Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Demony Leningradu [calibre 3.42.0]
Demony Leningradu [calibre 3.42.0] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Demony Leningradu [calibre 3.42.0]

Электронная книга - «Demony Leningradu [calibre 3.42.0]». Краткое содержание книги:

Demony Leningradu [calibre 3.42.0]
1 ... 43 44 45 46 47 48 49 50 51 ... 86
Перейти на страницу:

– Za co siedział?

– Za Kołczaka. Był w jego armii, organizował szpitale polowe.

– I wyszedł?!

W głosie Genkoma zabrzmiało autentyczne zaskoczenie.

– Wielu towarzyszy zawdzięcza mu życie, kazał ich leczyć na równi z białogwardzistami.

– Potwierdzili to przed sądem?

– Kilku z nich...

Być może kiedyś – choć trudno to sobie nawet wyobrazić – rządy towarzysza Stalina staną się jedynie wspomnieniem. Nie wiem, czy ktokolwiek wówczas będzie w stanie zrozumieć, jak wyjątkowy był fakt, że przynajmniej jedna osoba broniła przed sądem starego kołczakowca. I jak wiele przy tym ryzykowała.

– Naprawdę?

– Tak jest. Akta sądowe...

– Niepotrzebne mi teraz akta – przerwał mu Beria. – Możecie włączyć do śledztwa tego białogwardzistę. Odpowiadacie za niego głową!

Poliakow przytaknął bez specjalnych emocji. I tak był odpowiedzialny za całość dochodzenia. A człowiek ma tylko jedną głowę, nie można go zabić dwa razy...

Doktora Nikonowa zastałem w kostnicy: ważył jakieś krwawe strzępy. Mimo że używał wagi laboratoryjnej, scena kojarzyła się raczej z pracą rzeźnika niż naukowca. Po chwili zapisał coś w zeszycie. Zastanawiałem się, czy upaprane rękawice nie pobrudziły papieru. Kiedy zdjął je jednym wprawnym ruchem i zaczął myć ręce, rzuciłem okiem na notatki lekarza: zeszyt zapisano łacińskimi terminami, kartki były niepokalanie czyste. Znaczy nie pobrudził, spryciarz...

– Jakieś wnioski, doktorze? – spytałem.

– Nic nowego – odburknął. – Zbadałem ciało na obecność trucizn i niewidocznych na pierwszy rzut oka urazów. Na wszelki wypadek. Niczego nie znalazłem.

– Jakich urazów?!

– Bo ja wiem? Na przykład śladów po strzykawce.

– Myślicie, że go oszołomiono?

– Ja tylko sprawdzam pewne hipotezy, od myślenia jesteście wy – zauważył sucho. – Nie wiem zresztą, czy mogę z wami o tym rozmawiać, mój status w tej sprawie jest dość niejasny.

– Już nie – poinformowałem. – Towarzysz Beria zgodził się na wasz udział w śledztwie.

– Znając wszystkie... niuanse sprawy?

– Owszem, nie sądzicie chyba, że odważylibyśmy się oszukać Genkoma?

– Nigdy by mi to nie przyszło na myśl!

– Komisarz Beria był nieco zdziwiony faktem, że znaleźli się ludzie, którzy bronili was na procesie. Jednak stwierdził, że akta sprawy nie są mu potrzebne. Na razie – zaakcentowałem ostatnie zdanie.

Po minie doktora widziałem, że zrozumiał ostrzeżenie. Jego twarz przybrała wyraz znużonej rezygnacji. Wiedział jak i ja, że nasze państwo czasem nie pamięta o przyjaciołach – szczególnie jeśli ci spełnili już swą rolę, jednak nie zdarzyło się jeszcze, żeby zapomniało o wrogach. Nigdy.

– Dlaczego pytaliście o moją specjalność? Wtedy, w domu Sincewa? – spytał.

– Chciałbym was poprosić o konsultację. Jeden z moich... znajomych, bardzo nieśmiały człowiek, ostatnio zauważył u siebie dziwne objawy. Wstydzi się iść do lekarza, ale...

– Rozumiem – wszedł mi w słowo.

Po jego tonie poznałem, że nie dał się nabrać na „znajomego”, domyślił się, że chodzi o mnie.

– Spodziewam się, że problemem nie jest wstydliwa choroba? – stwierdził ironicznie.

– Nie, idzie o wizje. Ten człowiek widzi przyszłe wydarzenia. Na krótki czas przed tym, zanim się ziszczą. Wizjom zawsze towarzyszy krwotok. Myślicie, że to jakaś dolegliwość psychiczna? – spytałem niepewnie.

– Mówiłem wam, że nie jestem psychiatrą, ani nawet psychologiem.

– Niemniej jednak macie pewną wiedzę w tym obszarze?

– Owszem – przyznał. – Nie można być dobrym neurologiem, nie znając choćby podstaw psychiatrii. Niektóre dolegliwości leżą w domenie i neurologa, i psychiatry.

– A więc?

– Jak silny jest to krwotok? Czy łączy się z utratą przytomności?

– Za pierwszym razem dość silny. I straciłe... Mój znajomy stracił przytomność. Później już nie, a i krwawienie było niewielkie, tylko z nosa. Początkowo z nosa i ust.

Nikonow przyglądał mi się uważnie, wycierając ręce.

– Na ile jest to dla was ważne? – spytał.

– Bardzo ważne!

– Aby wydać opinię, choćby wstępną, musiałbym obejrzeć pacjenta, przeprowadzić pewne testy.

– Oglądajcie! – warknąłem.

Przez kilka minut Nikonow świecił mi latarką w oczy, postukiwał młoteczkiem w kolano, wreszcie cisnął we mnie monetą.

– Co to, do cholery, ma być?! – wycedziłem przez zaciśnięte zęby. – Kolana mi nie dolegają, a i na refleks się nie skarżę!

Lekarz bez słowa wyjął z mojej dłoni złotą dziesięciorublówkę. Kolejny miłośnik carskiego złota, psia jego mać...

– Co byście powiedzieli, gdyby jakiś ledwo co oderwany od maminej kiecki żołnierzyk zaczął was pouczać w kwestiach, w których jesteście ekspertem? – rzucił wreszcie beztrosko.

– Kazałbym mu się zamknąć.

– Zamknijcie się, majorze!

Kolejną godzinę spędziłem, odpowiadając na absurdalne czasem pytania, wykonywałem dziwaczne ćwiczenia gimnastyczne, rysowałem i rozwiązywałem zadania matematyczne. W końcu lekarz niedbałym gestem zasygnalizował koniec badań. Ulżyło mi – właśnie stałem na jednej nodze i kreśliłem rękoma w powietrzu ósemki...

– I cóż?

– Nie widzę żadnych niepokojących symptomów – odparł, zapalając papierosa. – Wręcz przeciwnie, jesteście w znakomitej kondycji, majorze, pod każdym względem, także intelektualnym. Wasza koordynacja ruchowa i refleks to ósmy cud świata, moglibyście być znakomitym sportowcem. Nie macie też żadnych problemów z pamięcią i kojarzeniem pojęć. Chciałbym zrobić jeszcze rentgen czaszki, jednak nie sądzę, aby to coś dało. Jesteście całkowicie zdrowi.

– To skąd te wizje?!

– Czy one się spełniają? Nie chodzi mi tu o jakieś podobieństwa do rzeczywistości, ale dokładne jej odzwierciedlenie.

– Spełniają się. Dokładnie. W tym sęk – westchnąłem.

– Czy kiedykolwiek byliście przez dłuższy czas pozbawieni bodźców zewnętrznych? – zainteresował się, puszczając z papierosowego dymu eleganckie kółeczka. – Rozumiecie: wzrok, słuch, czucie albo wszystko razem?

– Owszem – odparłem. – I nie, nie pamiętam dokładnie okoliczności – uprzedziłem następne pytanie.

Oczywiście skłamałem, pewnych rzeczy się nie zapomina... Pamiętasz, kiedy sam kopiesz sobie grób. Łopata po łopacie nabierasz żółtego piachu, pogłębiasz dziurę, wygładzasz ściany – istnieją przecież zasady dobrej roboty. Wreszcie kładziesz się w trumnie, żadnych luksusów: poduszeczek, wyściełanego dna. Zwykła sosnowa skrzynia. W twoim rozmiarze. Słyszysz uderzenia młotka, później szurgot sypanej na wieko ziemi. W końcu odgłosy zanikają, warstwa piachu jest zbyt gruba, tłumi dźwięki. I zostajesz sam. W ciemności, nie mogąc się poruszyć. Wiesz, że gdzieś na wysokości twojego nosa powinna być cienka metalowa rurka, przez którą dochodzi powietrze – twoje jedyne połączenie z powierzchnią. Tak wąskie, tak kruche... Nie widzisz jej, masz tylko nadzieję, że jest, że nadal coś łączy cię z życiem. Bo jeśli nie – czeka cię powolna śmierć. W mroku, w samotności, w przerażeniu. I nie będzie to śmierć żołnierza z kulą w sercu i bronią w garści. Umrzesz, smakując ostatnie hausty powietrza wyschniętym na wiór językiem, łamiąc paznokcie na sosnowym wieku trumny.

Więc czekasz. Liczysz uderzenia serca, oddychasz, starasz się rozluźnić zaciśnięte do bólu pięści. Leżysz bez ruchu. Powiedzieli ci, że lepiej się nie ruszać. W tak ograniczonej przestrzeni każdy ruch może doprowadzić do ataku klaustrofobii. I dodatkowego zużycia powietrza. Rurka zapewnia go tylko tyle, by nie umrzeć. Tak musi być. Wojennoj razwiedce nie są potrzebni klaustrofobicy. Więc musisz oczyścić się z tego lęku lub umrzeć. Wiesz, że wielu przed tobą przetrwało próbę trumny, ale byli i tacy, którzy nie dali rady. Jak Gienka Karpow, którego wyjęli z drewnianego pudła z przegryzionym w ataku szału językiem. Próbował przetoczyć się na bok, zaczerpnąć tchu – nie dał rady: trumnę robiono na miarę, tak żeby można było w niej leżeć tylko na wznak. Gienka udusił się własną krwią.

1 ... 43 44 45 46 47 48 49 50 51 ... 86
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)