-Swoje-Imię.
— Czy nie powinieneś mi mówić, co zrobię? — spytał Vimes, otwierając pudełko.
— Eee… Co powinieneś robić — odparł demon, wyraźnie bardzo zmartwiony. — Powinieneś. Nie rozumiem tego… hm… Mam wrażenie, że coś się bardzo nie zgadza.
Angua zaprzestała prób przetarcia obroży o wręgę. I tak nic to nie dawało, a srebro naciskające na skórę mroziło ją i parzyło równocześnie.
Poza tym — choć srebrna obroża na wilkołaku była całkiem poważnym „tym” — traktowano ją dobrze. Zostawili jej miskę z jedzeniem — drewnianą — i pozwoliła swej wilkołaczej części jeść, gdy część ludzka zamknęła oczy i zatkała nos. Dostała też wodę, całkiem świeżą jak na standardy Ankh-Morpork. W każdym razie widziała przez nią dno naczynia.
Trudno jej było myśleć w wilczej postaci. To jakby po pijanemu otwierać zamek w drzwiach — możliwe, ale trzeba się koncentrować na każdym ruchu.
Rozległ się jakiś dźwięk. Zastrzygła uszami.
Coś raz czy dwa razy stuknęło od dołu w kadłub. Miała nadzieję, że to rafa. To by oznaczało… możliwe, że ląd… Przy odrobinie szczęścia mogłaby dopłynąć do brzegu…
Brzęknęło… Zapomniała o łańcuchu. Zresztą właściwie nie był potrzebny. Czuła się słaba jak kociak.
Usłyszała rytmiczny odgłos, jakby coś wgryzało się w drewno.
Maleńkie metalowe ostrze przebiło się przez dno tuż przed jej nosem i wysunęło na cal.
I ktoś zaczął mówić. Głosy wydawały się odległe i zniekształcone, być może tylko wilkołak potrafił je usłyszeć, ale gdzieś pod łapami naprawdę rozbrzmiewały słowa.
— …możecie już nie pedałować, kapralu Nobbs.
— Jestem wykończony, sierżancie. Jest coś do jedzenia?
— Jest jeszcze ta kiełbasa czosnkowa. Albo ser. Albo zimna fasola.
— Siedzimy w puszce bez powietrza i mamy jeść ser? Nie chce nawet wspominać o fasoli.
— Bardzo mi przykro, panowie. Spieszyliśmy się i musiałem zabrać żywność, która się nie psuje.
— Tyle że robi się tu trochę… duszno, jeśli rozumie pan, o co mi chodzi.
— Jak tylko się ściemni, — wypuszczę linę; potem możemy się wynurzyć i wziąć powietrze.
— Byle pozbyć się tego, które już mamy. O to tylko mi chodzi.
Angua zmarszczyła czoło, próbując coś z tego zrozumieć. Głosy były znajome. Choć stłumione, potrafiła rozpoznać tony. Przez mgły zwierzęcego umysłu przebijało niejasne wrażenie: przyjaciele.
Imiona. Niektóre z tych głosów miały… imiona.
Myślenie stawało się coraz trudniejsze — srebro działało. Ale jeśli przestanie myśleć, może zapomnieć, jak znowu zacząć.
Patrzyła na metalowy szpic. Metal… z ostrymi krawędziami.
Maleńka ludzka część jej mózgu wściekała się na wilczy mózg, próbując zmusić go do zrozumienia, co ma robić.
Było już po północy.
Marynarz z posterunku obserwacyjnego ukląkł przed 71-godzinnym Ahmedem i zadrżał.
— Wiem, co widziałem, wali — jęknął. — I inni też widzieli. Coś wynurzyło się za statkiem i zaczęło nas ścigać. Potwór!
Ahmed zerknął na kapitana, który wzruszył ramionami.
— Któż wie, wali, co spoczywa na morskim dnie?
— Jego oddech… — jęczał marynarz. — Z rykiem wypuścił dech niczym smród tysiąca wychodków. A potem przemówił!
— Doprawdy? — zdziwił się Ahmed. — To niezwykłe. Co powiedział?