Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 43 44 45 46 47 48 49 50 51 ... 210
Перейти на страницу:

Rozdział 10

Po­twór za­ry­czał, szarp­nął się i rzu­cił pier­sią na lo­do­wą ścia­nę. Pę­kła. Jak set­ki lo­do­wych ścian przed nią. Po­zo­sta­wa­ło tyl­ko py­ta­nie, kto pierw­szy pad­nie w tym star­ciu – Pani Lodu czy pły­wa­ją­ca be­stia, któ­ra ich po­żar­ła?

Albo któ­rej do­sie­dli, je­śli spoj­rzeć na ostat­nie wy­da­rze­nia z in­nej stro­ny.

Ken­neth-lyw-Da­ra­wyt po­trzą­snął gło­wą, od­pę­dza­jąc ta­kie my­śli. To na nic, nie ma sen­su tra­cić cza­su na roz­wa­ża­nie „co bę­dzie”, je­śli czło­wiek nie ma naj­mniej­sze­go wpły­wu na wy­da­rze­nia.

Po­twór na­tarł na nich, gdy sta­li na lo­dzie, za­sta­na­wia­jąc się, co skry­wa tu­man mgły, któ­re­go na­wet fu­ria An­day’yi nie mo­gła roz­wiać. Wy­ło­nił się z mlecz­ne­go opa­ru, ła­miąc i kru­sząc gru­bą na kil­ka­na­ście stóp ta­flę, jak­by to była sko­rup­ka jaj­ka. Naj­pierw go usły­sze­li, a po chwi­li po­czu­li, bo lód pod ich sto­pa­mi drgnął i za­czął się prze­su­wać. Prze­su­wać! Ken­neth wrza­snął roz­kaz: „Do sań!” i wszy­scy, straż­ni­cy i Szczu­ry, rzu­ci­li się do uciecz­ki. Ale było za póź­no na co­kol­wiek. Na­wet gdy­by sie­dzie­li w sa­niach, a psy mie­li wy­po­czę­te i roz­grza­ne, uciecz­ka nie wcho­dzi­ła w grę, bo be­stia, któ­ra na nich su­nę­ła, pę­dzi­ła szyb­ciej niż cwa­łu­ją­cy koń.

Gdy uj­rze­li ją pierw­szy raz, le­d­wo kil­ka­set kro­ków za sobą, wy­glą­da­ła jak pły­wa­ją­ca czar­na góra: sze­ro­ka na ja­kieś dwie­ście jar­dów i wy­so­ka na pięć­dzie­siąt, przy­naj­mniej z jed­nej stro­ny, bo dru­gim bo­kiem, tym bli­żej nich, szo­ro­wa­ła nie­mal po lo­dzie. Po­rucz­nik wsko­czył na sa­nie. Psy nie po­trze­bo­wa­ły za­chę­ty do bie­gu, wy­rwa­ły przed sie­bie tak, że omal nie spadł, i po­mknę­ły na po­łu­dnie. Po­zo­sta­łe sa­nie jego dzie­siąt­ki już gna­ły do przo­du.

Za wol­no.

Lód trzesz­czał i pę­kał, po­wo­żą­cy za­przę­giem Ma­la­we wrzesz­czał i klął, usi­łu­jąc omi­jać co więk­sze szcze­li­ny. Pę­dzi­li.

Za wol­no.

Gdy ofi­cer obej­rzał się po raz dru­gi, be­stia była już dwie­ście jar­dów za nimi. A jej czar­ny, spę­ka­ny i ob­ro­śnię­ty ja­ki­miś pną­cza­mi grzbiet przy­spie­szał.

Wte­dy zo­ba­czył, co robi resz­ta. Po­zo­sta­łe sa­nie kom­pa­nii gna­ły przed nim, ale nie na wprost, tyl­ko w lewo, po sko­sie, co­raz bli­żej po­two­ra. Po pra­wej sze­ścio­ro sań wio­zą­cych dru­ży­nę Szczu­rów też za­czę­ło skrę­cać. Co, do ja­snej cho­le­ry?!

Ma­la­we ścią­gnął wo­dze w lewo.

— Woda! — wrza­snął. — Woda przed nami!

Ken­neth wi­dział już, dla­cze­go wszy­scy za­krę­ca­ją. Dwie­ście, może trzy­sta jar­dów przed nimi szu­mia­ło mo­rze. Szcze­li­na mia­ła co naj­mniej dwa­dzie­ścia kro­ków, nie do prze­sko­cze­nia dla sań i lu­dzi, i po­więk­sza­ła się co­raz bar­dziej. Zim­no­sza­ry grzbiet oce­anu uwol­nił się wresz­cie od lo­do­we­go pan­ce­rza, ale dla Szó­stej Kom­pa­nii ozna­cza­ło to wy­rok śmier­ci.

Ol­brzy­mia pły­ta lo­do­wa, od­cię­ta pęk­nię­ciem, za­czę­ła się uno­sić, na­ci­ska­na z jed­nej stro­ny przez pły­wa­ją­cą górę – i na­gle sa­nie su­nę­ły jak­by po po­chy­łym sto­ku. Zła­mie się za­raz – strach się­gnął i zła­pał go za gar­dło – lód zła­mie się i roz­trza­ska na set­ki ka­wał­ków, a my po­wpa­da­my do wody i po­to­nie­my jak pchły w tym star­ciu ty­ta­nów.

Myśl! Myśl!!!

Po­rucz­nik zer­k­nął w tył. Be­stia znaj­do­wa­ła się le­d­wo pięć­dzie­siąt jar­dów za nim i też skrę­ca­ła w lewo. Jak­by chcia­ła prze­ciąć dro­gę sa­niom straż­ni­ków. Po­żre nas – sto­jąc na grzbie­cie po­two­ra i wspo­mi­na­jąc wy­da­rze­nia z wczo­raj­sze­go po­po­łu­dnia, do­brze za­pa­mię­tał tę myśl – lód po­pę­ka, wpad­nie­my do wody, a po­twór po­żre nas jak wie­lo­ryb ła­wi­cę śle­dzi.

Wsu­nął wów­czas gwiz­dek do ust i za­świ­stał: „Do mnie! Do mnie! Od­dział do mnie!”. Pod­pa­trzy­li ten spo­sób wy­da­wa­nia roz­ka­zów u Wo­za­ków, ostre, wwier­ca­ją­ce się w uszy dźwię­ki po­tra­fi­ły prze­bić się na­wet przez ka­ko­fo­nicz­ne od­gło­sy bi­twy. Pę­dzą­ca przed Ken­ne­them kom­pa­nia za­wró­ci­ła sa­nie i po­mknę­ła ku do­wód­cy. Szczu­ry też od­bi­ły ostrzej w lewo.

Przy­ła­pał się na tym, że szcze­rzy się sze­ro­ko. Strach po­zo­stał, uto­nię­cie w lo­do­wa­tej wo­dzie to nie jest do­bra śmierć dla gó­ra­la, ale więk­sza od nie­go była te­raz de­ter­mi­na­cja i gniew. Dla­cze­go nie? Je­śli mają zgi­nąć, to dla­cze­go nie tak?

Po­twór za­czął go wy­prze­dzać, ale jak­by lek­ko zwol­nił. Z tej stro­ny jego bok nikł pod ta­flą lodu, a grzbiet – czar­na, po­pę­ka­na płasz­czy­zna, po­kry­ta czymś, co wy­glą­da­ło jak na wpół ska­mie­nia­łe pnie drzew – wzno­sił się dość stro­mo, jak zbo­cze wzgó­rza. Ken­neth rzu­cił okiem w tył… ko­niec be­stii gi­nął w mgli­stym tu­ma­nie, któ­ry su­nął za ol­brzy­mim ciel­skiem ni­czym przy­wią­za­ny.

— W lewo!

Ma­la­we wy­ko­nał roz­kaz bez chwi­li wa­ha­nia i sa­nie po­mknę­ły ku czar­nej po­chyl­ni.

Ken­neth za­gwiz­dał po­now­nie: „Na­przód! Za mną! Atak! Atak!”.

Za­ata­ko­wa­li pły­wa­ją­cą górę. Dla­cze­go nie, w su­mie byli chę­do­żo­ną Gór­ską Stra­żą. Jak nie oni, to kto?

Psy sko­czy­ły, szarp­nię­te sa­nie na­gle prze­chy­li­ły się i przez kil­ka dłu­gich jak całe ży­cie chwil su­nę­ły na jed­nej pło­zie, pod po­rucz­ni­kiem prze­mknę­ła szcze­li­na mię­dzy lo­dem a czar­ną be­stią – i już szo­ro­wa­li w górę.

Ze­sko­czył, a ra­czej stur­lał się z sań, czu­jąc, jak te zwal­nia­ją. Grzbiet po­two­ra był moc­no prze­chy­lo­ny, na do­da­tek okry­ty war­stew­ką za­ma­rza­ją­cej już wody, jak­by be­stia do­pie­ro co wy­nu­rzy­ła się z głę­bin. Ken­neth wbił szty­let w czar­ną po­wierzch­nię, ostrze we­szło płyt­ko, i szu­ka­jąc opar­cia sto­pa­mi, gwiz­dał: „Do mnie! Do mnie!”.

Jego sa­nie, któ­re wspię­ły się już kil­ka­na­ście jar­dów w górę, za­trzy­ma­ły się na­gle, psy za­szo­ro­wa­ły ła­pa­mi po ob­lo­dzo­nej po­wierzch­ni i za­czę­ły się zsu­wać.

Wy­pluł gwiz­dek i wrza­snął:

— Tnij! Psy ode­tnij!!!

Za­przę­go­we­mu nie trze­ba było tego po­wta­rzać. Ma­la­we ze­sko­czył z sań i dwo­ma szyb­ki­mi cio­sa­mi od­ciął rze­mie­nie. Fru­uu, kil­ka­set fun­tów ich za­pa­sów po­mknę­ło w dół, mi­ja­jąc Ken­ne­tha o ło­kieć, i roz­trza­ska­ło się o prze­my­ka­ją­cy w dole lód. Nie było jed­nak sen­su roz­pa­mię­ty­wać tego, co wła­śnie stra­ci­li, gdyż ko­lej­ne sa­nie roz­pę­dza­ły się już i wjeż­dża­ły na grzbiet be­stii.

Straż­ni­cy ze­ska­ki­wa­li z nich w pę­dzie, pa­da­li na „zie­mię” i wbi­ja­li w nią szty­le­ty, noże i cze­ka­ny. Tam, gdzie psy nie dały rady po­cią­gnąć ła­dun­ku, od­ci­na­no go i tra­fiał do oce­anu.

1 ... 43 44 45 46 47 48 49 50 51 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)