Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Wtedy stracili pierwszych żołnierzy.
Kamres Woityr z Siódmej Dziesiątki poprowadził swoje sanie zbyt ostrożnie, może przeląkł się w ostatniej chwili i lekko ściągnął wodze, ale to wystarczyło. Jego pojazd sunął zbyt wolno, psy przeskoczyły nad szczeliną, ale same sanie już nie. Uderzyły o bok bestii i na chwilę, mniej niż uderzenie serca, zawisły w powietrzu, ciągnięte przez nią wzdłuż kry. A potem psy straciły grunt pod łapami i wszystko – strażnicy: Kamres, Lowerin i Czorwe, zwierzęta i sanie – wpadło między lód a czarną ścianę.
Krzyk, krótki, straszny, zwierzęcy, wybuchł i zgasł, a po trzech żołnierzach i pół tuzinie psów została tylko krwawa smuga na lodzie, z prędkością pędzącego konia oddalająca się od tych, którzy już dostali się na potwora.
Łącznie stracili dziewięciu strażników i dwa tuziny psów. Zginął jeszcze Bland z Pierwszej, wciągnięty do wody przez zaprzęg. Omne Wenk, dowódca Ósmej, skoczył na pomoc jednemu ze swoich żołnierzy, poślizgnął się i wpadł w szczelinę. Agerh i Kowe z drugiej zderzyli się z saniami Szczurów, już pod koniec tej szaleńczej eskapady, gdy tafla lodu, po której jechali, zaczęła pękać – oba pojazdy i czterech ludzi zniknęło w wodzie i nikt już z niej nie wypłynął. Gessen i Jodła byli ostatni, mieli aherskie sanie zrobione z kości i skór oraz zaprzęg aherskich psów. Zwierzęta wpadły w panikę, przestały się słuchać i pognały przed siebie. Obaj strażnicy zeskoczyli w chwili, gdy zaprzęg wpadł w szczelinę w lodzie, i porucznik tak ich właśnie zapamiętał – dwóch ludzi stojących na kawałku kry szerokim na kilkanaście jardów, pośrodku oceanu pokrytego skruszonym lodem.
Zniknęli po chwili, pochłonięci przez mgłę, która wytrwale podążała za potworem.
Potem stało się coś dziwnego. Gdy ostatnie sanie znalazły się na górze, bestia zadrżała i powoli, bardzo powoli zaczęła się prostować. Po kilku długich chwilach jej grzbiet przyjął pozycję poziomą, a oni mogli wreszcie stanąć na nogi.
Ocalili połowę sań i większość zwierząt. Szczury, oprócz zaprzęgu, który zderzył się z saniami Agerha, straciły jeszcze dwa inne, w sumie połowę drużyny. Porucznik nie żałował ich. Próbował znaleźć w sobie współczucie, ale gdyby te głupie owrzodzone kozie fiuty nie zaczęły się bawić w podchody, Borehed nie zmusiłby ich do tej samobójczej wyprawy i jego ludzie nie zginęliby tutaj. Niestety, Olag-hes-Brend przeżył, Moiwa Samreh też, co już nie było takie złe, dobrze mieć w takiej chwili pod ręką maga, nawet niezbyt przydatnego w bezpośredniej walce. Onelia Umbra jechała saniami dowódcy Szczurów i stała przy czarnobrodym, rzucając na Kennetha takie spojrzenia, jakby to on był wszystkiemu winien.
Pozostałą przy życiu grupkę szpiegów tworzyła jeszcze para knypków, na których już wcześniej zwrócił uwagę: pleczysty drab uzbrojony w kuszę i dwa długie noże oraz niski, szczupły osobnik, którego płci Kenneth nie mógł dociec.
Nieważne.
Ważne było kilka innych rzeczy. Na przykład, gdzie znikł Borehed? Velergorf zaklinał się, że widział, jak sanie szamana wjeżdżają na grzbiet potwora, ale teraz nie widzieli ani ich, ani ahera. Jeśli było coś bardziej niepokojącego od towarzystwa szamana, to świadomość, że sukinsyn znajduje się gdzieś w pobliżu, ale nie wiadomo, co robi. Bo na takie szczęście, że wpadł w jedną z licznych szczelin, na które natknęli się w czasie krótkiego zwiadu, i coś go zeżarło, Kenneth niestety nie liczył.
Płynęli. Właściwie przebijali się przez pokryte wielkimi krami morze z delikatnością tarana forsującego mur zamku. Właśnie zbliżała się kolejna lodowa tafla.
— Wstrząs!!! — rozdarł się stojący na czatach żołnierz.
Porucznik szerzej rozstawił nogi. Wstrząsy były łagodne, ale potrafiły przewrócić nieprzygotowanego człowieka. Przód bestii unosił się powoli i walił w białą powierzchnię, a ona pękała z głuchym trzaskiem i morze pokrywało się mniejszymi krami i lodową kaszą.
Płynęli.
Od kilku godzin płynęli czymś, co według wszelkiego prawdopodobieństwa, choć przeczyło to logice i zdrowemu rozsądkowi, było statkiem. Okrętem wielkim jak miasto. I statek ten podjął ich na pokład, Kenneth do tej pory nie wiedział, czy specjalnie, czy przypadkiem, przechylając się mocno na prawą burtę, tak że ich szaleńcza szarża mogła się w ogóle odbyć. A potem wyrównał i ruszył przed siebie. Tyle wiedzieli na pewno.
No i jeszcze to, że płynęli na wschód, wzdłuż Wielkiego Grzbietu, rozbijając kolejne tafle kry i góry lodowe. Furia Pani Lodu zdawała się już słabnąć, w każdym razie na pokładzie nie czuli już wściekłej wichury, którą musieli pokonywać wcześniej, a i mróz jakby zelżał. Znikła też towarzysząca okrętowi mgła. Nie potrafił precyzyjnie ocenić prędkości, z jaką podróżowali, a choć wydawało się, że trochę zwolnili, to i tak rzucony za burtę kawałek drewna mknął do tyłu tak szybko, że biegnący człowiek miałby kłopot, aby go dogonić. Dziesięć mil w godzinę, piętnaście? Kenneth nawet nie próbował się zastanawiać, jakim cudem to możliwe.
Drewno. Tego mieli pod dostatkiem. Czarne, twarde jak dąb, pozbawione sęków. Wystarczyło zdrapać cienką warstwę lodu, by trafić na pokład ułożony z czegoś, co wyglądało jak olbrzymie, okorowane i precyzyjnie dopasowane pnie drzew. Stąd ta jego pewność, że są na statku. Musieli być na statku, albo on sam i wszyscy wokół oszaleli.
Zdążyli już zbadać okolicę dziobu. Pokład był gładki, ale w wielu miejscach ziały w nim dziury, jak wyrwane olbrzymimi kłami szramy; na razie oficer zabronił się do nich zbliżać, zaglądać i badać w jakikolwiek inny sposób, bo przyłapał już kilku ludzi obwiązanych linami. Górale. Pokażcie im coś, co wygląda jak jaskinia…
Jego kompania otrząsnęła się dość szybko, szybciej niż Szczury, które wciąż trzymały się na uboczu, i przystąpiła do badania okolicy. Po tym, co przeszli, wędrując przez Mrok, wielka, pływająca po oceanie łajba to w gruncie rzeczy nic przerażającego. Byleby unosiła się na wodzie.