Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Pamięć Światłości
Pamięć Światłości - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pamięć Światłości

Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:

Pamięć Światłości
1 ... 43 44 45 46 47 48 49 50 51 ... 296
Перейти на страницу:

– Znaleźli wartowników – powiedział Emarin. – Mój lordzie Logainie, dasz radę walczyć?

Logain spróbował stanąć o własnych siłach. Poddał się. Na jego twarzy widniała determinacja, niemniej w więzi Pevara czuła rozczarowanie Androla. Albo Logainowi podano widłokorzeń, albo po prostu był zbyt słaby. Nie ma się co dziwić. Pevara widywała już kobiety tak zmęczone, że nie były w stanie objąć Źródła, a one były w lepszym stanie niż Logain.

– Cofnąć się! – zawołał Androl, opierając się o ścianę przy drzwiach. W tej samej chwili drzwi eksplodowały ogniem i gruzem.

Pevara nie czekała, aż ich szczątki opadną na ziemię. Splotła Ogień i cisnęła szał zagłady w głąb korytarza. Nawet cień wątpliwości nie zagościł w jej myślach. Wiedziała, że ma przeciwko sobie Sprzymierzeńców Ciemności albo jeszcze gorzej. Trzy Przysięgi nie miały tu zastosowania.

Odpowiedziały jej krzyki, ale zdała sobie sprawę, że coś zatrzymało jej atak. Ułamek sekundy później poczuła, jak tarcza próbuje oddzielić ją od Źródła. Jakoś udało się do tego nie dopuścić. Zmęczona, ciężko dysząc, przykucnęła pod ścianą.

– Ktokolwiek to jest, siły mu odmówić nie można – powiedziała.

W oddali ktoś wykrzykiwał rozkazy niosące się echem po tunelu.

Jonneth przykląkł przy niej z łukiem w dłoni.

– Światłości, to jest głos Taima!

– Nie utrzymamy się tutaj – rzekł Logain. – Androl. Brama.

– Próbuję – jęknął Androl. – Światłości, cały czas próbuję!

– Ba. – Nalaam podprowadził Logaina do ściany. – W nie takich opałach już bywałem! – Przyłączył się do obrońców przy drzwiach i zapuścił sploty w głąb korytarza. Ściany dudniły od wybuchów, ze stropu sypały się strumyczki ziemi.

Pevara na chwilę stanęła w drzwiach, cisnęła splot, po czym uklękła obok Androla. Jego niewidzące oczy wbite były w przestrzeń, twarz skrzepła w maskę skupienia. W więzi czuła determinację i frustrację. Wzięła go za rękę.

– Poradzisz sobie – szepnęła.

W tej samej chwili eksplozja, która nastąpiła w drzwiach, cisnęła Jonnetha na ziemię, osmalając mu rękę. Ściany wokół nich zaczęły się rozsuwać.

Po twarzy Androla spływały strumienie potu. Zgrzytał cicho zębami, policzki nabiegały czerwienią, ciemniały szeroko rozwarte oczy. Przez drzwi napływał do lochu dym. Emarin kaszlał, Nalaam Uzdrawiał Jonnetha.

W pewnym momencie Androl krzyknął zdławionym głosem, jakby w głębi swego umysłu udało mu się dotrzeć do szczytu tej ściany ze szkła. Już, prawie! Uda się…

Wtedy głuchy łomot przeniknął ziemię, w ścianach rozwarły się szczeliny, a nadwyrężony strop nie wytrzymał. Zasypała ich ziemia i pochłonęła ciemność.

5

Wymagana przysługa.

Rand al’Thor obudził się w swoim namiocie, łapczywie chwytając oddech. Wyślizgnął się spod koców, pod którymi leżał z Aviendhą, i narzucił na siebie porannik. Powietrze pachniało wilgocią.

Przelotnym wspomnieniem sięgnął do czasów młodości, kiedy wstawał przed świtem, żeby wydoić krowę, która domagała się dojenia dwa razy dziennie. Przymknął oczy, w uszach zabrzmiały mu odgłosy z tamtych lat – Tam, który zdążył wstać wcześniej, przycinał w stodole nowe sztachety. Na skórze czuje jeszcze lodowate powietrze Dwu Rzek, kiedy wciskał stopy w buty i mył twarz w wodzie, którą na noc zostawiono obok piecyka, żeby się ogrzała.

Każdego ranka farmerzy otwierali drzwi swoich domostw i witali razem nowy dzień. Rześki mróz. Pierwsze nieśmiałe trele ptaków, słońce wyłaniające się zza horyzontu niczym poranne ziewnięcie świata.

Podszedł do wyjścia z namiotu, odsunął klapy, skinął głową Katerin, niskiej złotowłosej Pannie, która akurat pełniła wartę. Ogarnął wzrokiem dzień, który z pewnością nowy mu się nie zdał – to był ten sam stary świat, zmęczony niby handlarz po pieszej wyprawie na Grzbiet Świata i z powrotem. Stłoczone namioty stały na Polu Merrilora, na ogniskach gotowano strawę, a dym unosił się prostymi kolumnami ku niebu.

Wszędzie ludzie pracowali. Żołnierze oliwili zbroje. Kowale ostrzyli groty. Kobiety przygotowywały pióra do brzechw strzał. Śniadania były podawane z przewoźnych platform dla ludzi, którzy powinni spać lepiej niż spali. Wszyscy wiedzieli, że były to ich ostatnie chwile przed nadchodzącą zawieruchą.

Rand przymknął oczy. Czuł więź z tą krainą, jakby był jej Strażnikiem. Pod jego stopami pełzły w ziemi larwy. Korzonki traw rozwijały się powoli, strasznie powoli w poszukiwaniu odżywczych składników. Szkielety drzew nie były martwe, słaby strumień życia niesiony był przez ich soki. Na gałęzi pobliskiego drzewa skupiło się stadko błękitników. Nie witały świtu swoim śpiewem, tylko garnęły się do siebie, jakby chroniąc przed zimnem.

Kraina wciąż żyła – lecz niczym człowiek wiszący na koniuszkach palców na stromym urwisku.

Otworzył oczy.

– Czy moi urzędnicy wrócili już z Łzy?

– Tak, Randzie al’Thor – odparła Katerin.

– Roześlij słowo do wszystkich władców – polecił – że spotkam się z nimi za godzinę pośrodku pola w tym miejscu, gdzie zakazałem stawiać namioty.

Katerin poszła zrobić, co jej rozkazano, pozostałe Panny zostały na warcie. Rand pozwolił, by klapy namiotu swobodnie opadły, odwrócił się i omal nie podskoczył, zdziwiony widokiem Aviendhy – nagiej jak po wyjściu z łona matki.

– Niełatwo się do ciebie podkraść, Randzie al’Thor – powiedziała z uśmiechem. – To przez naszą więź zobowiązań. Muszę poruszać się bardzo wolno, jak jaszczurka w południowym skwarze, żebyś nie zorientował się, iż zmieniam miejsce.

– Światłości, Aviendha. Po co w ogóle się do mnie podkradać?

– Po to – odparła, a potem podskoczyła, uwiesiła mu się na szyi i ciasno przytulona pocałowała go.

Poczuł, jak mu coś mięknie w środku. Pozwolił, aby pocałunek trwał.

– Nic dziwnego, że teraz jest to znacznie bardziej zabawne – wymamrotał prosto w jej usta – skoro nie muszę się martwić, że sobie coś odmrożę.

Aviendha odsunęła głowę.

– Nie powinieneś wspominać o tamtym incydencie, Randzie al’Thor.

– Ale…

– Spłaciłam już dług mojego toh, poza tym jestem teraz pierwszą siostrą Elayne. Nie chcę myśleć o minionej hańbie.

Hańbie? Dlaczego miałby się tak strasznie wstydzić tamtego, skoro teraz… Pokręcił głową. Czuł pulsujący oddech ziemi. W odległości pół ligi wyczuwał żuka pełznącego po liściu, ale równie intuicyjne rozumienie Aielów umykało mu. A może nie chodziło o Aielów, tylko po prostu o kobiety?

W tym przypadku zapewne o jednych i drugie naraz.

Aviendha ruszyła do stojącej w namiocie beczki z wodą, ale zawahała się.

– Pewnie nie starczy nam już czasu na kąpiel?

– O, polubiłaś kąpiele?

– Pogodziłam się z tym, że stanowią część życia – odrzekła. – Jeżeli mam mieszkać na mokradłach, muszę przestrzegać panujących tu obyczajów. Przynajmniej tych w miarę niegłupich. – Ton jej głosu wskazywał jednoznacznie, że nie jest ich zbyt wiele.

– Co się stało? – zapytał Rand, podchodząc do niej.

– Stało się coś?

– Coś cię martwi, Aviendha. Widzę to po tobie, czuję w twoim wnętrzu.

Zmierzyła go krytycznym spojrzeniem. Światłości, ależ była piękna.

– Znacznie łatwiej mi z tobą szło, póki nie obudziła się w tobie starożytna mądrość twego poprzedniego ja.

– Doprawdy? – zapytał, uśmiechając się. – Wówczas nic na to nie wskazywało.

– Ponieważ ja z kolei byłam wtedy jak nowo narodzone dziecko, zabłąkane w nieograniczonych zdolnościach Randa al’Thora do irytowania ludzi. – Zanurzyła ręce w wodzie, obmyła twarz. – I dobrze się stało. Gdybym choć przeczuwała, co mnie spotka, przywdziałabym na zawsze biel.

1 ... 43 44 45 46 47 48 49 50 51 ... 296
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)