Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
Pan Lodowego Ogrodu. Tom I - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom I

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
1 ... 43 44 45 46 47 48 49 50 51 ... 98
Перейти на страницу:

— To wszyscy — mówi krótko.

— A... dzieci?

— Wszyscy.

Dwór płonie.

Nie słychać już krzyków.

— To się często u was zdarza? — pytam, stawiając na stole dzban pełen piwa.

— Im bliżej domu, tym rozważny mąż ostrożniej wydaje srebro — odpowiada Grunaldi Ostatnie Słowo. — Ale i u nas zdarza się, że jeden drugiemu kupi piwa.

— Pytam o ruszające się ciernie z żelaza. O widziadła w zimnej mgle, które mogą zabijać. Wędrowców, którzy mogą zamknąć dwór żywymi okowami. Jednym słowem, jak słyszałem. O ludzi, którzy topią się na suchej ziemi, zostają zmienieni w kamień lub rosnące drzewo. O konie, które pojawiają się w huku gromu pośrodku puszczy. O gadające kruki.

Nalewa sobie do rogu i pije bez słowa, a potem wstawia go w okrągły otwór na blacie.

— Kiedy byłem młodszy, mówiłem, że to wszystko bajędy. Gadki, które opowiada się z nudów zimą. Ale teraz jestem mężem w sile wieku i niejedno już widziałem. Nie wiem, co z tego było prawdą, ale jeżeli tylko połowa, to znaczy, że to, co gadają o tej wojnie bogów, to chyba prawda. Skąd przybyłeś, że o to pytasz?

— Z daleka. Z tak daleka, że u nas to także bajki.

Wzrusza ramionami.

— Im dalej jesteś od domu, tym dłużej go nie widzisz. Skąd wiesz, co tam się teraz dzieje?

Moczy palec w piwie i kreśli nim bezmyślnie kreski na blacie.

— Kiedyś zdarzało się, że spotkałeś boga twarzą w twarz. Raz, dwa razy w życiu. Mój ojciec spotkał, kiedy był młody. Omal nie umarł wtedy ze strachu. Bał się, że zostanie wybrańcem. To był Urd Łowca. Wiesz, jak to jest z bogami. Podróżują po świecie i wyglądają jak normalni ludzie. Ten wyglądał jak dzieciak. Dwunastoletni chłopiec ubrany w skórę górskiego wilka, z jego kłami na szyi i z rogiem kolczastego jelenia w dłoni. Stary nie był głupi, więc natychmiast czmychnął. A wtedy ścieżkę przegradza mu lawina i na kamieniach zjeżdża ten dzieciak, tylko trzy razy większy. Dookoła światło i zwierzaki się zewsząd złażą. Patrzy na ojca i pyta: „Nie chcesz być bohaterem opowieści?”. Stary na to, że za żadne skarby świata. Wiadomo, jak to się kończy, gdy bóg cię zauważy i czegoś zechce. Ojciec tak mu powiedział. A tamten się śmieje i mówi: „Dobrze, więc nie zagrasz ze mną. Odejdź”. Ojciec odszedł i żył sobie dalej. Ale przysięgam, że przez całe życie nigdy nie przytrafiło mu się nic ciekawego. Nic. Ani dobrego, ani złego. Jak poszedł na polowanie, trwało to może do południa. Zawsze coś wyszło i stawało mu do strzału. Takie ani duże, ani małe. Średnie. Chciał płynąć na morze i udało mu się chyba za piątym rokiem z kolei. Popłynęli ledwo za wyspy ostrogowe i trafili na dryfującą pustą galerę kupiecką. Kupa towaru i ze trzech chorych Amitrajów. Zabrali wszystko i do domu. Nie było dalej czego szukać. Popłynął jeszcze raz i gdziekolwiek się udali, tam stała mgła. Nigdzie nie mogli trafić, chyba że popłynęli z powrotem. Jeszcze parę takich przygód i rozeszło się. Nikt go nie chciał u siebie na burcie. Takie życie miał mój stary. Poszedł w konkury, to go z miejsca przyjęli. Dziewucha ani mądra, ani głupia, ani ładna, ani brzydka. No, nudna. I tak żył. Tylko pole, barany, ryby, baby i dzieciaki. Całe życie patrzył tylko, jak deszcz kapie z dachu, jak się obracają żarna albo rośnie zboże. Aż się rozpił z tej nudy. Kiedy umierał, to powiedział, że chociaż raz coś mu się przydarzy.

— Ładna historyjka. Powiedz mi, Grunaldi, gdzie mogę spotkać Pieśniarza?

— A na co ci Pieśniarz? Mało masz kłopotów?

— Mówiłem ci już, kogo szukam.

— A dlaczego to Pieśniarz miałby coś o nich wiedzieć?

— Bo ma tę... moc. Niech się na coś przyda.

— Powiem ci coś o Pieśniarzach. Najlepszy jest taki, który jest za mądry, żeby czynić. Myślisz, że ten, co tak pięknie załatwił dwór Skifanara, był potężny? Ja ci mówię, że on nawet nie wie do dziś, co zrobił. Rozeźlił się trochę i poszedł. I samo się stało. A dwa dni później zgubił kozik i rozzłościł się na samego siebie, więc teraz sam jest kępą tego bluszczu. Tak to jest z tymi ich pieśniami. U nas był jeden, który chciał, żeby dziewki nie mogły mu się oprzeć. Zwyczajna rzecz — pieśń bogów jak złoto, taka, co to o niej opowiadają w gadkach o bogach. Co popatrzy na którą, pomamrocze, to go będzie kochała. Znalazł jakiegoś wędrownego, jednookiego dziada, który powiedział, że go nauczy. Potem polazł na uroczyska. Normalnie uroczysko takiego zabije, ale temu się udało. Dostał swoją pieśń bogów. Zapomniał tylko się nauczyć, jak je odsyłać. Kłębiły mu się po chałupie, wieszały wokół na jabłoniach, ale odpędzać się nie dały. Uciekł wreszcie, to go dopadli ich krewni, poddusili, poderżnęli gardło, wrzucili w bagno i przybili kołkiem. A tamte kobity dalej na niego czekają. Nie można ich zabrać nawet siłą. Stare już są, ale czekają. Stoją przy drodze i patrzą. Nie, bracie. Pieśni bogów są dla bogów. Człowiek nad tym nie panuje. Bywają tacy, którzy zabierają Pieśniarzy na okręty. Niech mu odwraca oszczepy i strzały wroga, niech osłoni wszystkich przed ogniem albo sprowadzi wiatr. Rzadko wracają. Nawet deski po takim okręcie nie znajdziesz. Bo widzisz, strzała, która zmieni lot, gdzieś musi polecieć. Wiatr, który przybędzie na wezwanie, sprowadzi sztorm albo ciszę za dwa dni. Pieśniarz wygina linie losu i zaraz potem wszystko zamienia się w węzeł. Wszystko, co tak wyszachrujesz, wraca potem dwa razy i w jeszcze gorszej postaci albo świat wokół potwornieje. Nie ma nic za darmo.

— Chcę tylko takiego zobaczyć. Chcę zrozumieć, co to jest.

Grunaldi wypija kolejny łyk i drapie się pod mycką. Z ognistą brodą i żółtymi włosami powinien wyglądać jak klaun, ale nie robi na mnie takiego wrażenia. Chyba się już przyzwyczaiłem. Miły chłop, ale co mi pomoże.

Nie znajdę ich. Potrzebny jest trop. Ślad. A ja nie mam nic. Potrzebna jest hipoteza. Robocze wyjaśnienie. Bez tego będę po prostu gapił się z otwartą gębą na coraz dziwniejsze wydarzenia. Szukam czworga ludzi wśród tysięcy na dzikim kontynencie. Miliony hektarów lasów, gór i wrzosowisk. Tysiące osad i żadnej mapy. Nie istnieją dokumenty ani władza. Człowiek nazywa się tak, jak się przedstawia. Tutaj, jeżeli nikt cię nie zapamiętał, to znaczy, że nie istniejesz.

Wokół naszego stołu co chwila przechodzi ktoś, kto z punktu widzenia tutejszych jest cudacznie ubrany i nie zna języka. Oto wielki drab z rozciągniętymi uszami i wypukłymi wzorami blizn na miedzianych policzkach, ma na sobie tylko haftowaną kamizelkę i bufiaste szarawary. Za chwilę przechodzi ktoś w białym płaszczu spowijającym całe ciało, jest bardzo wysoki i chudy, ale nie wiadomo nawet, jakiej jest płci. Szczelinę w zawoju osłania siatka z paciorków, nie widać nawet oczu, z kłębowiska białych fałdów wystaje tylko jedna chuda dłoń, dzierżąca rzeźbioną laseczkę z kości, zakończoną czerwoną kitą włosia. Nikt nie zwraca na nich uwagi. Moi uczeni musieliby tu wjechać różowym cadillakiem rocznik ‘57, żeby ich zapamiętano.

Za dużo tu ruchu.

— Wracaj z nami — proponuje Grunaldi. — Jeżeli nie znajdziesz tych swoich, przezimuj u mnie. Popłyniemy w górę Dragoriny do kraju Ognia. Może i Atleif zechce, żebyś został na jego dworze?

Uśmiecham się.

— Zobaczymy.

— Niewielu nas wraca w tym roku — mówi nieoczekiwanie. — Wypłynęliśmy w trzy okręty. Trzy piękne trakkeny, po pięćdziesięciu chłopa na każdym. Wracamy jednym w dwudziestu. To nie będzie wesołe powitanie.

Unoszę brwi, ale wypija duszkiem zawartość rogu i nie mówi nic więcej.

Zostawiam go tymczasem i idę czegoś szukać. Sam nie wiem właściwie, czego.

Nauczono mnie mnóstwa rzeczy. Mogę porozumieć się w sześciu tutejszych językach, mogę widzieć w ciemnościach, umiałbym ich właściwie nawet wywęszyć. Ale przecież nie po dwóch latach.

1 ... 43 44 45 46 47 48 49 50 51 ... 98
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)