Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– Aż do tego momentu nie przyszło ci do głowy, że oni śpią ze sobą, Zavalita – roześmiał się Garlitos. – Myślałeś, że patrzą sobie w oczy i trzymają się za rączki, i deklamują wiersze Majakowskiego i Nazima Hikmeta.
Teraz wszyscy się poruszyli, Hektor ociera twarz, Solórzano gapił się w sufit, ale dlaczego tamten nie podszedł bliżej, dlaczego krył się gdzieś z tyłu i nic nie mówił. Aida ciągle stała koło ciebie, Zavalita, dłonie już teraz miała rozwarte, na małym palcu połyskiwała srebrna obrączka z jej inicjałami, paznokcie krótko przycięte, jak u mężczyzny. Santiago podniósł rękę i Washington dał mu znak, żeby mówił.
– Za godzinę zbiera się Zrzeszenie, a myśmy jeszcze nic nie postanowili – byłem zgnębiony, bałem się, że zaraz mi się załamie głos, myśli. – Czy mamy teraz tracić czas na roztrząsanie czyichś prywatnych spraw?
Umilkł, zapalił papierosa, płonąca zapałka poleciała na podłogę, przydeptał ją. Na ich twarzach zobaczył zdumienie, zobaczył kiełkujący gniew. Oddech Aidy ciągle tuż, blisko, niespokojny, ciężki.
– Masz rację, sprawy osobiste nas nie obchodzą – mruknął Washington z niesmakiem. – Ale to, co nam przed chwilą powiedziała Aida, to poważny problem.
Milczenie najeżone kolcami, myśli, i nagły, ogłupiający, duszący upał.
– Mnie nie obchodzi, że tych dwoje się kłóciło, zamykało w domu czy próbowało samobójstwa – powiedział Hektor z chustką przy twarzy. – Natomiast chciałbym wiedzieć, co jest z włókniarzami i jak wygląda sytuacja na Uniwersytecie Katolickim. Jeśli towarzysze mieli tam iść, a nie poszli, to niech nam wytłumaczą dlaczego.
– Towarzyszka już wyjaśniła – zaszemrał ptasi głos. – Teraz niech ten drugi towarzysz poda swoją wersję i skończmy Z tym wreszcie.
Oczy, które zwróciły się ku drzwiom, powolne kroki Jacoba, Jacobo obok Aidy. Jego pomięte jasnoniebieskie ubranie, koszula wyłażąca ze spodni, nie zapięta marynarka, przekrzywiony krawat.
– To prawda, co mówiła Aida, poniosły mnie nerwy – zacinał się przy każdym słowie, myśli, chwiał się na nogach jak pijany. – Zaślepiło mnie, miałem moment słabości, kryzys. Może to przez te wszystkie niedospane noce, towarzysze. Podporządkuję się każdej decyzji, towarzysze.
– Nie pozwoliłeś Aidzie iść na Katolicki? – powiedział Solórzano. – Naprawdę nie poszedłeś na spotkanie z włókniarzami, naprawdę nie chciałeś puścić Aidy na zebranie?
– Nie wiem, co się ze mną działo, nie wiem – te oczy pełne strachu, udręczone, myśli, i to spojrzenie szaleńca. – Proszę was wszystkich o wybaczenie. Chcę przezwyciężyć moją słabość, pomóżcie mi, towarzysze. To, co towarzyszka, to, co Aida, to prawda. Pogodzę się z każdą waszą decyzją, towarzysze.
Skończył, cofnął się pod drzwi i Santiago już go nie widział. Aida znowu sama, jej posiniała ręka, wyprężona i napięta. Solórzano wstał, ze zmarszczonym czołem.
– Powiem otwarcie, co myślę – jego twarz wykrzywiona gniewem, myśli, i głos brzmiący rozczarowaniem. – Głosowałem za strajkiem, bo przekonały mnie argumenty Jacoba. On był wtedy największym entuzjastą, dlatego wybraliśmy go na delegata do Zrzeszenia i do komitetu strajkowego. Muszę wam przypomnieć, że gdy towarzysz Jacobo zachowywał się jak egoista, w tym samym czasie zatrzymano Martineza. Uważam, że powinniśmy w jakiś sposób napiętnować takie uchybienie. Nawiązanie kontaktu z włókniarzami, z Katolickim, to w chwili obecnej, a zresztą co tam się będę rozwodził, wszyscy wiemy. Takie rzeczy nie powinny się zdarzać, towarzysze.
– Jasne, że to poważna historia, to oczywiste wykroczenie – powiedział Hektor. – Ale teraz nie mamy czasu, Solórzano. Za pół godziny zbierają się ci ze Zrzeszenia.
– Byłoby szaleństwem tracić czas na takie sprawy, towarzysze – ptasi głosik, zaniepokojony, niecierpliwy, podniesiona rączka. – Trzeba to odłożyć na później, a teraz wrócić do zasadniczego tematu naszej narady.
– Proszę o odłożenie dyskusji nad sprawą Jacoba do najbliższego spotkania – powiedział Santiago.
– Nie chciałbym nikogo obrażać, ale Jacobo nie powinien uczestniczyć w zebraniu – powiedział Washington; zawahał się i po chwili dodał: – Wydaje mi się, że nie można mieć do niego zaufania.
– Poddaj pod głosowanie mój wniosek – powiedział Santiago. – Teraz tracimy czas przez ciebie, Washington. Chcesz, żebyśmy zapomnieli o strajku, o Zrzeszeniu, i całą noc kłócili się o Jacoba?
– Czas ucieka, towarzysze – nalegał, błagał Llaque. – Opamiętajcie się.
– W porządku, głosujemy – powiedział Washington. – Jacobo, masz jeszcze coś do powiedzenia?
Jego kroki, jego postać, wyjął ręce z kieszeni i zacisnął jedną na drugiej. Jasne kosmyki spadały mu na uszy, jego oczy nie były już takie bystre i ironiczne jak na zebraniach kółka, myśli, z każdego ruchu biło poczucie kęski i poniżenia.
– A ja myślałem, że dla niego istnieje tylko organizacja i rewolucja – powiedział Santiago. – No i widzisz, Garlitos, nagle okazuje się, że to nieprawda. Był taki sam jak ty, jak ja, ot, zwykły człowiek z krwi i kości.
– Rozumiem wasze wątpliwości, nie macie już do mnie zaufania – wybąkał. – Jestem gotów złożyć samokrytykę, podporządkuję się każdej decyzji. Dajcie mi szansę, żebym mógł się czymś wykazać, pozwólcie mi, towarzysze, mimo wszystko.
– Lepiej wyjdź z pokoju, dopóki nie zakończymy głosowania – powiedział Washington.
Santiago nie słyszał, kiedy tamten otworzył drzwi; wiedział tylko, że wyszedł, bo żarówka zakołysała się i drgnęły cienie na ścianach. Wstał, wziął Aidę za ramię i wskazał jej krzesło. Usiadła. Jej ręce na kolanach, myśli, jej czarne, wilgotne rzęsy, włosy bezładnie opadające na kark, jej uszy jak w gorączce. Gdyby tak wtedy uniosła się twoja dłoń, myśli, gdyby dotknęła jej szyi, głaskać te włosy, wsunąć w nie palce, unieść rękę i jeszcze, i jeszcze. Ach, Zavalita.
– Najpierw przegłosujemy wniosek Aidy – powiedział Washington. – Kto jest za usunięciem Jacoba, niech podniesie rękę.
– Mój wniosek był pierwszy – powiedział Santiago. – Przegłosujmy najpierw mój wniosek.
Ale Washington i Solórzano już podnieśli ręce. Wszyscy znów patrzyli na Aidę: siedziała ze spuszczoną głową z dłońmi na kolanach.
– Ty nie jesteś za? Przecież sama chciałaś – prawie krzyknął Solórzano.
– Zmieniłam zdanie – zaszlochała Aida. – Towarzysz Llaque ma rację. Trzeba to przełożyć na kiedy indziej.
– Nie do wiary powiedział ptasi głosik. – Co tu się dzieje, psiakrew.
– Balona z nas robisz czy jak? – powiedział Solórzano. – Czego ty właściwie chcesz, Aida?
– Zmieniłam zdanie – szepnęła Aida nie podnosząc głowy.
– Co jest, psiakrew – zaszemrał ptasi głosik. – Co się dzieje, to kpiny.
– Skończmy już te przekomarzania – powiedział Washington. – Kto jest za odłożeniem dyskusji nad tą sprawą.
Llaque, Hektor i Santiago podnieśli ręce, a zaraz potem Aida. Hektor śmiał się. Solórzano pokazywał na brzuch, że niby mu się chce rzygać, ptasi głos powtarzał co jest, psiakrew.
– Kobiety są niezrównane – powiedział Garlitos. – Tancerki, komunistki, burżujki, kolorowe czy białe, wszystkie mają coś, czego my nie mamy. Nie lepiej być ciotą, Zavalita? Dojść do porozumienia z kimś, kogo znasz, a nie z tymi przedziwnymi stworzeniami.
– Wobec tego zawołajcie Jacoba i dość tego cyrku – powiedział Washington. – Wracamy do poważnych spraw.
Santiago odwrócił się: otwarte drzwi, ogłupiała twarz Jacoba, który wpadł nagle do pokoju.
– Trzy auta policyjne przed bramą – szepnął łapiąc za ramię Santiago. – Cała kupa tajniaków i oficer.
– Zamknąć drzwi, do jasnej cholery – odezwał się ptasi głosik.