Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 43 44 45 46 47 48 49 50 51 ... 173
Перейти на страницу:

Bo Ver­dan­no ko­cha­li ko­nie. Ko­cha­li je obłęd­ną, sza­lo­ną mi­ło­ścią. Po­wia­da­no, że Wo­zak prę­dzej do­pu­ści do tego, żeby jego dzie­ci po­umie­ra­ły z gło­du, niż po­zwo­li, by jego ko­nie za­zna­ły nie­do­stat­ku. Prze­sa­da, ale nie­wiel­ka. Przy czym w swo­ich zwy­cza­jach nie byli bez­myśl­ny­mi fa­na­ty­ka­mi. Z po­zba­wio­nym bi­go­te­rii prag­ma­ty­zmem uzna­wa­li, że inne ludy jeż­dżą kon­no, więc ro­bi­li wszyst­ko, aby ulżyć koń­skim grzbie­tom, i dla­te­go też mie­li naj­lep­szych ry­ma­rzy na Ste­pach. I ko­wa­li. Ele­men­ty koń­skie­go opo­rzą­dze­nia, po­wsta­ją­ce w kuź­ni And’ewer­sa, łą­czy­ły w so­bie pięk­no i prak­tycz­ność. Ver­dan­no byli ab­so­lut­ny­mi mi­strza­mi w wy­twa­rza­niu koń­skich uprzę­ży. Z po­dob­nym prag­ma­ty­zmem przyj­mo­wa­li, że w cza­sie woj­ny moż­na ra­nić i za­bi­jać ko­nie wro­ga, od­da­jąc im jed­nak hołd na­leż­ny szla­chet­ne­mu prze­ciw­ni­ko­wi. Zda­rza­ło się, że po bi­twie zo­sta­wia­li lu­dzi na żer sę­pom, a ko­niom usy­py­wa­li wy­so­ki kur­han.

Lecz sta­ra le­gen­da ro­bi­ła z nich pie­chu­rów i woź­ni­ców. Ni­g­dy jeźdź­ców.

I to wła­śnie przy­wio­dło ich do klę­ski. Za­pra­wio­ne w bo­jach se-koh­landz­kie ar­mie prze­ci­na­ły szla­ki wę­dró­wek wiel­kich ka­ra­wan i ude­rza­ły na nie z za­sko­cze­nia. Cza­sem uda­wa­ło im się roz­bić je w pierw­szym ata­ku, kie­dy in­dziej ka­ra­wa­na osko­ru­pia­ła się war­stwą pan­cer­nych wo­zów i za­mie­nia­ła w wa­row­ny obóz. Ko­czow­ni­cy uczy­li się je zdo­by­wać, cza­ra­mi i siłą, i wkrót­ce żad­ne ru­cho­me mia­sto nie mo­gło czuć się bez­piecz­nie. Och, bi­twy były za­wzię­te, lek­kie ry­dwa­ny Ver­dan­no po­ka­zy­wa­ły, co po­tra­fią, bo woź­ni­ce Ver­dan­no nie dar­mo ucho­dzi­li za naj­lep­szych na świe­cie. Lecz ry­dwa­ny nie po­ko­na­ją ka­wa­le­rii, zwłasz­cza ta­kiej jak se-koh­landz­ka. I ka­ra­wa­ny-mia­sta pa­da­ły jed­na po dru­giej.

Naj­dłu­żej utrzy­ma­ła się naj­więk­sza z nich, zwa­na Hav’lood, Kró­lew­skim Gro­dem. Two­rzy­ło ją po­nad dzie­sięć ty­się­cy wo­zów, któ­re usta­wio­ne w po­tęż­ny, po­czwór­ny mur, przez pół roku od­pie­ra­ły ata­ki pięć­dzie­się­cio­ty­sięcz­nej ar­mii ko­czow­ni­ków. Cza­row­ni­cy Ver­dan­no prze­ciw­sta­wia­li się Źre­bia­rzom Ojca Woj­ny tak sku­tecz­nie, że ten wresz­cie za­ka­zał swo­im sza­ma­nom udzia­łu w wal­ce, śnia­do­skó­rzy wo­jow­ni­cy od­pie­ra­li je­den atak za dru­gim, a we­wnątrz ol­brzy­mie­go czwo­ro­bo­ku pa­sły się wiel­kie ta­bu­ny. I to one zgu­bi­ły w koń­cu obroń­ców, bo ci nie po­tra­fi­li roz­stać się ze swo­imi koń­mi. Gdy za­czę­ło się ob­lę­że­nie, pod nóż po­szły wszyst­kie kro­wy, woły i owce. Lecz nie ko­nie. A tra­wy we­wnątrz wa­row­ne­go obo­zu było za mało i gdy skoń­czy­ły się za­pa­sy pa­szy, a lu­dzie za­czę­li od­da­wać wła­sną żyw­ność zwie­rzę­tom, ostat­ni wład­ca Ver­dan­no na­ka­zał roz­piąć łań­cu­chy spi­na­ją­ce wozy. Czas wiel­kich ka­ra­wan do­biegł koń­ca.

Zdu­mie­wa­ją­ce, że Oj­ciec Woj­ny po­trak­to­wał pod­bi­tych ła­god­nie. Po­zwo­lił im za­trzy­mać wozy, po­zwo­lił za­cho­wać część stad, po­zwo­lił na­wet wę­dro­wać po Ste­pach. Za­brał tyl­ko każ­de dzie­więć z dzie­się­ciu sztuk by­dła i osiem z dzie­się­ciu wy­piesz­czo­nych koni oraz ka­zał so­bie pła­cić da­ni­nę w tym, w wy­twa­rza­niu cze­go Ver­dan­no byli naj­lep­si. W koń­skim opo­rzą­dze­niu. W koń­cu dla na­ro­du jeźdź­ców do­bre sio­dła i uprzę­że były na wagę zło­ta. Wy­da­wa­ło się, że Wo­za­cy wy­szli z tego star­cia le­piej niż ja­kie­kol­wiek inne ple­mię przed nimi, na­dal mie­li wła­sne zie­mie, wła­sne wozy i część wła­snych stad.

Ale więk­szość ich uko­cha­nych koni, któ­re ni­g­dy nie za­zna­ły sio­dła na grzbie­cie, słu­ży­ło te­raz in­nym pa­nom. I to była rana, któ­ra ją­trzy­ła się w ich ser­cach.

Ko­czow­ni­cy osią­gnę­li woj­ną z Wo­za­ka­mi wszyst­ko, co chcie­li. Za­gar­nę­li set­ki ty­się­cy sztuk by­dła i koni oraz za­pew­ni­li so­bie nie­prze­rwa­ne do­sta­wy naj­lep­szych koń­skich rzę­dów na świe­cie. A przy­go­to­wu­ją­ca się do ata­ku na Me­ekhan kon­na ar­mia po­trze­bo­wa­ła ich nie­ogra­ni­czo­ną ilość. Kil­ka lat po ata­ku na Pół­noc­ną Wy­ży­nę ol­brzy­mie se-koh­landz­kie ar­mie ru­nę­ły na za­chód, na ni­cze­go nie­spo­dzie­wa­ją­ce się Im­pe­rium.

Czte­ry lata póź­niej, w wiel­kiej bi­twie o Me­ekhan, Oj­ciec Woj­ny stra­cił sześć­dzie­siąt ty­się­cy wo­jow­ni­ków. Me­ekhań­czy­cy po­trze­bo­wa­li tych czte­rech lat, by stwo­rzyć, uzbro­ić i wy­szko­lić ar­mię kon­ną, do­rów­nu­ją­cą nie­mal ar­mii na­jeźdź­ców, a ma­ją­cą tę prze­wa­gę, że wspie­ra­ła ją świet­na, bit­na i za­cię­ta pie­cho­ta. Atak na Im­pe­rium skoń­czył się dla Se-koh­land­czy­ków klę­ską, ja­kiej nie za­zna­li od lat.

I za­owo­co­wał wy­bu­chem po­wsta­nia wśród Wo­za­ków.

Po­wsta­nia krwa­wo i bez­względ­nie stłu­mio­ne­go, bo po raz ko­lej­ny oka­za­ło się, że ry­dwa­ny nie mogą rów­nać się w wal­ce z kon­ni­cą, a Ver­dan­no na­dal nie chcie­li wy­rzec się swo­jej tra­dy­cji. Lecz tym ra­zem nie było mowy o ła­god­nym trak­to­wa­niu. Każ­de ze zdo­by­tych miast-obo­zów łu­pio­no bez li­to­ści, miesz­kań­ców wy­rzy­na­no lub pę­dzo­no na po­łu­dnio­wy wschód, w nie­wo­lę. W koń­cu, gdy klę­ska sta­ła się oczy­wi­sta, ol­brzy­mie ka­ra­wa­ny ru­szy­ły w swo­ją ostat­nią wę­drów­kę na po­łu­dnio­wy za­chód, aby omi­nąw­szy Ole­ka­dy, szu­kać schro­nie­nia na te­ry­to­rium Im­pe­rium. Ver­dan­no mie­li pie­śni i le­gen­dy o tej wę­drów­ce, zwa­nej Krwa­wym Mar­szem. O ka­ra­wa­nach roz­cią­gnię­tych w wie­lo­mi­lo­we, sze­ro­kie na dwa­dzie­ścia wo­zów ko­lum­ny, ka­ra­wa­nach idą­cych przez step i ko­czow­ni­kach ata­ku­ją­cych je bez chwi­li prze­rwy. O strza­łach świsz­czą­cych w po­wie­trzu, po­ża­rach traw, wznie­co­nych, by po­chło­nę­ły ucie­ki­nie­rów, o bi­twach cza­row­ni­ków, w cza­sie któ­rych po­wie­trze go­to­wa­ło krew w ży­łach i wy­pa­la­ło oczy z cza­szek.

Gdy­by Se-koh­land­czy­cy mie­li wte­dy tę samą ar­mię, któ­ra pod­bi­ja­ła zie­mie Ver­dan­no i ude­rza­ła na za­chód, żywa noga z tych ka­ra­wan nie do­szła­by nad gra­nicz­ną rze­kę. Ale kwiat ko­czow­ni­czej ar­mii gnił w zie­mi w da­le­kim kra­ju i tyl­ko dla­te­go po trwa­ją­cej dwa­dzie­ścia pięć dni wę­drów­ce pierw­sza z wiel­kich ko­lumn do­tar­ła do Im­pe­rium. I wte­dy dwa ty­sią­ce wo­zów za­trzy­ma­ło się przy sze­ro­kim bro­dzie, po któ­re­go dru­giej stro­nie sta­ło trzy­dzie­ści ty­się­cy me­ekhań­skich żoł­nie­rzy.

1 ... 43 44 45 46 47 48 49 50 51 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)