Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-377-1
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]». Краткое содержание книги:
Od strony domu Stollopów nie dochodziły żadne dźwięki. To jej nie dziwiło — Juliet jakoś nie mogła opanować koncepcji punktualności. Glenda zajrzała jeszcze do sąsiedniego domu, by sprawdzić, jak się czuje wdowa Crowdy, po czym w drobnym deszczu ruszyła do swego bezpiecznego portu w nocnej kuchni. W połowie drogi niemal zapomniany ucisk pod sukienką przypomniał jej o obowiązkach, więc ośmieliła się zajrzeć do Królewskiego Banku Ankh-Morpork.
Drżąca ze strachu i przekory, podeszła do urzędnika za biurkiem, z rozmachem położyła na blacie pięćdziesiąt ciepłych dolarów i powiedziała:
— Chcę tu założyć konto, jasne?
Wyszła pięć minut później z nowiutką książeczką bankową i ciepłym wspomnieniem tego, jak elegancki mężczyzna za eleganckim biurkiem w eleganckim budynku nazywał ją „madame”. I rozkoszowała się tym uczuciem, dopóki nie zderzyło się z rzeczywistością mówiącą, że madame powinna raczej podwinąć rękawy i wziąć się do roboty.
Miała wiele do zrobienia. Zwykle szykowała zapiekanki przynajmniej dzień wcześniej, żeby mogły dojrzeć, ale wczorajszy apetyt pana Nutta dokonał sporego ubytku w spiżarni. Na szczęście jutro wieczorem nie będzie na nie popytu. Nawet magowie nie żądali zapiekanek po bankiecie.
A tak, bankiet, pomyślała, kiedy deszcz zaczął jej przesiąkać przez płaszcz. Bankiet… Trzeba coś zrobić w sprawie bankietu. Czasami, kiedy dziewczyna chce iść na bal, sama musi być dla siebie i wróżką, i matką chrzestną.
Istniało kilka przeszkód wymagających muśnięcia czarodziejskiej różdżki. Pani Whitlow rzeczywiście wprowadziła rodzaj apartheidu pomiędzy kuchniami dzienną a nocną, jak gdyby jeden ciąg schodów zmieniał naturę człowieka. Kolejnym kłopotem był fakt, że Glenda nie miała — wymaganej przez uniwersytecką tradycję — odpowiedniej figury, by podawać do stołu, zwłaszcza gdy siedzieli przy nim goście. I wreszcie Glenda nie miała odpowiedniego temperamentu, by usługiwać przy stole. Nie o to chodzi, że nie potrafiła się uśmiechać — naprawdę potrafiła, jeśli tylko została odpowiednio wcześniej uprzedzona. Tyle że nie znosiła uśmiechania się do ludzi, którzy w rzeczywistości zasługiwali raczej na trzepnięcie ścierką w ucho. Nie znosiła też zbierania niedojedzonych talerzy. Zawsze musiała walczyć z chęcią powiedzenia czegoś w rodzaju: „Dlaczego nakładałeś sobie na talerz, jeśli nie miałeś zamiaru kończyć?” albo „Przecież to kosztuje dolara za funta, a zostawiłeś połowę”, albo „Pewno, że wystygło, bo grałeś w stopki z tą młodą damą naprzeciwko, zamiast skupić się na jedzeniu”, albo też, gdyby wszystko inne zawiodło, „Wiesz, małe dzieci w Klatchu…”. Tego zdania używała jej matka, choć najwyraźniej pomijała jakąś znaczącą jego część.
Nie lubię marnotrawstwa, myślała Glenda, idąc korytarzem do nocnej kuchni. I nie musiałoby się zdarzać, gdyby człowiek znał się na kuchni, a jedzący poważnie traktowali posiłki.
Sama się nakręcała, wiedziała o tym. Od czasu do czasu wyjmowała z torby pierwszą stronę „Pulsu” i patrzyła na nią. To wszystko zdarzyło się naprawdę, a oto dowód. Ale to zabawne: codziennie zdarzało się coś dostatecznie ważnego, by trafić na pierwszą stronę azety. Nigdy jeszcze, po kupieniu codziennika, nie znalazła małego napisu o treści „Nic ciekawego się wczoraj nie działo, przepraszamy”. Natomiast jutro ten przepiękny obrazek posłuży do owijania ryby z frytkami i wszyscy o nim zapomną. A wtedy ona przestanie się martwić.
Zabrzmiało uprzejme chrząknięcie i rozpoznała je jako należące do Nutta, który miał chrząknięcie najuprzejmiejsze z możliwych.
— Słucham, panie Nutt?
— Pan Trev przysyła mnie z tym oto listem dla panny Juliet, panno Glendo — odparł Nutt, który najwyraźniej czekał przy schodach. Trzymał kopertę, jakby była obosiecznym mieczem.
— Obawiam się, że jeszcze nie dotarła — odparła Glenda. Nutt wszedł za nią na górę. — Ale odłożę go na tamtą półkę, gdzie musi go zauważyć. — Zerknęła na Nutta i zauważyła, że wpatruje się nieruchomo w półki zapiekanek. — Och, mam wrażenie, że upiekłam o jeden jabłecznik za dużo. Tak sobie myślę, czy mógłby mi pan pomóc usunąć go z pomieszczenia?
Uśmiechnął się z wdzięcznością, chwycił ciasto i wyszedł pospiesznie.
Znów samotna, Glenda przyjrzała się kopercie. Była z tych najtańszych, które wyglądały, jakby robiono je z odzyskanego papieru toaletowego. I nie wiadomo czemu zdawało się, że jest trochę większa.
Z jakichś nieodgadnionych przyczyn przypomniała sobie, że klej na tych kopertach jest tak marny, że aby je zamknąć, lepiej chyba by było solidnie się przeziębić. Każdy mógł taką kopertę zwyczajnie otworzyć, sprawdzić, co jest w środku, potem wydłubać trochę woskowiny i nikt by niczego nie zauważył.
Ale to byłoby bardzo złe.
Z piętnaście razy te same myśli przebiegły Glendzie przez głowę, nim do nocnej kuchni wkroczyła Juliet. Odwiesiła płaszcz i sięgnęła po fartuch.
— W omnibusie siedział taki jeden i czytał azetę, i tam było moje zdjęcie. Na samym wierzchu — oznajmiła podniecona.
Glenda przytaknęła i wręczyła jej swoją azetę.
— No, to chyba ja — uznała Juliet, przechylając głowę na ramię.
— Co teraz zrobimy?
— Otwórz ten piekielny list! — krzyknęła Glenda.
— Co?
— No ten… Trev przysłał ci list. — Porwała go z półki i podała Juliet. — Może od razu przeczytasz?
— Pewnie się tylko wygłupia.
— Nie! Czemu nie chcesz przeczytać? Nawet nie próbowałam go otwierać!
Juliet wzięła kopertę, która otworzyła się właściwie od dotknięcia. Zła strona Glendy pomyślała: żadnego kleju ani nic, mogłam zwyczajnie tam zajrzeć.
— Nie mogę czytać, kiedy tak blisko stoisz — powiedziała Juliet. Przez chwilę poruszała wargami, po czym oznajmiła: — Nic nie rozumiem. Same takie trudne słowa. Ale ładne, zakręcone pismo. W jednym kawałku jest napisane, że wyglądam jak letni dzień. O co mu chodzi? — Wcisnęła list w dłoń przyjaciółki. — Możesz mi to przeczytać? Wiesz, że sobie nie radzę z trudnymi słowami.
— Mam trochę roboty — mruknęła Glenda. — Ale skoro prosisz…
— Pierwszy raz dostaję list, który nie jest drukowanymi literami — wyznała Juliet.
Glenda usiadła i zaczęła czytać. Całe życie lektur tego, co sama nazwałaby złymi romansami, nagle przyniosło owoce. List wyglądał, jakby ktoś otworzył kurek z poezją, a potem wyjechał na wakacje. Ale mimo to słowa wyglądały pięknie. Było tam na przykład słowo „adorator”, stanowiące wyraźny sygnał, a także dużo o kwiatach i całkiem sporo tego, co wyglądało jak prośby opakowane w ozdobne litery. Po chwili wyjęła chustkę i zaczęła się wachlować.
— No więc o co tam chodzi? — spytała Juliet.
Glenda westchnęła. Jak tu zacząć? Jak rozmawiać z Juliet na temat porównań i metafor, i licencji poetyckiej owiniętej w cudownie ozdobne pismo?
Spróbowała.
— No wieeesz… W zasadzie to on mówi, że jesteś naprawdę niezła, chce się spotkać, obiecuje, że żadnego migdalenia. A pod spodem są jeszcze trzy małe iksy.
Juliet zaszlochała.
— To prześlicznie. Wyobraź sobie, że siada i pisze te wszystkie słówka specjalnie dla mnie. Prawdziwa poezja tylko dla mnie. Włożę sobie ten list pod poduszkę.
— Tak, podejrzewam, że coś takiego miał na myśli — westchnęła Glenda.
I pomyślała: Trev Likely poetą? Trudno uwierzyć.
Straszny ciężar naciskał na pęcherz Pepe, który w tej chwili znajdował się między młotem a kowadłem, jeśli nie było to nazbyt obraźliwe określenie jego pozycji pomiędzy madame a ścianą. Nadal spała. Chrapała przy tym imponująco, wykorzystując te wielotonowe chrapnięcia, znane — tym szczęśliwcom, którzy muszą ich słuchać każdej nocy — jako symfonia „errgh, errgh, errghh, blorrrt!”. W dodatku leżała mu na nodze. A w pokoju panowała absolutna ciemność. Zdołał jakoś uwolnić nogę, która w połowie zdrętwiała, i przystąpił do dobrze opanowanego poszukiwania nocnego naczynia; zaczął od postawienia stopy na pustej butelce szampana, która odtoczyła się, a on pozostał, leżąc płasko na wznak. Wymacał ją w mroku, sprawdził rzeczywiste opróżnienie — bo czasem człowiekowi sprzyja szczęście — po czym, można powiedzieć, wypełnił ją na nowo i odstawił na coś, co prawdopodobnie było stołem, ale w jego świadomości i w mroku równie dobrze mogło być pancernikiem.