Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 44 45 46 47 48 49 50 51 52 ... 210
Перейти на страницу:

Wte­dy stra­ci­li pierw­szych żoł­nie­rzy.

Kam­res Wo­ityr z Siód­mej Dzie­siąt­ki po­pro­wa­dził swo­je sa­nie zbyt ostroż­nie, może prze­ląkł się w ostat­niej chwi­li i lek­ko ścią­gnął wo­dze, ale to wy­star­czy­ło. Jego po­jazd su­nął zbyt wol­no, psy prze­sko­czy­ły nad szcze­li­ną, ale same sa­nie już nie. Ude­rzy­ły o bok be­stii i na chwi­lę, mniej niż ude­rze­nie ser­ca, za­wi­sły w po­wie­trzu, cią­gnię­te przez nią wzdłuż kry. A po­tem psy stra­ci­ły grunt pod ła­pa­mi i wszyst­ko – straż­ni­cy: Kam­res, Lo­we­rin i Czor­we, zwie­rzę­ta i sa­nie – wpa­dło mię­dzy lód a czar­ną ścia­nę.

Krzyk, krót­ki, strasz­ny, zwie­rzę­cy, wy­buchł i zgasł, a po trzech żoł­nier­zach i pół tu­zi­nie psów zo­sta­ła tyl­ko krwa­wa smu­ga na lo­dzie, z pręd­ko­ścią pę­dzą­ce­go ko­nia od­da­la­ją­ca się od tych, któ­rzy już do­sta­li się na po­two­ra.

Łącz­nie stra­ci­li dzie­wię­ciu straż­ni­ków i dwa tu­zi­ny psów. Zgi­nął jesz­cze Bland z Pierw­szej, wcią­gnię­ty do wody przez za­przęg. Omne Wenk, do­wód­ca Ósmej, sko­czył na po­moc jed­ne­mu ze swo­ich żoł­nie­rzy, po­śli­zgnął się i wpadł w szcze­li­nę. Agerh i Kowe z dru­giej zde­rzy­li się z sa­nia­mi Szczu­rów, już pod ko­niec tej sza­leń­czej eska­pa­dy, gdy ta­fla lodu, po któ­rej je­cha­li, za­czę­ła pę­kać – oba po­jaz­dy i czte­rech lu­dzi znik­nę­ło w wo­dzie i nikt już z niej nie wy­pły­nął. Ges­sen i Jo­dła byli ostat­ni, mie­li aher­skie sa­nie zro­bio­ne z ko­ści i skór oraz za­przęg aher­skich psów. Zwie­rzę­ta wpa­dły w pa­ni­kę, prze­sta­ły się słu­chać i po­gna­ły przed sie­bie. Obaj straż­ni­cy ze­sko­czy­li w chwi­li, gdy za­przęg wpadł w szcze­li­nę w lo­dzie, i po­rucz­nik tak ich wła­śnie za­pa­mię­tał – dwóch lu­dzi sto­ją­cych na ka­wał­ku kry sze­ro­kim na kil­ka­na­ście jar­dów, po­środ­ku oce­anu po­kry­te­go skru­szo­nym lo­dem.

Znik­nę­li po chwi­li, po­chło­nię­ci przez mgłę, któ­ra wy­trwa­le po­dą­ża­ła za po­two­rem.

Po­tem sta­ło się coś dziw­ne­go. Gdy ostat­nie sa­nie zna­la­zły się na gó­rze, be­stia za­drża­ła i po­wo­li, bar­dzo po­wo­li za­czę­ła się pro­sto­wać. Po kil­ku dłu­gich chwi­lach jej grzbiet przy­jął po­zy­cję po­zio­mą, a oni mo­gli wresz­cie sta­nąć na nogi.

Oca­li­li po­ło­wę sań i więk­szość zwie­rząt. Szczu­ry, oprócz za­przę­gu, któ­ry zde­rzył się z sa­nia­mi Ager­ha, stra­ci­ły jesz­cze dwa inne, w su­mie po­ło­wę dru­ży­ny. Po­rucz­nik nie ża­ło­wał ich. Pró­bo­wał zna­leźć w so­bie współ­czu­cie, ale gdy­by te głu­pie owrzo­dzo­ne ko­zie fiu­ty nie za­czę­ły się ba­wić w pod­cho­dy, Bo­re­hed nie zmu­sił­by ich do tej sa­mo­bój­czej wy­pra­wy i jego lu­dzie nie zgi­nę­li­by tu­taj. Nie­ste­ty, Olag-hes-Brend prze­żył, Mo­iwa Sam­reh też, co już nie było ta­kie złe, do­brze mieć w ta­kiej chwi­li pod ręką maga, na­wet nie­zbyt przy­dat­ne­go w bez­po­śred­niej wal­ce. One­lia Um­bra je­cha­ła sa­nia­mi do­wód­cy Szczu­rów i sta­ła przy czar­no­bro­dym, rzu­ca­jąc na Ken­ne­tha ta­kie spoj­rze­nia, jak­by to on był wszyst­kie­mu wi­nien.

Po­zo­sta­łą przy ży­ciu grup­kę szpie­gów two­rzy­ła jesz­cze para knyp­ków, na któ­rych już wcze­śniej zwró­cił uwa­gę: ple­czy­sty drab uzbro­jo­ny w ku­szę i dwa dłu­gie noże oraz ni­ski, szczu­pły osob­nik, któ­re­go płci Ken­neth nie mógł do­ciec.

Nie­waż­ne.

Waż­ne było kil­ka in­nych rze­czy. Na przy­kład, gdzie znikł Bo­re­hed? Ve­ler­gorf za­kli­nał się, że wi­dział, jak sa­nie sza­ma­na wjeż­dża­ją na grzbiet po­two­ra, ale te­raz nie wi­dzie­li ani ich, ani ahe­ra. Je­śli było coś bar­dziej nie­po­ko­ją­ce­go od to­wa­rzy­stwa sza­ma­na, to świa­do­mość, że su­kin­syn znaj­du­je się gdzieś w po­bli­żu, ale nie wia­do­mo, co robi. Bo na ta­kie szczę­ście, że wpadł w jed­ną z licz­nych szcze­lin, na któ­re na­tknę­li się w cza­sie krót­kie­go zwia­du, i coś go ze­żar­ło, Ken­neth nie­ste­ty nie li­czył.

Pły­nę­li. Wła­ści­wie prze­bi­ja­li się przez po­kry­te wiel­ki­mi kra­mi mo­rze z de­li­kat­no­ścią ta­ra­na for­su­ją­ce­go mur zam­ku. Wła­śnie zbli­ża­ła się ko­lej­na lo­do­wa ta­fla.

— Wstrząs!!! — roz­darł się sto­ją­cy na cza­tach żoł­nierz.

Po­rucz­nik sze­rzej roz­sta­wił nogi. Wstrzą­sy były ła­god­ne, ale po­tra­fi­ły prze­wró­cić nie­przy­go­to­wa­ne­go czło­wie­ka. Przód be­stii uno­sił się po­wo­li i wa­lił w bia­łą po­wierzch­nię, a ona pę­ka­ła z głu­chym trza­skiem i mo­rze po­kry­wa­ło się mniej­szy­mi kra­mi i lo­do­wą ka­szą.

Pły­nę­li.

Od kil­ku go­dzin pły­nę­li czymś, co we­dług wszel­kie­go praw­do­po­do­bień­stwa, choć prze­czy­ło to lo­gi­ce i zdro­we­mu roz­sąd­ko­wi, było stat­kiem. Okrę­tem wiel­kim jak mia­sto. I sta­tek ten pod­jął ich na po­kład, Ken­neth do tej pory nie wie­dział, czy spe­cjal­nie, czy przy­pad­kiem, prze­chy­la­jąc się moc­no na pra­wą bur­tę, tak że ich sza­leń­cza szar­ża mo­gła się w ogó­le od­być. A po­tem wy­rów­nał i ru­szył przed sie­bie. Tyle wie­dzie­li na pew­no.

No i jesz­cze to, że pły­nę­li na wschód, wzdłuż Wiel­kie­go Grzbie­tu, roz­bi­ja­jąc ko­lej­ne ta­fle kry i góry lo­do­we. Fu­ria Pani Lodu zda­wa­ła się już słab­nąć, w każ­dym ra­zie na po­kła­dzie nie czu­li już wście­kłej wi­chu­ry, któ­rą mu­sie­li po­ko­ny­wać wcze­śniej, a i mróz jak­by ze­lżał. Zni­kła też to­wa­rzy­szą­ca okrę­to­wi mgła. Nie po­tra­fił pre­cy­zyj­nie oce­nić pręd­ko­ści, z jaką po­dró­żo­wa­li, a choć wy­da­wa­ło się, że tro­chę zwol­ni­li, to i tak rzu­co­ny za bur­tę ka­wa­łek drew­na mknął do tyłu tak szyb­ko, że bie­gną­cy czło­wiek miał­by kło­pot, aby go do­go­nić. Dzie­sięć mil w go­dzi­nę, pięt­na­ście? Ken­neth na­wet nie pró­bo­wał się za­sta­na­wiać, ja­kim cu­dem to moż­li­we.

Drew­no. Tego mie­li pod do­stat­kiem. Czar­ne, twar­de jak dąb, po­zba­wio­ne sę­ków. Wy­star­czy­ło zdra­pać cien­ką war­stwę lodu, by tra­fić na po­kład uło­żo­ny z cze­goś, co wy­glą­da­ło jak ol­brzy­mie, oko­ro­wa­ne i pre­cy­zyj­nie do­pa­so­wa­ne pnie drzew. Stąd ta jego pew­ność, że są na stat­ku. Mu­sie­li być na stat­ku, albo on sam i wszy­scy wo­kół osza­le­li.

Zdą­ży­li już zba­dać oko­li­cę dzio­bu. Po­kład był gład­ki, ale w wie­lu miej­scach zia­ły w nim dziu­ry, jak wy­rwa­ne ol­brzy­mi­mi kła­mi szra­my; na ra­zie ofi­cer za­bro­nił się do nich zbli­żać, za­glą­dać i ba­dać w ja­ki­kol­wiek inny spo­sób, bo przy­ła­pał już kil­ku lu­dzi ob­wią­za­nych li­na­mi. Gó­ra­le. Po­każ­cie im coś, co wy­glą­da jak ja­ski­nia…

Jego kom­pa­nia otrzą­snę­ła się dość szyb­ko, szyb­ciej niż Szczu­ry, któ­re wciąż trzy­ma­ły się na ubo­czu, i przy­stą­pi­ła do ba­da­nia oko­li­cy. Po tym, co prze­szli, wę­dru­jąc przez Mrok, wiel­ka, pły­wa­ją­ca po oce­anie łaj­ba to w grun­cie rze­czy nic prze­ra­ża­ją­ce­go. By­le­by uno­si­ła się na wo­dzie.

1 ... 44 45 46 47 48 49 50 51 52 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)