Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-377-1
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]». Краткое содержание книги:
Nutt z krasnoludem pochylali głowy nad piłką, a Trev kręcił się bez celu po warsztacie. Nie wiadomo dlaczego, przez dach słychać było ciche skrobanie. Brzmiało jak pazury. To tylko ptak, tłumaczył sobie. Nawet Andy nie wchodziłby przez dach. Zresztą dręczyła go jeszcze jedna pilna sprawa. Taki lokal jak ten powinien mieć wygódkę, prawda? Przynajmniej miał tylne drzwi, które z pewnością nieuchronnie prowadziły do ciasnego zaułka, no a właściwie do czego służą zaułki, jeśli nie jako miejsce do spania włóczęgów i odpowiadania na zew natury? Może to nawet być to samo miejsce, jeśli człowiek jest okrutny.
Trev rozpiął pasek, stanął przed cuchnącym murem i nonszalancko spojrzał w górę, jak często robi człowiek w takich okolicznościach. Jednakże większość ludzi nie patrzy wtedy prosto w zdumione twarze pary ptasich kobiet, stojących… nie, siedzących na dachu. Wrzasnęły chrapliwie i odleciały w ciemność.
Szybko człapiąc w błocie, Trev wrócił do warsztatu. Miasto z każdym dniem stawało się dziwniejsze…
Potem obok Treva płynął czas, a każda sekunda cuchnęła siarką. Wiele razy widział, jak Nutt ścieka świece, ale było to ślimacze tempo w porównaniu z prędkością, z jaką skóra została pocięta na powłokę. Ale w końcu to przecież Nutt. Dziwne było raczej to, że niczego nie mierzył. Trev w końcu nie wytrzymał, przestał opierać się o ścianę i wskazał na jedną z wielobocznych skórzanych łatek.
— Jakie to jest duże?
— Jeden i piętnaście szesnastych cala.
— Skąd możesz wiedzieć bez mierzenia?
— Mierzę oczami. To kwestia wprawy. Można się tego nauczyć.
— I przez to robisz się wartościowy?
— Tak.
— A kto to osądza?
— Ja.
— Mamy go tutaj, panie Nutt, jeszcze ciepły — oznajmił Glang, nadchodząc z głębi warsztatu. Trzymał coś, co wyglądało jak wyjęte ze zwierzęcia, które teraz, jak człowiek miał nadzieję, dla własnego dobra było martwe. — Oczywiście, następnym razem poradziłbym sobie o wiele lepiej — mówił dalej. — Ale gdyby dmuchnął pan do tej małej rurki…
Trev patrzył zachwycony. Przyszło mu do głowy, że przez całe swoje życie zrobił tylko trochę świec i dużo zamieszania. Ile był wart?
Gloing! Gloing!
Dwie piłki w harmonii, myślał Trev. Ale zaklaskał, kiedy Nutt i Glang uścisnęli sobie ręce, a potem, gdy wciąż podziwiali swe dzieło, sięgnął za siebie i zsunął sztylet z blatu do kieszeni.
Nie był złodziejem. Och, owoce ze straganów owszem, ale przecież wiadomo, że to się nie liczy. Zwinięcie portfela jakiemuś bogatemu gościowi to tylko społeczna redystrybucja dóbr, to też wiadomo. No i czasem coś wyglądało na zgubione i na pewno i tak ktoś by to podniósł, więc czemu nie on?
Broń zabijała ludzi, często dlatego że ją trzymali. Ale sprawy zaszły za daleko. Słyszał, jak zgrzytnęły kości Andy’ego, widział, jak Nutt bez wysiłku powalił go na kolana. Były więc dwa powody, by teraz podjąć środki ostrożności. Jeden taki, że jeśli ktoś tak poniżył Andy’ego, powinien go załatwić na dłużej, od razu, bo inaczej Andy wróci z krwią w kąciku ust. A drugi, gorszy, to że w tej chwili Nutt był bardziej niepokojący niż Andy. Andy’ego Trev przynajmniej znał.
Niosąc po jednej piłce, pomaszerowali z powrotem na uniwersytet. Trev czujnie obserwował wysokie budynki.
— Nie uwierzysz, co się pojawia w tym mieście — powiedział. — Tam przy warsztacie były dwa takie niby ptasie wampiry. Wiedziałeś?
— Ach, te… Pracują dla Lady. Są tutaj dla ochrony.
— Czyjej? — spytał Trev.
— Proszę się nimi nie przejmować.
W polu widzenia pojawił się uniwersytet.
— Hm… A wiesz, że dzisiaj zdarzyło się coś jeszcze dziwniejszego? Zaproponowałeś krasnoludowi piętnaście dolców, a on się nawet nie targował. To niesamowite! To pewnie moc gloing!
— Tak, ale naprawdę dałem mu dwadzieścia dolarów — odparł Nutt.
— Czemu? Przecież nie żądał więcej!
— Nie, ale pracował ciężko, a te dodatkowe pięć dolarów z nadwyżką opłaci sztylet, który pan ukradł, kiedy byliśmy odwróceni.
— Wcale nie! — oburzył się Trev.
— Pańskie odruchowe, bez namysłu i mechaniczne zaprzeczenie zostało odnotowane, panie Trev. Podobnie jak widok sztyletu na blacie, po którym szybko nastąpił widok pustego miejsca tam, gdzie wcześniej leżał. Nie gniewam się, ponieważ widziałem, że bardzo rozsądnie cisnął pan za mur ten nieszczęsny kordelas pana Shanka, i rozumiem pańskie zdenerwowanie. Muszę jednak zaznaczyć, że to była kradzież. Dlatego proszę pana jak przyjaciela, żeby rankiem odniósł pan sztylet na miejsce.
— Ale w ten sposób on zostanie z dodatkowym piątakiem i sztyletem. — Trev westchnął. — Przynajmniej dla nas zostało po parę dolców — dodał, kiedy przeszli tylną furtką na uniwersytet.
— Tak, ale z drugiej strony nie, panie Trev, weźmie pan pozostałe pięć dolarów oraz nieco brudne, ale całkiem prawdziwe pokwitowanie na dwadzieścia dolarów, i przekaże je panu Stibbonsowi, który uważa pana za nicponia. W ten sposób sprawi pan, że zwątpi w wyjściowe założenie, iż jest pan złodziejem i łobuzem. A to pomoże pańskiej karierze na uniwersytecie.
— Nie jestem… — zaczął Trev i urwał. Miał dość uczciwości, by przyznać się przed sobą do noża w kieszeni. — Powiem szczerze, Nutt, jesteś całkiem wyjątkowy, ot co.
— Tak — zgodził się Nutt. — Też zaczynam dochodzić do takiego wniosku.
SIEMA!
Ten wyraz, wydrukowany wielkimi literami, krzyczał z pierwszej strony „Pulsu”, tuż obok dużego obrazka Juliet — migoczącej w mikrokolczudze i uśmiechającej się do czytelnika. Glenda, od piętnastu sekund znieruchomiała z grzanką w połowie drogi do ust, wreszcie ugryzła.
Zamrugała i odłożyła grzankę, żeby wygodniej czytać.
Tajemnicza modelka Jewels była deserem oszałamiającego pokazu wczoraj w Shwatcie, gdzie okazała się prawdziwym wcieleniem mikrokolczugi, interesującej metalowej „tkaniny”, o której w ostatnich miesiącach krążyło wiele spekulacji i która — co potwierdziła — nie obciera. Modelka gawędziła uprzejmie i ujmując szczerą prostotą z dygnitarzami, do których — autorka jest pewna — nikt jeszcze nigdy nie powiedział „Siema”. Zdawało się, że to doświadczenie uznali za odświeżające i absolutnie nieobcierające.
W tym miejscu Glenda przerwała lekturę, gdyż pytanie „Jakie kłopoty będziemy przez to miały?” usiłowało wypełnić cały jej umysł. A przecież żadnych kłopotów nie było, prawda? I nie będzie. Nie może być. Po pierwsze, kto mógłby podejrzewać, że ta piękność ze srebrzystą brodą, niczym jakaś bogini kuźni, jest pomocnicą kucharki? A po drugie, nie będzie żadnych kłopotów, dopóki ktoś nie spróbuje ich robić, ale wtedy będzie miał do czynienia z Glendą, a Glenda uczyni z nim, co trzeba, i to szybko. Ponieważ Jula była cudowna. Nadawała stronicy słonecznego blasku i nagle stało się oczywiste, że takiej urody nie można chować w piwnicy. Co z tego, że miała słownictwo złożone z mniej niż siedmiuset słów? Istnieje aż nadto ludzi nadzianych słowami jak indyki, a żadnego z nich nikt nie chciałby oglądać na pierwszej stronie.
Zresztą, myślała Glenda, wciągając płaszcz, to i tak długo nie potrwa. A poza tym, dodała do siebie, w końcu nikt raczej nie zauważy, że to Juliet. To zdumiewające: kobieta z brodą w żaden sposób nie powinna wyglądać atrakcyjnie, ale tutaj wyglądała. A gdyby to się przyjęło? Trzeba by dwa razy więcej czasu spędzać u fryzjera… Na pewno ktoś na to wpadnie, uznała.