Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Bo Verdanno kochali konie. Kochali je obłędną, szaloną miłością. Powiadano, że Wozak prędzej dopuści do tego, żeby jego dzieci poumierały z głodu, niż pozwoli, by jego konie zaznały niedostatku. Przesada, ale niewielka. Przy czym w swoich zwyczajach nie byli bezmyślnymi fanatykami. Z pozbawionym bigoterii pragmatyzmem uznawali, że inne ludy jeżdżą konno, więc robili wszystko, aby ulżyć końskim grzbietom, i dlatego też mieli najlepszych rymarzy na Stepach. I kowali. Elementy końskiego oporządzenia, powstające w kuźni And’ewersa, łączyły w sobie piękno i praktyczność. Verdanno byli absolutnymi mistrzami w wytwarzaniu końskich uprzęży. Z podobnym pragmatyzmem przyjmowali, że w czasie wojny można ranić i zabijać konie wroga, oddając im jednak hołd należny szlachetnemu przeciwnikowi. Zdarzało się, że po bitwie zostawiali ludzi na żer sępom, a koniom usypywali wysoki kurhan.
Lecz stara legenda robiła z nich piechurów i woźniców. Nigdy jeźdźców.
I to właśnie przywiodło ich do klęski. Zaprawione w bojach se-kohlandzkie armie przecinały szlaki wędrówek wielkich karawan i uderzały na nie z zaskoczenia. Czasem udawało im się rozbić je w pierwszym ataku, kiedy indziej karawana oskorupiała się warstwą pancernych wozów i zamieniała w warowny obóz. Koczownicy uczyli się je zdobywać, czarami i siłą, i wkrótce żadne ruchome miasto nie mogło czuć się bezpiecznie. Och, bitwy były zawzięte, lekkie rydwany Verdanno pokazywały, co potrafią, bo woźnice Verdanno nie darmo uchodzili za najlepszych na świecie. Lecz rydwany nie pokonają kawalerii, zwłaszcza takiej jak se-kohlandzka. I karawany-miasta padały jedna po drugiej.
Najdłużej utrzymała się największa z nich, zwana Hav’lood, Królewskim Grodem. Tworzyło ją ponad dziesięć tysięcy wozów, które ustawione w potężny, poczwórny mur, przez pół roku odpierały ataki pięćdziesięciotysięcznej armii koczowników. Czarownicy Verdanno przeciwstawiali się Źrebiarzom Ojca Wojny tak skutecznie, że ten wreszcie zakazał swoim szamanom udziału w walce, śniadoskórzy wojownicy odpierali jeden atak za drugim, a wewnątrz olbrzymiego czworoboku pasły się wielkie tabuny. I to one zgubiły w końcu obrońców, bo ci nie potrafili rozstać się ze swoimi końmi. Gdy zaczęło się oblężenie, pod nóż poszły wszystkie krowy, woły i owce. Lecz nie konie. A trawy wewnątrz warownego obozu było za mało i gdy skończyły się zapasy paszy, a ludzie zaczęli oddawać własną żywność zwierzętom, ostatni władca Verdanno nakazał rozpiąć łańcuchy spinające wozy. Czas wielkich karawan dobiegł końca.
Zdumiewające, że Ojciec Wojny potraktował podbitych łagodnie. Pozwolił im zatrzymać wozy, pozwolił zachować część stad, pozwolił nawet wędrować po Stepach. Zabrał tylko każde dziewięć z dziesięciu sztuk bydła i osiem z dziesięciu wypieszczonych koni oraz kazał sobie płacić daninę w tym, w wytwarzaniu czego Verdanno byli najlepsi. W końskim oporządzeniu. W końcu dla narodu jeźdźców dobre siodła i uprzęże były na wagę złota. Wydawało się, że Wozacy wyszli z tego starcia lepiej niż jakiekolwiek inne plemię przed nimi, nadal mieli własne ziemie, własne wozy i część własnych stad.
Ale większość ich ukochanych koni, które nigdy nie zaznały siodła na grzbiecie, służyło teraz innym panom. I to była rana, która jątrzyła się w ich sercach.
Koczownicy osiągnęli wojną z Wozakami wszystko, co chcieli. Zagarnęli setki tysięcy sztuk bydła i koni oraz zapewnili sobie nieprzerwane dostawy najlepszych końskich rzędów na świecie. A przygotowująca się do ataku na Meekhan konna armia potrzebowała ich nieograniczoną ilość. Kilka lat po ataku na Północną Wyżynę olbrzymie se-kohlandzkie armie runęły na zachód, na niczego niespodziewające się Imperium.
Cztery lata później, w wielkiej bitwie o Meekhan, Ojciec Wojny stracił sześćdziesiąt tysięcy wojowników. Meekhańczycy potrzebowali tych czterech lat, by stworzyć, uzbroić i wyszkolić armię konną, dorównującą niemal armii najeźdźców, a mającą tę przewagę, że wspierała ją świetna, bitna i zacięta piechota. Atak na Imperium skończył się dla Se-kohlandczyków klęską, jakiej nie zaznali od lat.
I zaowocował wybuchem powstania wśród Wozaków.
Powstania krwawo i bezwzględnie stłumionego, bo po raz kolejny okazało się, że rydwany nie mogą równać się w walce z konnicą, a Verdanno nadal nie chcieli wyrzec się swojej tradycji. Lecz tym razem nie było mowy o łagodnym traktowaniu. Każde ze zdobytych miast-obozów łupiono bez litości, mieszkańców wyrzynano lub pędzono na południowy wschód, w niewolę. W końcu, gdy klęska stała się oczywista, olbrzymie karawany ruszyły w swoją ostatnią wędrówkę na południowy zachód, aby ominąwszy Olekady, szukać schronienia na terytorium Imperium. Verdanno mieli pieśni i legendy o tej wędrówce, zwanej Krwawym Marszem. O karawanach rozciągniętych w wielomilowe, szerokie na dwadzieścia wozów kolumny, karawanach idących przez step i koczownikach atakujących je bez chwili przerwy. O strzałach świszczących w powietrzu, pożarach traw, wznieconych, by pochłonęły uciekinierów, o bitwach czarowników, w czasie których powietrze gotowało krew w żyłach i wypalało oczy z czaszek.
Gdyby Se-kohlandczycy mieli wtedy tę samą armię, która podbijała ziemie Verdanno i uderzała na zachód, żywa noga z tych karawan nie doszłaby nad graniczną rzekę. Ale kwiat koczowniczej armii gnił w ziemi w dalekim kraju i tylko dlatego po trwającej dwadzieścia pięć dni wędrówce pierwsza z wielkich kolumn dotarła do Imperium. I wtedy dwa tysiące wozów zatrzymało się przy szerokim brodzie, po którego drugiej stronie stało trzydzieści tysięcy meekhańskich żołnierzy.