Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]
- Автор: Мартин Джордж Рэймонд Ричард
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7298-540-5
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]». Краткое содержание книги:
Gwen jest obecnie związana z Jaanem Vikarym, jednym z dumnych Kavalarów, którzy władają Worlornem zgodnie ze swym opartym na przemocy kodeksem. Gdy jednak planeta pogrąża się w mroku, ich brutalna, pusta cywilizacja zaczyna się załamywać.
„Światło się mroczy” to powieść zawierająca piękny opis obcych światów i kultur, to mroczna opowieść o przemocy, złamanych obietnicach, samozniszczeniu i obsesyjnej lojalności.
— Tak. Wiem na ten temat wystarczająco dużo.
— Wypadły z matki, żeby poszukać następnej, ale żadnej nie znalazły. Żyły wewnątrz swego olbrzymiego żywiciela długie dziesięciolecia. W tym czasie inni mieszkańcy ich świata złapali go i przywieźli tu ze Świata Oceanu Czarnego Wina, a potem porzucili. Nie będący członkami kultu Czarnowinowie raczej nie darzą miłością dzieci galarety. Co najmniej setka dzieci zalała miasto, wypełniając je nagłym życiem. Nie wiedziały, gdzie są i skąd się tu wzięły. Większość z nich to starzy ludzie. Wpadli w panikę i zaczęli budzić swe umarłe miasto. W ten sposób znalazł ich Roseph high-Braith. Zrobiłem, co mogłem, i część z nich udało mi się uratować. Wielu innych dopadli jednak Braithowie, ponieważ potrzebowałem na to czasu. W Wyzwaniu będzie tak samo. Ci, którzy spróbują uciekać korytarzami, padną ofiarą łowców na długo przed tym, nim mój teyn i ja zdążymy przyjść im z pomocą. Rozumiesz? Dirk kiwnął głową.
— Nie wystarczy, że mnie wezwałeś — ciągnął Vikary. — Musisz sam coś zrobić. Bretan Braith Lantry bardzo chce cię dopaść. Ciebie i nikogo innego. Może nawet będzie się z tobą pojedynkował. Pozostali chcą tylko zapolować na ciebie jako niby-człowieka, ale i tak cenią cię znacznie wyżej niż jakąkolwiek inną zwierzynę. Pokaż się im, t’Larien, a zaczną cię ścigać. Dla ukrywających się wokół was Emerelczyków czas będzie miał kluczowe znaczenie.
— Rozumiem — stwierdził Dirk. — Chcesz, żebyśmy wyszli z Gwen…
Vikary wzdrygnął się wyraźnie.
— Nie, nie z Gwen.
— A więc tylko ja. Chcesz, żebym ściągnął na siebie ich uwagę. Nie mając broni?
— Masz broń — sprostował Vikary. — Ukradłeś ją, znieważając Ironjade. Tylko ty możesz zdecydować, czy jej użyć. Nie liczę na to, że podejmiesz właściwą decyzję. Raz już ci zaufałem. Po prostu mówię ci, jak jest. I jeszcze jedno, t’Larien. Bez względu na to, co zrobisz, czy czego nie zrobisz, to niczego między nami nie zmienia. Wiesz, co musimy zrobić.
— Już to mówiłeś — odparł Dirk.
— A teraz mówię to jeszcze raz. Chcę, żebyś dobrze to zapamiętał. — Vikary zmarszczył brwi. — Pora kończyć. Czeka nas długi lot do Wyzwania. Długi, zimny lot.
Ekran zgasł, nim Dirk zdążył sformułować odpowiedź.
Gwen czekała tuż za drzwiami, opierając się o pokrytą wykładziną ścianę. Skryła twarz w dłoniach, ale wyprostowała się, gdy Dirk wyszedł na korytarz.
— Przylecą? — zapytała.
— Tak.
— Przepraszam, że… wyszłam. Nie mogłam mu spojrzeć w oczy.
— To nieważne.
— Ważne.
— Nie — zaprzeczył ostrym tonem. Dręczył go ból żołądka. Wciąż wyobrażał sobie, że słyszy odległe krzyki. — Nieważne. Już przedtem jasno okazałaś, co czujesz.
— Naprawdę? — zapytała ze śmiechem. — Jeśli wiesz, co czuję, to wiesz więcej ode mnie, Dirk.
— Gwen, ja… nie, posłuchaj, to nieważne. Musimy… Jaan powiedział, że mamy broń.
Zmarszczyła brwi.
— Naprawdę? Czy myśli, że zabrałam pistolet na strzałki albo coś podobnego?
— Nie, nie sądzę. Powiedział, że mamy broń. Że ukradliśmy ją, znieważając Ironjade.
Zamknęła oczy.
— Co takiego? Ach, oczywiście. — Ponownie rozchyliła powieki. — Autolot. Ma działka laserowe. Na pewno o to mu chodziło. Ale one nie są naładowane. Podejrzewam, że nie są nawet podłączone. To ja najczęściej latałam tym autolotem i Garse…
— Rozumiem. Ale może da się jakoś uruchomić te lasery?
— Możliwe. Nie mam pojęcia. O co innego mogłoby chodzić Jaanowi?
— Oczywiście, Braithowie mogli już znaleźć autolot — stwierdził Dirk spokojnym, chłodnym głosem. — Musimy podjąć to ryzyko. Ukrywanie się nic nie da. Znajdą nas. Bretan może już być w drodze, jeśli połączenie z Larteynem zostało zarejestrowane na dole. Nie, wracajmy do autolotu. Nie będą się tego spodziewali, jeśli wiedzą, że szliśmy w dół bulwarem.
— Autolot jest pięćdziesiąt dwa piętra nad nami — powiedziała Gwen. — Jak się do niego dostaniemy? Jeśli Bretan kontroluje źródła mocy w takim stopniu, jak sądzimy, z pewnością wyłączył kabiny. W końcu unieruchomił chodniki.
— Wiedział, że z nich korzystamy — skontrował Dirk. — A przynajmniej, że jesteśmy na bulwarze. Zawiadomili go o tym ci, którzy nas tropili. Oni są z sobą w kontakcie, Gwen. Braithowie. Muszą być. Chodniki zatrzymały się w zbyt dogodnej dla nich chwili. Ale to nam tylko ułatwia zadanie.
— Ułatwia? W jaki sposób?
— Łatwiej nam będzie przyciągnąć ich uwagę — wyjaśnił. — Skłonić do pościgu za nami i uratować tych cholernych Emerelczyków. Tego właśnie chce od nas Jaan. Myślałem, że o to ci chodziło — zakończył ostrym tonem.
Gwen pobladła lekko.
— Tak — zgodziła się. — O to.
— W takim razie wygrałaś. Zrobimy to.
— A więc do kabin? — zapytała z zamyśloną miną. — Jeśli jeszcze działają?
— Nie możemy skorzystać z kabin — sprzeciwił się Dirk. — Nawet jeśli działają, Bretan mógłby je wyłączyć, kiedy będziemy w środku.
— Nie wiem, czy są tu jakieś schody — zauważyła. — A nawet jeśli są, nie uda nam się ich odnaleźć bez pomocy Głosu. Musimy pójść w górę bulwarem, ale…
— Wiemy, że grasują na nim przynajmniej dwie pary Braithów. Zapewne więcej. Nie.
— To co zrobimy?
— A co nam zostało? — Zmarszczył brwi. — Centralny szyb.
Dirk wychylił się za poręcz z kutego żelaza, popatrzył w górę, a potem w dół i zakręciło mu się w głowie. Wydawało się, że centralny szyb ciągnie się w obu kierunkach bez końca. Wiedział, że od szczytu do podstawy komin ma tylko dwa kilometry wysokości, lecz mimo to stwarzał on wrażenie niemal bezkresnej dali. Ciepłe, wstępujące prądy, na których unosiły się lekkie jak piórka boje, wypełniały pełen ech szyb szarobiałą mgiełką, a niezliczone piętra okalających go balkonów powodowały złudzenie nieskończonej powtarzalności.
Gwen wyjęła coś z pakietu czujników, jakiś srebrzysty, metalowy instrument wielkości dłoni. Zatrzymała się obok Dirka i rzuciła lekko przyrząd do szybu. Oboje obserwowali, jak wiruje w powietrzu, mrugając do nich odbitym światłem. Pokonał połowę średnicy wielkiego cylindra, zanim zaczął opadać — powoli, delikatnie, podtrzymywany przez wstępujący prąd. Wyglądał jak metalowy pyłek, tańczący w świetle sztucznego słońca. Gapili się na niego przez cały eon, nim wreszcie zniknął w szarej czeluści w dole.
— W porządku — odezwała się wtedy Gwen. — Grawitory nadal działają.
— Tak. Bretan nie zna miasta. Nie w wystarczającym stopniu. — Dirk znowu zerknął w górę. — Chyba pora ruszać? Kto pójdzie pierwszy?
— Druga — odparła.
Dirk otworzył bramę balkonu i cofnął się pod ścianę. Niecierpliwym gestem odgarnął z oczu kosmyk włosów, wzruszył ramionami i pobiegł naprzód, odbijając się tak mocno, jak tylko potrafił, gdy już dotarł do krawędzi.
Poleciał w górę, wysoko w górę. Przez krótką, szaloną chwilę czuł się tak, jakby spadał. Żołądek ścisnął mu się boleśnie. Gdy jednak rozejrzał się wokół, zorientował się, że wcale nie spada, ale leci, szybuje. Roześmiał się głośno. Zakręciło mu się w głowie. Wyciągnął ręce przed siebie i zaczął poruszać nimi energicznie, płynąc coraz szybciej i coraz wyżej. Mijał szeregi pustych balkonów: jedno piętro, dwa, pięć. Wkrótce zacznie spadać, kreślić powolny łuk prowadzący w szarą otchłań, nie będzie miał jednak czasu opaść daleko. Od drugiej strony szybu dzieliło go tylko trzydzieści metrów. Dla człowieka noszącego papierowe łańcuchy śladowej grawitacji szybu to był łatwy skok.