Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Серия: Ludzie jak bogowie #1
- Год: 1972
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]». Краткое содержание книги:
Nie zdołałem zewrzeć jeszcze całkiem pola, kiedy zadałem nowy cios. Wiedziałem, że koledzy spieszą już na pomoc i najważniejszą rzeczą w tej pierwszej minucie bitwy było nie pozwolić wciągnąć Andre w całkowitą niewidzialność, zanim reszta ludzi nie włączy się do walki. Chciałem całkowicie odkryć Andre, ale chybiłem. Jakaś nowa siła podrzuciła mnie w powietrze. Rozejrzałem się i pojąłem, że stałem się niewidzialny. Nie znalazłem swojego tułowia i nóg. Widziałem przez swoje ciało kamyki i trawki na ziemi, które szybko oddalały się i nikły w ciemnościach nocy. Jakieś elastyczne pęta wiązały mi ręce i ciągnęły ku górze. Choć zaskoczony, do granic możliwości napiąłem swoje pole i zatrzymałem wznoszenie. Teraz kołysałem się o jakieś pięć metrów nad gruntem. Andre nadal krzyczał, ale jego głuchy, przerywany głos dobiegał gdzieś z wysoka. Powoli, lecz nieustępliwie ciągnięto go do góry. Znów był całkowicie niewidoczny.
W dole zobaczyłem biegnących ludzi kierujących się na krzyk Andre. Ja sam napinając maksymalnie pole, aby nie dać się pokonać, walczyłem w milczeniu. Leonid zatrzymał się pode mną i uniósł głowę do góry.
— Gdzie jesteście? — krzyczał zatrwożony. Gdzie jesteście? Nie widzę was!
Coś wstrętnie szorstkiego i zimnego zakryło mi usta. Wyrwałem się i krzyknąłem:
— Koncentrujcie na mnie swoje pola! Andre unoszą do góry!
Tym razem dźwignie ścisnęły moją głowę i szyję tak silnie, że płucom zabrakło oddechu. Przed oczami zamigotały czerwone kręgi, ale równocześnie poczułem, jak napełnia się siłą moje słabnące pole. Niemal traciłem już przytomność z braku powietrza, ale nie straciłem jasności myśli. Nie użyłem pola natychmiast, lecz trochę jeszcze opierałem się, nie dając się wlec do góry, a kiedy już nie mogłem wytrzymać, szarpnąłem się ze wszystkich sił.
Osaczający mnie przeciwnicy najwidoczniej nie oczekiwali takiego uderzenia i zostali odrzuceni jak piórka. Jeden, zupełnie porażony ciosem pola, wypadł z niewidzialności i runął obok mnie na ziemię. Nie traciłem czasu na przyglądanie mu się. Poderwałem się na nogi i wezwałem awionetkę. Obok wznosiła się ku górze awionetka Romera.
— Strzeżcie się, oni są niewidzialni! — krzyknąłem i usłyszałem jeszcze, że Leonid polecił uruchomić lokatory planetolotu.
Wzniosłem się do góry i zatrzymałem awionetkę.
Romero także znieruchomiał w powietrzu. Wsłuchiwaliśmy się w ciszę, w nadziei, że usłyszymy jeszcze krzyki Andre. Głosów nie usłyszałem, ale wydało mi się, że z boku dobiega jęk i odgłos przerywanego oddechu. Rzuciłem się w kierunku tych odgłosów walki, obmacując przezroczyste powietrze liniami pola siłowego. Romero czynił to samo, ale żaden z nas niczego nie wykrył.
— Trzeba jakoś zracjonalizować nasze poszukiwania — powiedział Romero zbliżając się do mnie. — Zgodzi się pan, że miotanie się na oślep…
— Oni go uniosą ze sobą! — mówiłem nie słuchając go. — Porwą i uniosą, niech pan to zrozumie!…
— Oni już porwali Andre. Pytanie, gdzie się ukryli? Szukamy ich nad polem walki, a oni mogli już dawno opuścić planetę. Trzeba wezwać gwiazdoloty.
Na statkach już wiedziano o nieszczęściu Andre. Lokatory pokładowe przeszukiwały przestrzeń wokół planety. Czułość tych urządzeń jest taka, że wykrywają przedmiot wielkości guzika z odległości stu tysięcy kilometrów. Andre i jego porywacze byli więksi od guzika, a statki znajdowały się w odległości mniejszej niż sto tysięcy kilometrów, ale nawet śladu Zływrogów nie wykryły. Nie wiedzieliśmy jeszcze wówczas, że wszelkie typy lokatorów są bezsilne wobec ich urządzeń ekranujących. Skuteczne środki walki z niewidzialnymi należało dopiero wynaleźć. Obecnie każdy rozumie, że nierozważnie uwikłaliśmy się w walkę, wprawdzie dobrze uzbrojeni, jak tego później dowiedliśmy, ale nie mając zupełnie pojęcia, jakie środki techniczne będą do tej walki potrzebne. Byliśmy podobni do ślepego giganta rzucającego się wściekle na widzących wrogów, którzy oczywiście będą mieli za swoje, jeżeli dostaną się w jego ręce, jeżeli się dostaną!… Nieszczęście — porwanie Andre — już nas dotknęło, ale nikt nie zdawał sobie sprawy z wielkości tego nieszczęścia. Możliwe zresztą, że dobrze się stało. Gdybyśmy dokładnie wiedzieli, co nam grozi, niemal na pewno nie odważylibyśmy się tak ryzykować, jak ryzykowaliśmy i nie osiągnęlibyśmy takich sukcesów, jakie stały się naszym udziałem.
Ja najmniej ze wszystkich pojmowałem daremność naszych ówczesnych poszukiwań. Dygotałem z rozpaczy i wiedziałem jedynie to, że przed porwaniem Andre tylko mnie wołał na pomoc, a ja mu tej pomocy nie udzieliłem. Nie mogłem tłumaczyć się przed sobą nagłością napadu niewidzialnych, gdyż w gruncie rzeczy nie było to żadną niespodzianką (wszak w swych rozważaniach dopuszczaliśmy niewidzialność Niszczycieli).
Nie pamiętam, jak długo trwała ta szamotanina nad planetą. Do mnie i Romera dołączyli Lusin i Allan. Cztery skrzyżowane pola siłowe obmacywały każdą drobinę powietrza. Nakładały się na nie potężne pola lokacyjne gwiazdolotów i szerokie stożki siłowe planetolotów. Wszystko na próżno.
Znów podleciał do mnie Romero.
— Ze statku przekazano polecenie, abyśmy zaprzestali poszukiwań. Dają nam kwadrans na powrót. Wydarzyło się coś jeszcze ważniejszego.
Byłem wtedy już tak zmęczony i zobojętniały, że przyjąłem to bez protestu. Wylądowałem koło planetolotu i powlokłem się do wejścia, gdzie czekał na mnie przygnębiony Leonid.
— Spójrz, kto z tobą walczył — powiedział wskazując na skrzynię stojącą obok planetolotu.
W skrzyni leżały szczątki mojego wroga. Patrzyłem na niego tępym wzrokiem, nie zdając sobie sprawy z tego, co widzę. Bytem tak pewny, że wszystkie umierające Zływrogi rozpadają się na strzępy, że nawet nie dopuszczałem dla nich innej formy zgonu. Nie wątpiłem, że uwidoczniony niewidzialny wróg już dawno rozproszył się na powierzchni planety. Potem zrozumiałem, że jeśli nawet mam przed sobą Niszczyciela, to niewiele był podobny do tych, z którymi walczyliśmy poprzednio.
— Wiecie, kogo mi przypomina ten potworek? wyszeptał zdumiony Romero. — Ludzików ze stali zbrojeniowej i złomu, jakimi straszyli swoich pobratymców starożytni rzeźbiarze abstrakcjoniści.
Obróciłem się w milczeniu ku Romerowi. Nie miałem pojęcia, że kiedykolwiek żyli tacy rzeźbiarze i nigdy nie widziałem ich prac. Istota spoczywająca w skrzynce składała się z samych kości lub prętów: kolumna centralna, dwie nogi, dwie ręce, dwa pierścienie o grubości naszej szyi umieszczone tam, gdzie ludzie mają biodra, i zamiast głowy znana już nam połyskliwa, a teraz martwa narośl. To był szkielet istoty, a nie istota, tak mi się przynajmniej wydawało. Stawy szkieletu, wytrzymałego i giętkiego, zginały się łatwiej niż ludzkie. Tylko w gorączkowym śnie można zobaczyć takiego mieszkańca zaświatów.
Lusin był bardziej obyty z takimi istotami, hodował przecież swoich ptasiogłowych bogów i cudaczne zwierzaki. Podniósł teraz złamaną przy wyjściu z niewidzialności i upadku na ziemię kość nogi.
— Popatrz, Eli. Mięśnie i nerwy też. Tylko wewnątrz. Dla nas kości są rusztowaniem. Dla nich powłoką. Niezawodna konstrukcja. Lepsza od ludzkiej. Natura się postarała… Ciekawe, ile miliardów lat? Sto milionów nie wystarczy na pewno…