Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #2
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
— Chyba spotkałem kogoś z twojej rodziny na Pustkowiach Trwogi, Grendel — rzucił Vuko zaczepnie. Nie spuszczając yeti z oka, zrobił kilka szermierczych kroków bokiem w stronę obozowiska, cały czas trzymając miecz równolegle do ziemi. Potwór odprowadził go kilkoma susami, po czym znowu uniósł się i zahukał, wyszczerzając zęby. Granica wyznaczona przez menhiry pozostała jednak nietknięta.
Drakkainen zrobił jeszcze kilka kroków, a nagle sapnął „E tam", odwrócił się i odszedł, nie chowając miecza. Uważał przez cały czas, miał nawet wrażenie, że czuje stwora gdzieś tam za plecami, ale zarazem coś mu mówiło, że zagrożenie minęło.
Miecz schował jednak dopiero, gdy dotarł do szałasu.
Cyfral wisiała w powietrzu nieruchomo w pozycji poziomej, z rozrzuconymi bezwstydnie nóżkami i rozłożonymi rączkami, obracając się wokół własnego miniaturowego pępka. Przejrzyste, opalizujące niczym plama ropy na wodzie skrzydełka zwisały nieruchomo.
Drakkainen usiadł na płaskim kamieniu i rozwiązał swój tobołek.
— Mam uważać, że zemdlałaś, czy że się zawiesiłaś? — zapytał. Troll za linią menhirów truchtał tam i z powrotem, powarkując nerwowo, jak w ogrodzie zoologicznym. Vuko rozpiął kołczan, wydobył swoje dwie ostatnie strzały. Znalazł odpowiedni kawałek drewna, który ostrugał starannie, następnie umieścił pomiędzy grotami i związał rzemieniem swoich poprzednich butów. Potem wyszukał długi kij, umocował na nim rozchylone strzały, oplatając wszystko kolejnym kawałkiem rzemienia i, pogwizdując, zszedł ostrożnie w dół zbocza do stóp wodospadu.
Wrócił po pół godzinie, wyraźnie zniechęcony i poirytowany. Pomiędzy grotami prowizorycznego harpuna wiło się oślizgłe, wężowate stworzenie, kojarzące się odlegle z gigantyczną pijawką, zwłaszcza z uwagi na tarczowatą przyssawkę, w której pojawiały się i znikały potrójne szczęki podobne do papuzich dziobów. Trochę to przypominało jakiegoś jelitowego pasożyta, powiększonego do rozmiarów ludzkiej nogi.
Vuko cisnął wijącą się zdobycz na ziemię i obdzielił przytomną już Cyfral ciężkim spojrzeniem.
— Ani słowa — wycedził i poszedł po drewno.
Milczał, rozpalając ognisko, spoglądał spode łba na tkwiącego przy słupach yeti. Potwór powarkiwał czasem w jego stronę albo wydawał z siebie kilka ostrzegawczych szczęknięć, ale wyglądało na to, że się znudził. Na ogół siedział tylko i z dziwacznie ludzkim zafrasowaniem na twarzy oglądał swój kciuk.
— Zgubiłem hełm na przełęczy — oznajmił Vuko zrzędliwie. — Taki dobry hełm. A teraz ani przynieść wody, ani zagotować.
— Będziesz tu biwakował? — spytała Cyfral.
— A co mam robić? Zadzwonić do furtki? Siedzę i czekam na pana Wszystkie Kopane Niedźwiedzie.
Znalazł sobie odpowiednio płaski kamień i, klnąc, usiłował wypatroszyć swoją oślizgłą zdobycz.
Kiedy siedział już przy ognisku, pykając fajkę i patrząc podejrzliwie na dzwonka dziwacznego wodnego stworzenia skwierczące na patyku oraz kapiące tłustymi kroplami w żar, zaczął zapadać zmierzch. Cyfral gdzieś znikła.
Drakkainen sięgnął po kawałek, który wydawał się upieczony, i ostrożnie zsunął go ostrzem noża na przygotowany liść. Wydłubał trochę szarego, parującego mięsa, przerzucając je między dłońmi, podmuchał, po czym przeżuł ostrożnie.
— Dobry Boże — powiedział z oburzeniem, wypluwając kęs w ognisko. — Pierwsza rzecz w całym cholernym kosmosie, która smakuje dokładnie tak, jak wygląda. Zdecydowanie nie przypomina kurczaka.
Poprawił pozostałe kawałki w nadziei, że mocniej upieczone staną się lepsze, powąchał palce i wytarł w trawę.
Wyciągnął przed siebie dłoń i wpatrywał się w nią przez chwilę, mamrocąc pod nosem. Nic się nie działo. Zapadał pochmurny, siny zmierzch. Szumiał wodospad. Gdzieś w górze rozległ się piskliwy zew polującego sokoła.
Vuko odwrócił dłoń w stronę ogniska.
— Abrakadabra — oznajmił ponuro i szczelniej okrył się peleryną. — Jebem to, piczku materinu!
Wraz ze zmrokiem pojawiła się mgła. Błyskawicznie i dziwacznie, jakby wypłynęła z dna kotliny, rozeszła się kłębami wokół menhirów. Bigfoot siedzący za słupami skulił się nagle i utonął w jej kłębach, widać było tylko jego oczy płonące żółtawo. Stwór wydał z siebie przeciągły, piskliwy jęk. Odpowiedział mu inny dźwięk. Basowe buczenie, dobiegające jakby spod ziemi. Głębokie, pełne infradźwięków, niemal na granicy słyszalności.
Drakkainen wyprostował się czujnie i przesunął dłoń do rękojeści miecza. Pociągnął lekko nosem. Opary cuchnęły dziwaczną spalenizną i zachowywały się inaczej niż zimna mgła, z którą miał do czynienia przedtem. Ponure buczenie odzywało mu się wibracjami gdzieś w czaszce i brzuchu.
— To nie jest tamta mgła — rzuciła Cyfral. — To coś innego.
— Widzę — mruknął.
— Ten dźwięk dobiega z wnętrza góry — powiedziała wyraźnie wystraszona. — Ze środka.
— Słyszę — odparł Vuko i lekko zmienił pozycję, wysuwając ostrze z pochwy na centymetr. Coś zapłonęło krótko i jaskrawo jak magnezja. Strzeliło gdzieś wewnątrz mgły, potem jeszcze raz między menhirami, w końcu tuż przed nim. Niedaleko. Najwyżej o dziesięć metrów. Buczenie ustało.
A w miejscu gdzie rozeszły się kłęby dymu, niespodziewanie stał potwór. Z wyszczerzoną, zębatą szczęką i sękatymi, jelenimi rogami, bezkształtny, pokryty ciemnym włosiem.
Dopiero po krótkiej chwili stało się jasne, że to jednak człowiek.
Niewysoki, chudy, okryty długą szubą, w wysokich, kosmatych butach, przypominających niemal walce z futra, i wymyślnym hełmie ozdobionym porożem. Okap hełmu i otaczające szczękę osłony policzkowe najeżone były wilczymi kłami. Sprawiało to takie wrażenie, jakby przybyły wyglądał wilkowi z otwartej paszczy.
Wyciągnął w stronę Drakkainena koślawy kostur ozdobiony brzękadłami i zwieńczony wyschniętą trupią dłonią ze sterczącym palcem, który mierzył prosto w twarz zwiadowcy.
— Odejdź, głupcze! — wrzasnął. — Bogowie milczą! Świat się kończy! Odejdź i ukryj się, zanim wąż połknie słońce! Nadchodzi czas ognia! Bogowie powstali przeciw sobie! Chcesz ich budzić? Naprawdę chcesz, by na ciebie spojrzeli? Myślisz, że zajmą się twoimi chorymi krowami albo brzemienną córką, kiedy szykują się do walki? Odejdź, zanim naprawdę się obudzą, głupcze!
Pod nogami przybyłego buchnął zielony, jaskrawy płomień i w powietrze wzbiła się kolejna chmura siwego, gęstego dymu.
— Wystarczyło powiedzieć „nieczynne" — powiedział Drakkainen, który od dłuższego czasu zmagał się w myślach ze słownikiem. Kiedy jednak zaczął mówić, jakoś to szło. — I pokazuj tym na coś innego. Mógłbym pożyczyć garnek i trochę soli?
— Kim ty jesteś, głupcze? — zapytał zbaraniały jegomość w rogatym hełmie. — Kim jesteś, żeby przyjść do mojej samotni pod Jęczącą Górą z gołymi rękami, naprzykrzać mi się i drwić?
— Bondswif Oba Niedźwiedzie, jak sądzę? — zapytał Drakkainen. Mierzący w jego twarz kostur trochę opadł. — Przybywam z daleka. Powiedziano mi, że jesteś największym Pieśniakiem... Pieśniarzem i możesz nauczyć mnie o pieśniach bogów.
Mag parsknął śmiechem i spojrzał na zwiadowcę jak na ogryzek.
— Ty? To masz być ty? Odejdź stąd, głupcze. Jesteś za stary. Odejdź. Uroczysko cię zabije.
Machnął kosturem gdzieś na północ.
— Tam z Ziemi Ognia i z Ziemi Słonej Trawy, i z Ziemi Koni przychodzą do mnie ludzie i proszą o pomoc! Czasem rodzą dziwne dzieci i też je przyprowadzają. Takie, które rodzą się z pieśnią bogów w rękach. Takie, które w kołysce ujarzmiają zwierzęta wzrokiem, a ledwo zaczną chodzić, potrafią odwrócić lot oszczepu. A ja je odsyłam. Od wielu lat nie widziałem nikogo, kto potrafiłby utrzymać w ryzach pieśni bogów. I tobie się zdaje, że będziesz to potrafił? Tobie? A co ty potrafisz? Jesteś Czyniącym?