Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]

Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:

Coś nowego pojawiło się między starożytnymi miastami Ankh-Morpork i Al-Khali. Dosłownie. To wyspa, wynurzająca się z dna Okrągłego Morza Dysku. Ponieważ jest niezamieszkana i oba miasta roszczą sobie do niej prawa, komendant Vimes ze swymi wiernymi strażnikami staje wobec zbrodni tak wielkiej, że żadne prawa jej nie obejmują.
1 ... 43 44 45 46 47 48 49 50 51 ... 87
Перейти на страницу:

— Proszę sobie nie przeszkadzać, sierżancie — powiedział.

— Tak jest, sir.

Teraz, kiedy oddalili się od miasta, Okręt popłynął szybciej. Przez szklane okienka wpadało nawet do wnętrza trochę przyćmionego światła.

— Panie Leonardzie — odezwał się Nobby.

— Słucham.

— Dokąd płyniemy?

— Jego lordowska mość życzy sobie odwiedzić Leshp.

— No tak. Podejrzewałem, że to będzie coś takiego. Pomyślałem sobie: „Gdzie nie chciałbym się znaleźć?”, i od razu rozbłysła mi w głowie odpowiedź. Tylko że nie wydaje mi się, żebyśmy tam dotarli, a to z takiej przyczyny, że za najwyżej pięć minut odpadną mi kolana…

— Nie, słowo daję, nie będziecie musieli pedałować przez całą drogę — uspokoił go Leonard. — Jak myślicie, po co jest ten wielki świder na dziobie?

— Ten z przodu? Myślałem, że do przewiercania kadłubów wrogich okrętów…

— Co?! — Leonard odwrócił się ze zgrozą. — Zatapiać inne statki? Zatapiać statki? Z ludźmi?!

— No… tak.

— Kapralu Nobbs, jesteście wyjątkowo błędnie rozumującym młodym… człowiekiem. Wykorzystywać Okręt do zatapiania innych okrętów? To by było potworne! Zresztą żaden marynarz nie pomyślałby nawet o takim niehonorowym działaniu.

— Przepraszam…

— Ten świder, musicie wiedzieć, służy do tego, by mocować nas do przepływających jednostek, na sposób remory, ryby-przyssawki, która przyczepia się do rekinów. Kilka obrotów to wszystko, co potrzebne do stabilnego połączenia.

— Czyli… ktoś mógłby przewiercić się przez kadłub na wylot? — upewnił się Nobby.

— Tylko ktoś, kto jest bardzo niedbałym i wyjątkowo bezmyślnym młodym człowiekiem.

Fale oceanu nie nadają się może do orki, ale na skorupie rzeki Ankh, poniżej miasta, w lecie rosły niekiedy niewielkie krzewy. „Milka” sunęła wolno, zostawiając za sobą bruzdę.

— Nie może pan płynąć szybciej? — zapytał Vimes.

— No pewnie — odparł złośliwie Jenkins. — A gdzie mamy postawić dodatkowy maszt?

— Ich statek to tylko punkcik — zauważył Marchewa. — Dlaczego ich nie doganiamy?

— To większy statek niż mój, dlatego ma coś, co w żargonie technicznym określamy jako „więcej żagli”. A Klatchianie budują łódki naprawdę wąskie. No i jeszcze mamy pełne ładownie…

Urwał, ale było już za późno.

— Kapitanie Marchewa…

— Sir?

— Proszę wyrzucić wszystko za burtę — polecił Vimes.

— Byle nie kusze! One kosztują ponad sto dolarów za sz…

Jenkins zamilkł. Wyraz twarzy komendanta bardzo wyraźnie mówił, że bardzo wiele rzeczy można wyrzucić za burtę i rozsądnym posunięciem byłoby nie znaleźć się wśród nich.

— Proszę iść i ciągnąć sobie za jakieś liny, panie Jenkins — powiedział.

Patrzył, jak kapitan odchodzi, tupiąc gniewnie. W chwilę później coś chlupnęło głośno. Vimes spojrzał przez burtę; zobaczył skrzynię, która kołysała się przez chwilę na powierzchni, nim zatonęła. Łapacz złodziei… tak go nazwał Rust. To miała być obelga, ale w rzeczywistości było całkiem trafnym określeniem. Kradzież to jedyne przestępstwo, czy łupem pada złoto, niewinność, ziemia czy życie. A dla łapacza złodziei liczy się pościg…

Chlupnęło jeszcze kilka razy. Vimesowi zdawało się, że statek ruszył szybciej.

…pościg. Bo pościg jest o wiele prostszy od schwytania. Kiedy już się kogoś złapie, wszystko się komplikuje. Pościg jest czysty i swobodny. O wiele lepszy od grzebania w śladach i gapienia się na notatki. On ucieka, ja gonię. Proste.

Terier Vetinariego, tak?

— Bingely bingely biip! — odezwała się jego kieszeń.

— Nie mów — powiedział Vimes. — To pewnie coś w rodzaju „Siedemnasta zero zero. Na morzu”. Tak?

— No… nie — odparł De-terminarz. — Mam tu zapisane „Gwałtowna kłótnia z lordem Rustem”, Tu-Wstaw-Swoje-Imię.

— Czy nie powinieneś mi mówić, co zrobię? — spytał Vimes, otwierając pudełko.

— Eee… Co powinieneś robić — odparł demon, wyraźnie bardzo zmartwiony. — Powinieneś. Nie rozumiem tego… hm… Mam wrażenie, że coś się bardzo nie zgadza.

Angua zaprzestała prób przetarcia obroży o wręgę. I tak nic to nie dawało, a srebro naciskające na skórę mroziło ją i parzyło równocześnie.

Poza tym — choć srebrna obroża na wilkołaku była całkiem poważnym „tym” — traktowano ją dobrze. Zostawili jej miskę z jedzeniem — drewnianą — i pozwoliła swej wilkołaczej części jeść, gdy część ludzka zamknęła oczy i zatkała nos. Dostała też wodę, całkiem świeżą jak na standardy Ankh-Morpork. W każdym razie widziała przez nią dno naczynia.

Trudno jej było myśleć w wilczej postaci. To jakby po pijanemu otwierać zamek w drzwiach — możliwe, ale trzeba się koncentrować na każdym ruchu.

Rozległ się jakiś dźwięk. Zastrzygła uszami.

Coś raz czy dwa razy stuknęło od dołu w kadłub. Miała nadzieję, że to rafa. To by oznaczało… możliwe, że ląd… Przy odrobinie szczęścia mogłaby dopłynąć do brzegu…

Brzęknęło… Zapomniała o łańcuchu. Zresztą właściwie nie był potrzebny. Czuła się słaba jak kociak.

Usłyszała rytmiczny odgłos, jakby coś wgryzało się w drewno.

Maleńkie metalowe ostrze przebiło się przez dno tuż przed jej nosem i wysunęło na cal.

I ktoś zaczął mówić. Głosy wydawały się odległe i zniekształcone, być może tylko wilkołak potrafił je usłyszeć, ale gdzieś pod łapami naprawdę rozbrzmiewały słowa.

— …możecie już nie pedałować, kapralu Nobbs.

— Jestem wykończony, sierżancie. Jest coś do jedzenia?

— Jest jeszcze ta kiełbasa czosnkowa. Albo ser. Albo zimna fasola.

— Siedzimy w puszce bez powietrza i mamy jeść ser? Nie chce nawet wspominać o fasoli.

— Bardzo mi przykro, panowie. Spieszyliśmy się i musiałem zabrać żywność, która się nie psuje.

— Tyle że robi się tu trochę… duszno, jeśli rozumie pan, o co mi chodzi.

— Jak tylko się ściemni, — wypuszczę linę; potem możemy się wynurzyć i wziąć powietrze.

— Byle pozbyć się tego, które już mamy. O to tylko mi chodzi.

Angua zmarszczyła czoło, próbując coś z tego zrozumieć. Głosy były znajome. Choć stłumione, potrafiła rozpoznać tony. Przez mgły zwierzęcego umysłu przebijało niejasne wrażenie: przyjaciele.

Imiona. Niektóre z tych głosów miały… imiona.

Myślenie stawało się coraz trudniejsze — srebro działało. Ale jeśli przestanie myśleć, może zapomnieć, jak znowu zacząć.

Patrzyła na metalowy szpic. Metal… z ostrymi krawędziami.

Maleńka ludzka część jej mózgu wściekała się na wilczy mózg, próbując zmusić go do zrozumienia, co ma robić.

Było już po północy.

Marynarz z posterunku obserwacyjnego ukląkł przed 71-godzinnym Ahmedem i zadrżał.

— Wiem, co widziałem, wali — jęknął. — I inni też widzieli. Coś wynurzyło się za statkiem i zaczęło nas ścigać. Potwór!

Ahmed zerknął na kapitana, który wzruszył ramionami.

— Któż wie, wali, co spoczywa na morskim dnie?

— Jego oddech… — jęczał marynarz. — Z rykiem wypuścił dech niczym smród tysiąca wychodków. A potem przemówił!

— Doprawdy? — zdziwił się Ahmed. — To niezwykłe. Co powiedział?

1 ... 43 44 45 46 47 48 49 50 51 ... 87
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)