Oko czasu [Time's Eye - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М., Кларк Артур Чарльз
- Серия: Odyseja czasu #1
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Vis-
- ISBN: 978-83-61516-00-2
- Переводчик: Stefan Baranowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Oko czasu [Time's Eye - pl]». Краткое содержание книги:
Filip był zachwycony.
— Aleksander kazał sporządzić dla Bucefała rodzaj pióropusza ze złotymi rogami, który zakładał mu na czas bitwy. Pani, jeżeli Król kiedyś będzie bliski śmierci…
— Wtedy mu powiedz.
Kiedy odszedł, zwróciła się do de Morgana:
— A ty zatrzymaj to dla siebie. Rozłożył ręce.
— Oczywiście. Musimy utrzymać Aleksandra przy życiu, jeżeli już tu utknęliśmy, może rzeczywiście być naszą największą nadzieją na ocalenie czegoś ze wspólnej przyszłości. Ale na wszystkich bogów, Biseso! Dlaczego nie sprzedałaś mu tych pigułek? Aleksander jest tysiąc razy bogatszy od każdego człowieka swojej epoki! Cóż za marnotrawstwo…
Śmiejąc się, odeszła.
24. Polowanie
Przygotowania do battue zostały zakończone.
Na polowanie, które miało być przeprowadzone na wzór ćwiczeń wojskowych, przeznaczono ogromny obszar stepu. Oddziały wojska ustawiono w wielki kordon, przy czym każdy oddział miał dowódcę w randze generała. Naganiacze otoczyli część środkową, poruszając się jak podczas manewrów, a zwiadowcy poprzedzali główne oddziały wojska, które zamknęły skrzydła po obu stronach. Łączność między poszczególnymi oddziałami utrzymywano za pomocą trąbek i flag, a kiedy koło definitywnie się zamknęło, tak już miało pozostać do końca.
Kiedy proces płoszenia zwierzyny się rozpoczął, sam Czyngis-chan poprowadził królewski orszak do niskiego grzbietu, który miał stanowić punkt obserwacyjny. Cała Złota Rodzina musiała być obecna, wraz z żonami i konkubinami cesarza, jego szambelanami i sługami. Razem z nimi podróżował Yeh-lii, który zabrał ze sobą Kolę, Sabie oraz tłumaczy.
Skala przedsięwzięcia była zdumiewająca. Kiedy Kola znalazł się na grzbiecie, na równinie poniżej zobaczył jedynie kilka oddziałów ustawionych w zwartym szyku, z powiewającymi sztandarami i niespokojnie poruszającymi się końmi; reszta znajdowała się gdzieś za horyzontem. Był zaskoczony obfitością jedzenia i napojów przeznaczonych dla królewskiego orszaku.
Podczas gdy czekano, aż płoszenie zwierzyny dobiegnie końca, Złotą Rodzinę zabawiano popisami ptaków do polowań. Pewien człowiek przyniósł potężnego orła, który siedział na wielkiej rękawicy. Kiedy ptak rozpostarł skrzydła, ich rozpiętość okazała się większa niż wzrost właściciela. Kiedy wypuszczono jagnię, ptak rzucił się na nie tak gwałtownie, że zwalił właściciela z nóg, ku uciesze królewskiego orszaku.
Potem odbyły się wyścigi konne. Mongolskie wyścigi były rozgrywane na dystansie wielu kilometrów i Kola ze swego stanowiska widział jedynie etap końcowy. Dżokeje, którymi były dzieci nieprzekraczające siedmiu czy ośmiu lat życia, siedzieli boso na grzbietach dorosłych wierzchowców. Walka była zażarta, a pobliską metę spowijały kłęby kurzu. Złota Rodzina rzucała zwycięzcom złoto i klejnoty.
W oczach Koli był to kolejny przykład mongolskiej mieszaniny barbarzyństwa i prostackiej ostentacji albo, jak powiedziała Sabie: — Ci ludzie rzeczywiście w ogóle nie mają gustu. — Ale Kola nie mógł zaprzeczyć, że samego Czyngis-chana otaczała aura spokoju.
Wychowany w wojskowej dyscyplinie, zręczny, pełen determinacji i nieprzekupny polityk, Czyngis-chan był synem wodza jednego z klanów. Naprawdę nazywał się Temiijin, co oznacza kowala; jego przybrane imię znaczyło „władca wszystkich”. Dziesięć lat trwały bratobójcze walki, zanim Temiijin zjednoczył wszystkich Mongołów, tworząc w ten sposób jeden naród i został „władcą wszystkich plemion zamieszkujących filcowe namioty”.
Mongolskie armie składały się niemal wyłącznie z konnicy, wysoce mobilnej, zdyscyplinowanej i szybkiej. Styl ich walki został doprowadzony do perfekcji w ciągu wielu pokoleń wypełnionych polowaniami i walkami na równinach. Dla ludów osiadłych, zamieszkujących wsie i miasta na skraju stepu, Mongołowie byli uciążliwymi sąsiadami, ale nie byli wyjątkiem. Przez wiele stuleci na wielkim azjatyckim lądzie grasowały armie jeźdźców i Mongołowie byli po prostu ostatnimi przedstawicielami owej długiej i krwawej tradycji. Ale pod rządami Czyngis-chana wstąpiła w nich furia.
Czyngis-chan rozpoczął kampanię skierowaną przeciwko trzem ludom zamieszkującym Chiny. Szybko wzbogaciwszy się na grabieży, Mongołowie zwrócili się następnie na zachód i zaatakowali Khwarezm, bogaty i stary kraj islamski rozciągający się od Iranu do Morza Kaspijskiego. Potem, przekroczywszy Kaukaz, dotarli do Ukrainy i Krymu, po czym przypuścili wściekły atak na Rosję. Kiedy Czyngis-chan umierał, jego imperium, zbudowane w ciągu jednego pokolenia, było czterokrotnie większe od imperium Aleksandra i dwa razy większe od Cesarstwa Rzymskiego za czasów jego największej świetności.
Jednakże Czyngis-chan pozostał barbarzyńcą i jego jedynym celem było umocnienie i wzbogacenie Złotej Rodziny. A Mongołowie byli ludem zabójców. Ich okrucieństwo wywodziło się z tradycji: jako niepiśmienni koczownicy nie widzieli żadnego sensu w uprawie roli, nie rozumieli znaczenia miast, poza tym, że były kopalnią łupów i nie przywiązywali żadnej wagi do ludzkiego życia. Takie było kredo wszystkich podbojów.
Teraz Kola został w czarodziejski sposób przeniesiony do samego serca mongolskiego imperium. I tutaj korzyści wynikające z istnienia imperium były wyraźniej widoczne niż w książkach historycznych napisanych przez potomków pokonanych nieprzyjaciół. Po raz pierwszy w historii Azja została zjednoczona, od granic Europy aż po Morze Południowochińskie; na gobelinach, które zdobiły namioty Czyngis-chana, widniały chińskie smoki i perskie feniksy. Chociaż po rozpadzie mongolskiego imperium kontakty z tą częścią świata ustały, mity wschodnich ludów zastąpiły wspomnienia — wspomnienia, które pewnego dnia zainspirowały Krzysztofa Kolumba do wyprawy przez Ocean Atlantycki, w poszukiwaniu nowego szlaku do Chin.
Ale podbite kraje ucierpiały ogromnie. Starożytne miasta zostały starte z powierzchni ziemi, a cała ludność wymordowana. „Nawet kiedy Kola podziwiał pawilon samego Czyngis-chana, było dlań oczywiste, że korzyści wynikające z istnienia imperium były niewiele warte w zestawieniu z ogromem ludzkiej niedoli.
Ale Sabie, jak to wyraźnie widział, pociągał pazerny przepych Mongołów.
W końcu na horyzoncie pojawili się z wrzaskiem naganiacze, zbliżając się do terenu łowów. Biegacze rozciągnęli liny między oddziałami wojska, tworząc kordon. Osaczone zwierzęta biegały tam i z powrotem, ledwo widoczne w wielkim tumanie wzniecanego przez siebie pyłu.
Kola próbował przeniknąć wzrokiem chmurę pyłu.
— Zastanawiam się, co złapali. Widzę konie, może osły, wilki, hieny, lisy, wielbłądy, zające — wszystkie zwierzęta są przerażone.
Sabie wyciągnęła dłoń.
— Popatrz tam.
Z chmury pyłu wyłonił się jakiś wielki kształt. Był jak wielki głaz, na początku pomyślał Kola, jak część samej ziemi, znacznie wyższy od człowieka. Ale poruszał się ciężko, jego wielkie barki unosiły się i opadały, a rdzawobrązowa sierść lśniła w świetle słońca. Kiedy uniósł głowę, Kola ujrzał zakrzywioną trąbę i spiralne kły i usłyszał donośne trąbienie.
— Mamut — wyszeptał. — Myśliwi Czyngis-chana, przekroczywszy plaster czasu, schwytali więcej, niż się spodziewali, być świadkiem czegoś takiego, to jak sen. Gdybyśmy tylko mieli kamerę!
Ale Sabie pozostała obojętna.
Czyngis-chan trochę sztywno dosiadł konia. Ruszył do przodu z kilkoma strażnikami po obu stronach. Jego przywilejem było uśmiercenie pierwszego zwierzęcia. Zajął pozycję niecałe dwadzieścia metrów poniżej Koli i czekał, aż zwierzę zostanie ku niemu zagnane.